Już po wszystkim

24/09
Tabletki odstawione. Brzuch przestał pobolewać. Możnaby powiedzieć, że zmiękł trochę. Już nie mówię „Trzymaj się Kropciu”, już nic nie mówię. Staram się normalnie funkcjonować, choć łapię się na tym, że moja ręka sama brzucha dotyka i delikatnie głaszcze. W tym momencie łzy same napływają do oczu ;-( Mąż co chwilę pyta jak się czuję. To nie pomaga, ale wiem że chce dobrze. On chyba ‚przeczesał’cały internet o tym co teraz nastąpi, czego się spodziewać, co powinno być. Ja nie mam do tego głowy. Czekam aż coś zacznie się dziać. Najgorsze jest to oczekiwanie…

25/09
Nie myślę. Rano bawię się z córcią. Ona chyba coś przeczuwa, że mama jest smutna. Stała się taka tulaśna. Cały czas by się tuliła i pieściochała.
W pracy dużo roboty. Czas mija bardzo szybko. Za nim się obejrzę już trzeba iść do domu. Nawet dobrze. Po położeniu dziecka spać oglądam filmy przy okazji szydełkując, a mąż robi kurs przez internet. Szydełkując nie mam czasu myśleć o czymś innym bo bym chyba oszalała.

26/09
Coś się chyba zaczyna dziać, bo brzuch zaczął poboloweć jak na okres. A może to ja sobie coś wmawiam? Raczej nie gdyż wieczorem wkładka była koloru brązowego. Pewnie minie trochę czasu zanim zacznie się na dobre. Co czuję? Nie wiem, ale chciałabym by było już po wszystkim.

27/09
Zaczęło się. Nie jest tego dużo, ale leci. Brzuch ćmi jak na okres. Funkcjonuję tyle o ile muszę coś zrobić. W pracy siedzę i staram się nie ruszać, chyba że do toalety bądź do kuchni po picie. Wieczorem krzyż zaczął boleć. Tabletek jeszcze nie biorę, jest do wytrzymania. Ciepły prysznic i do wyrka.

28/09
W nocy obudziłam się chyba ze dwa razy za potrzebą. Zauważyłam, że krew leci i skrzepy odpadają. Dziecko me miało leniwy poranek to i ja sobie pospałam. Brzuch coraz bardziej boli. Ból krzyża mnie wykańcza. Jest gorszy od bólu brzucha. W pracy wzięłam tabletkę przeciwbólową. Trochę lepiej się po niej poczułam. Jutro chyba zadzwonię do szpitala. I tak będę musiała dać znać co się dzieje. Lepiej to zrobić w weekend.

29/09
Rano siedząc na toalecie trochę ze mnie poleciał. Uczucie było takie jakbym robiła siku. Zastanawiam się czy dzwonić do szpitala dziś czy może w przyszłym tygodniu. Wolę to mieć już za sobą.
Będąc w pracy mąż się zapytał czy jadę od razu do szpitala. Powiedziałam mu, że najpierw przyjadę do domu coś zjem i dopiero tam zadzwonie. Nie mam zamiaru jechać tam na głodnego. Z doświadczenia wiem, że mogę tam trochę posiedzieć, a głodować nie mam zamiaru. Brzuch boli, ale jest do zniesienia. Nie biorę tabletek jeszcze. Pomimo piątku, w pracy jest sporo roboty. Faktury trzeba wprowadzić w system i trochę się schodzi.
Po pracy pojechałam od razu do domu. Mąż zrobił pizzę. Zjadłam, zadzwoniłam do szpitala. Kazali przyjechać. Szybki prysznic, spakowałam torebkę, dałam buziaka córci na dobranoc (bo tata ją będzie oporządzał do spania) i pojechałam. W szpitału zarejestrowałam się od ręki. Usiadłam w poczekalni, wyciągnęłam książkę i umilałam sobie czas czytając.
DSC_39171
Nawet w miarę szybko pielęgniarka mnie poprosiła do gabinetu. Zapytała co się dzieje. Opowiedziałam, pomijając fakt że ronię. Chciałam zobaczyć co zrobi. Standardowo pomiar ciśnienia, temperatury, puls itp. Spisała co powiedziałam i poprosiła bym poczekała na pobranie krwi. Po około 5 minutach pobrała mi krew, założyła welflon (w razie gdyby mieli mi coś podawać) a inna pielęgniarka zaprowadziła do innej poczekalni.
_20170930_154514
Nie wiem jak dlugo tam czekałam na lekarza, ale zanim mnie wywołał to zdążyłam przeczytać 1/3 książki. Następnie dostałam łóżko oddzielone od innych kotarą. Na sali było 6 łóżek, wszystkie oddzielone od siebie niebieską kotarą. Każdy miał trochę prywatności. Zbadał mój brzuch, dostałam fiolkę na mocz, pielęgniarka znów zrobiła pomiar i poprosiła o próbkę moczu. Następnie przyniosła mi wodę, a ja wróciłam do czytania. Przyszła po chwili i powiedziała, że dalej jestem w ciąży bo zrobiła test. Że kurde co?!!! Nie wiedziałam czy mam się śmiać czy płakać, no ale pomyślałam zobaczymy co powie lekarz. Już myślałam że o mnie zapomnieli, gdy przyszła do mnie inna pielęgniarka. Znów musiałam powiedzieć dlaczego tu jestem. Zapytała się mnie czy może mnie zbadać przy obecności pielęgniarki. Wyraziłam zgodę. Przyszła ta pielęgniarka, która wcześniej pobierała mi krew. Badanie było trochę bolesne, ale wytrzymałam. W miedzyczasie musiała mnie w środku wyczyścić bo nić nie widziała prócz skrzepów. Po wszystkim powiedziała, że jest jej bardzo przykro, ale zaczynam ronić. Wytłumaczyła cały proces, co mogę czuć. Zapytała czy chciałabym spędzić noc w szpitalu, ale odmówiłam. Stwierdziła, że nie mam przeciwwskazań by iść do domu, ale jakbym się źle poczuła, bardziej krwawiła niż normalnie lub ból był nie do wytrzymania to mam wracać natychmiast do szpitala. Dała mi jeszcze tabletki przeciwbólowe, wyciągnęła welflon i powiedziała, że mam przyjechać na zajutrz na usg żeby zobaczyć na jakim etapie jestem. Pożegnałam się i wróciłam do domu. Po ponad 5 i pół godzinach! Porozmawiałm chwilkę z mężem, który na mnie czekał i położyłam się spać.

30/09
Około 9 rano dostalam telefon ze szpitala z zapytaniem czy mogłabym przyjechać na usg. Ubrałam się i pojechałam. Znalazłam oddział na którym miałam mieć robione usg. Też musiałam chwilę poczekać. Wywiad z położną, następnie badanie. Najpierw zrobiła mi standardowo przez brzuch, ale nic nie mogła zobaczyć i trzeba było robić przez pochwę. Lekarka za każdym razem mówiła co robi i na co patrzy. Najpierw sprawdziła jajowody (wszystko wporządku), a później macicę. Pokazała mi monitor, pokazywała co na nim jest. Powiedziała, że w macicy nie ma już pęcherzyka płodowego tylko fluidy i że jest jej bardzo przykro. Poprosiła bym poczekała chwilkę w pokoju obok na położną. Po chwili weszłam razem z nią do gabinetu. Położna zaczęła mówić bardzo delikatnym tonem, że usg nie pokazało ciąży rosnącej w macicy. Jest bardzo możliwe, że jest juz po wszystkim i że jest jej bardzo przykro. Dla pewności poprosiła bym przyszła w niedzielę na badanie krwi. Powiedziała, że hormon ciążowy znajdujący się w ciele kobiety podczas ciąży to minimum 20000 unitów, ja w sobotę wieczorem miałam 5000. Chce przeprowadzić jescze jedno badanie krwi by się upewnić, że poziom ten spada bo gdyby wzrastał to by oznaczało, że w organiźmie mym jest ciąża poazamaciczna zagrażająca memu życiu. Żegnając się wręczyła mi wyniki usg, na których jest napisane, że w macicy nie ma rozwijającej się ciąży, oba jajniki wyglądają normalnie, w macicy znajduje się mała ilość płynu i endo wynosi 12mm. Brzuch boli, ale jest to ból do wytrzymania. Nie powiem, pomimo tego iż już przyzwyczaiłam się do myśli o poronieniu to dziś znów oczy mi się zeszkliły :( Znowu zabolało :(

1/10
Wstałam rano, oporządziłam się i pojechałam do szpitala. Przyjęła mnie ta sama położna co wczoraj. Pobrała krew i powiedziała, że jak przyjdą wyniki to do mnie zadzwoni. Pożegnałyśmy się. Idąc wzdłuż korytarza zastanawiałam się przez chwilkę czy kupić sobie kawkę i tosta, posiedzieć w restauracji i poczytać w spokoju książkę czy wrócić do domu, ale wybrałam dom. Jak przyjechałam to mąż kończył robić śniadanko, a Pyza konsumowała chrupka kukurydzianego. Brzuch zaczął coraz bardziej boleć. Przed południem musiałam wziąść 2 tabletki bo już nie mogłam wytrzymać. Poszłam do toalety i gdy tylko usiadłam na kibelek coś ze mnie wyleciało. Nie było to duże, może wielkości orzecha włoskiego lub małej piłki pinpongowej. Zaraz po tym ból brzucha trochę ustąpił, ale nie do końca. Po pierwszej dostałam telefon od położnej. Powiedziala, że poziom hormonu nieznacznie spadł i że chciałaby powtórzyć badanie we wtorek żeby sprawdzić czy dalej spada. Zgodziłam się. Moja ręka jest i tak już pokuta to jedno ukłucię w tą czy w tamtą nie robi już różnicy.

3/10
Rano mąż został z córcią, a ja pojechałam do szpitala na kolejne pobranie krwi. Położna zapytała się czy wyrażam zgodę by przy pobraniu krwi była praktykantka. Pewnie, że może być. Dziewczyna cicho siedziała i obserwowała co położna robi. Po wszystkim wróciłam do domu by zjeść śniadanie i wyszykować siebie do pracy i dziecko do niani. W pracy otrzymałam telefon ze szpitala. Położna zadzwoniła by poinformować mnie o wynikach. Wygląda na to że już jest po wszystkim. Poziom hormonu z ponad 3000 unitów zszedł na 900 w ciągu 2 dni. Poinstruowała bym 19 października zrobiła test ciążowy. Głupie, wiem, ale gdyby wyszedł pozytywny to mogłaby być to ciąża pozamaciczna i wtedy musiałabym wrócić do szpitala. Miałam robione usg. Nic nie wykazało, ale dla pewności zrobię.

Fizycznie czuję się dobrze. Psychicznie? Chyba teraz, jak już jest po wszystkim, zaczynam się podłamywać. Czuję, że mam gulę w gardle i pewnego dnia po prostu wszystko ze mnie spłynie.

Jest i nie ma

31 SIERPIEŃ
Mężu się mnie pyta czy kupić test ciążowy. Kazałam mu się puknąć w czoło. No okres mi się spóźnia, ale to nie powód by od razu kupować test. Zresztą moje miesiączki są nieregularne więc tydzień czy dwa, a nawet trzy nie robią na mnie wrażenia. Normalka. Już nie raz tak miałam. Oczywiście się nie posłuchał i kupił.

1 WRZESIEŃ
Mężu wstaje do pracy przy okazji mnie budząc. Dostałam laurkę na urodziny od córci i łańcuszek od męża :) Mąż prosi bym zrobiła jednak ten test. Myślę, że go całkiem pogieło. Mówi mi, że jak test wyjdzie pozytywny to sobie nogi ogoli ;-) Idę więc z tym testem do toalety, robię co mam zrobić, odkładam na bok. W międzyczasie robię poranną toaletę, zabawiam dziecię i karmię kociaki. Po wszystkim podchodzę do umywalki i oczom własnym nie mogę uwierzyć. Na teście dwie grube czerwone krechy! Gorąco mi i słabo jednocześnie. Strach wymieszany ze szczęściem.
Mężu z dołu krzyczy: „Zrobiłaś test?”.
Ja: Tak.
Na co on: I co?
Ja (zrzucając mu test): Golisz nogi!
On (patrząc się na test): Ale ja nie wiem co to znaczy.
Więc idę ci ja z ulotką do niego, ale zanim doszłam to ust jego usłyszałam: „O kurcze!” i aż się oparł o framugę z wrażenia ;-) Po chwili na ustach męża widzę uśmiech od ucha do ucha i zdanie: „A widzisz jak dobrze, że kazałem ci zrobić ten test.”
Do mnie jeszcze to nie dociera. W pracy też ciężko było się skupić.
Wieczorem mężu sobie pije drinka, a ja sok pomarańczowy i dalej się zastanawiam czy to jednak nie sen.

2 WRZESIEŃ
Lot do Polski. Zastanawiamy się jak to powiedzieć, że jednak z nikim się nie napiję wysokoprocentowych napoi ;-) Wychodzi samo „w praniu”. Gratulacje i pytania który to tydzień, na kiedy termin itp, itd. Odpowiedzi brak bo sama nie wiem. Radość od mojej strony z rodziny wielka czego nie mogę napisać o teściach. Teściowa tylko się zapytała jak my sobie teraz poradzimy, a teściu stwierdził że on jest tym gorszym teściem bo on się dowiaduje jako drugi. Ehhh…. Wieczorem bratowa męża przychodzi, a że mężu mój to papla to i ona sie dowiaduje. Radość z jej strony ogromna, aż się kobitka prawie popłakała ;-) Przy okazji dostałam kwiatka i prezencik na urodziny :-D

5 WRZESIEŃ
Zaczynam plamić. Strach i 1000 myśli na sekundę przelatują przez głowę. Mąż pociesza i próbuje uspokoić. Szukanie ginekologa, który by przyjął mnie prywatnie. Siostra podaje namiary na dwóch. Jest późno w nocy muszę czekać do rana żeby umówić się na wizytę. Noc prawie nie przespana. Plamienie na brązowo dalej jest, a nad ranem nawet krew poleciała :(

6 WRZESIEŃ
Rano telefon do ginekologa, do którego chodziła moja siostra. Nikt nie odbiera. Telefon do drugiego. Odbiera, może mnie przyjąć tego samego dnia o 17:00. Godziny sie dłużą niemiłosiernie. Dzieckiem zajmować się nie muszę, bo jest pełno chętnych do opieki nad nią. W końcu wybija godzina. Idziemy z mężem pod wskazany adres. Zaczynam się denerwować. Mąż uspokaja. Doktor zaprasza na fotel. Robi usg i potwierdza ciążę. Pokazuje pęcherzyk płodowy. Od razu dodaje, że jest to ciąża zagrożona :( Przepisuje Duphaston, 3 razy dziennie po jednej tabletce. Mówi żeby w Anglii iść do lekarza nie wcześniej niż za około dwa i pół tygodnia. Rozliczamy się. Doktor życzy powodzenia i wszystkiego dobrego. Od lekarza idziemy prosto do apteki po tabletki, a poźniej do domu. Pokazuję zdjęcie, ale tylko siostrze mowię, że ciąża jest zagrożona. Rodzicom ani słowa żeby ich nie denerwować.

8 WRZESIEŃ
Plamienie ustępuje. Trochę się uspokajam i zaczynam cieszyć tym stanem :) Rodzinka zajmuje się córcią, a ja odpoczywam :) Mężu się cieszy i papla znajomym, że coś jest na rzeczy ;-) Próbuję go stopować, ale z marnym skutkiem.

13 WRZESIEŃ
Powrót do domu. Po drodze z lotniska wstępujemy do przychodni. Umawiam się na wizytę z położną. Znów plamię. Podejrzewam że to przez lot samolotem i przez zmęczenie. Tata częściej zajmuje się córką żeby mnie trochę odciążyć. Po kąpieli on ją przenosi do pokoju i usypia :)

14 WRZESIEŃ
Powrót do pracy. Nikomu nic nie mówię o swoim stanie. Jest za wcześnie. Na szczęście mam pracę siedzącą :)

21 WRZESIEŃ
Wizyta u położnej. Poznała mnie od razu :)
P: Szybko do nas wróciłaś :)
Ja: Szybciej niż planowałam ;-)
P: Ile twoje dziecko już ma?
Ja: 13 miesięcy, a za dwa tygodnie będzie miała 14 :)
P: A to nie szybko, to tak normalnie :)
Powiedziałam jej o plamieniu, o tym że byłam u ginekologa w Polcse, o tabletkach. Wypełniłyśmy moją kartę, pobrała mi krew, zmierzyła ciśnienie, sprawdziła mocz. Zapisała sobie żeby zarejestrować mnie na usg w 12 tygodniu bo z komputera w przychodni nie mogła tego zrobić. Powiedziała o szczepionce na grypę, że mi przysługuje za darmo i żebym ją wzięła bo zima tuż tuż. Życzyła wszystkiego dobrego i do kolejnej wyzyty. Po wyjściu z gabinetu zarejestrowałam się na tą szczepionkę na poniedziałek 25 września.
Mąż zarejestrował mnie na sobotę do polskiego ginekologa (prywatnie), bo tabletki mi się kończą. On będzie pracował, więc ja pojadę z dzieckiem. Innego wyjścia ni ma. Dostanie chrupka i będzie siedzieć w wózku ;-)

23 WRZESIEŃ
Szybkie śniadanie, oporządzenie Pyzy i kierunek lekarz. Położna powiedziała, że zajmie się mym dzieckiem podczas mojego badania. Lekarz miły, przeprowadził wywiad i zaczął badanie. Wziął wymaz z szyjki macicy bo kolor mu nie pasował. Powiedział, że może to być infekcja dlatego plamię, ale niekoniecznie. Dla świętego spokoju zrobimy badanie. Wyniki w przyszły czwartek. Czas na usg. Jak tylko zaczął już wiedziałam, że coś jest nie tak :( Długa cisza lekarza też nie wróżyła nic dobrego. Wyrok: „Brak akcji serca, pęcherzyk płodowy się nie rozwinął, jest pusty w środku. Przykro mi bardzo” ;( Gula w gardle, żęby zacisnęłam żeby się nie rozpłakać. Sprawdził jeszcze czy nie ma ciąży pozamacicznej i mogłam się ubrać. Powiedział żebym odstawiła tabletki i dała szansę organizmowi na samoistne oczyszczenie. Za dwa tygodnie wizyta kontrolna, sprawdzi na usg czy wszystko zeszło i w razie czego przepisze tabletki na farmakologiczne oczyszczenie. Mam nadzieję, że nie trzeba będzie. Lekarz powiedział, że czasem tak się zdarza i nikt nie wie dlaczego. Dał mi swóje numery telefonów, polski i angielski, w razie gdybym miała jakieś pytania to mam do niego dzwonić. Na koniec zapytał się czy chciałabym jeszcze coś się jego spytać. Już tylko pokiwałam głową na nie. Zrozumiał i zaprowadził mnie do położnej, która zabawiała moje dziecię. Pyza całkiem nieźle się tam bawiła. Uiściłam opłatę i wyszlyśmy. Po drodze do samochodu zadzwoniłam do męża i opowiedziałam o wizycie. Przykro mu sie zrobiło, ale starał się mnie jeszcze pocieszać. Łzy stanęły mi w oczach, kilka głębokich wdechów by opanować się od płaczu. Zapakowałam Pyzę i wózek do samochodu, porozmawiałam jeszcze chwilkę z mężem i wróciłam do domu.
W domu póki coś robię lub bawię się z córcią to jakoś funkcjonuję, ale jak tylko usiądę i Pyza nie widzi to po ciuchutku sobie chlipię ;( Nie chcę żeby ona widziała jak mama płacze więc staram się ukrywać. Ciężko jest.
Napisałam do siostry. Odpisała, że jest jej przykro i czy ma powiedzieć rodzicom. Napisałam, że tak. Narazie nie chce mi się z nikim rozmawiać.

Jest ciężko, jest pieruńsko ciężko. Łzy same cisną się do oczu ;(

31 tydzień i 1595 gram szczęścia! :)

Byłam na usg. W końcu. Mam dobre wieści :) Łożysko się podniosło i będę mogła rodzić siłami natury! Jupi! :) Cieszę się jak małe dziecko. Prawdę mówiąc to ja się bałam i nadal boję cesarki. Przecież to operacja, tylko ze znieczuleniem miejscowym, a i dłużej dochodzi się do siebie. Dzidzia już jest głową skierowana w dół i gotowa do ucieczki ;-) Waży niecałe 1600 gram :) Zapomniałam się zapytać jaka jest długa, ale zwalam winę na to iż mój pęcherz był na maksa przepełniony i jedyne o czym myślałam to to żeby nie popuścić ;-) Pielęgniarka powiedziała, że Młoda ma małą główke co przemawia na moją korzyść przy porodzie ;-) Jak zwyle na usg dziecko było grzeczne, ale jak tylko wyszliśmy z gabinetu to zaczęła kopytkować, aż brzuch latał na wszystkie strony :)

U położnej dostałam małą paczuszkę z kremem na odparzenia, pampersami, proszkiem do prania, woreczkami na przechowywanie mlika i magazynami do pczytania. Posłuchałam bicia serduszka Młodej :) 140 uderzeń na minutę :) Znów zapomniałam się zapytać czy mogę nagrać to dla taty, no cóż następnym razem (oczywiście jak nie zapomnę) :) Powiedziała, że poziom żelaza mam w normie, ale w dolnej granicy więc muszę dostarczyć organizmowi żelazo, bo jak nie to na następnej wizycie przepiszą mi tabletki. Jak ja nie lubię tabletek. Nie umiem ich łykać. Stają mi w gardle i męczę się żeby je przełknąć. Mam wąski przełyk i dlatego. Moje tętno na dziś to 98/65 :) Nie jest źle ;-) Mam zamówioną szczepionkę na ksztusiec, którą dostanę w czerwcu.

Wczoraj zadzwoniła do mnie pielęgniarka środowiskowa. Spytała się czy 6 czerwca bedę w domu bo chciałaby przyjść i się z nami zapoznać, gdyż jak już Młoda będzie na świecie to będzie nas odwiedzać od czasu do czasu. Mężu powiedział, że on wtedy będzie z domu pracował więc może przychodzić. To się umówiliśmy na 14:00.

Wczoraj też przyszła przesyłka z Polski. Mamy już wózek, łóżeczko, pościel i firankę do Młodej pokoju :) Teraz trzeba tylko złożyć łóżeczko, zrobić przemeblowanie w pokoju, poprać pościel i czekać na dzidzię :) A i w międzyczasie zakupić kosmetyki do pielęgnacji niemowlaka i pampersy, bo o nich nie wolno zapomnieć :)

Prawie jesteśmy gotowi na przywitanie naszego dzieciątka :)