Po wizycie w szpitalu

Oczywiście musiałam się spóźnić. No bo jak inaczej. Ludzie tutaj wariują gdy spadnie śnieg. Normalnie paraliż. A parking przy szpitalu był wypełniony po brzegi. Pół godziny kursowałam zanim znalazłam miejsce.
Poszłam na odział, przeprosiłam za spóźnienie i powiedziałam dlaczego się spóźniłam. Kobitki bardzo wyrozumiałe. Długo nie czekałam. Przyjęła mnie położna, zapytała o powód mojej wizyty. Wytłumaczyłam co się stało, dlaczego przyszłam. Dostałam pojemniczek na próbkę moczu i wróciłam do poczekalni. Po chwili doktor poprosiła mnie do gabinetu. Najpierw próbowała zrobić USG normalnie przez brzuch, ale że mój pęcherz nie dokońca był wypełniony to zostałam poproszona o wypróżnienie się do USG dopochwowego. Oddałam próbkę moczu i wróciłam do gabinetu. Nie lubię tego typu badań. Są bardzo niekomfortowe. Lekarz tłumaczyła mi co robi i pokazywała wszystko na monitorze. Endo 3.9mm, jajniki w normie, nie ma żadnych zmian w macicy ani w jajowodach. Lekarz powiedziała, że po poronieniu wszystko się goi i zaleciła żeby poczekać ze współżyciem do dostania miesiączki. Wytłumaczyła też że gdybyśmy jednak zdecydowali się na wcześniejsze współżycie to jest duże prawdopodobieństwo dostania przeze mnie infekcji, gdyż macica potrzebuje czasu na zregenerowanie się. Poprosiła o przejście do poczekalni, a ona w tym czasie napisze raport z przeprowadzonego USG.
Po dłuższej chwili położna po mnie wróciła. Przeszliśmy do jej gabinetu. Powiedziała, że jej przykro, ale straciłam ciąże. Spytała się, która to była ciąża i czy mam dziecko. Odpowiedziałam, że tak mam 16-sto miesięczną córkę i że mogę zajść w ciążę tylko mam problem z jej utrzymaniem. Powiedziałam jej też że córkę mam tylko dzięki ivf bo z mężem staraliśmy się ponad 6 lat o dziecko, bezskutecznie. Zapisała to sobie i stwierdziła, że w tym wypadku skieruje mnie do kliniki poronień na dalsze badania. Zaznaczyła też, że temin oczekiwania jest długi, ale choć tyle może dla mnie zrobić. Powiedziała również, że jeżeli uda mi się zajść w ciążę to mam iść do swojego lekarza i ma on mnie umówić na USG w 7-8 tygodniu ze względu na moją historię. Oni tutaj mają pierwsze USG w 12-stym tygodniu ciąży, nie wcześniej. Będę traktowana specjalnie.
Po powrocie do domu opowiedziałam wszystko mężowi. Stwierdziła on, że spróbujemy jeszcze raz i jak znów poronię to wrócimy do kliniki po nasze mrożaczki. On by chciał żeby 2 od razu włożyć, a ja się boję, że sobie rady nie damy jakby wyszły bliźniaki. Zresztą jest też możliwość podziału komórek i mogłaby wyjść ciąża mnoga. Narazie staram się o tym nie myśleć.

Teraz się wyciszam. Skupiam na córci i przygotowaniach do świąt. Okna już przyozdobione naklejkami :) Pyza zachwycona :) Zastanawiam się tylko w którym miejscu postawić choinkę żeby była w miarę bezpieczna od małych rączek i ciekawskiej córci ;-) Mąż chce choinkę powiesić na suficie tak dla bezpieczeństwa ;-)

Już po wszystkim

24/09
Tabletki odstawione. Brzuch przestał pobolewać. Możnaby powiedzieć, że zmiękł trochę. Już nie mówię „Trzymaj się Kropciu”, już nic nie mówię. Staram się normalnie funkcjonować, choć łapię się na tym, że moja ręka sama brzucha dotyka i delikatnie głaszcze. W tym momencie łzy same napływają do oczu ;-( Mąż co chwilę pyta jak się czuję. To nie pomaga, ale wiem że chce dobrze. On chyba ‚przeczesał’cały internet o tym co teraz nastąpi, czego się spodziewać, co powinno być. Ja nie mam do tego głowy. Czekam aż coś zacznie się dziać. Najgorsze jest to oczekiwanie…

25/09
Nie myślę. Rano bawię się z córcią. Ona chyba coś przeczuwa, że mama jest smutna. Stała się taka tulaśna. Cały czas by się tuliła i pieściochała.
W pracy dużo roboty. Czas mija bardzo szybko. Za nim się obejrzę już trzeba iść do domu. Nawet dobrze. Po położeniu dziecka spać oglądam filmy przy okazji szydełkując, a mąż robi kurs przez internet. Szydełkując nie mam czasu myśleć o czymś innym bo bym chyba oszalała.

26/09
Coś się chyba zaczyna dziać, bo brzuch zaczął poboloweć jak na okres. A może to ja sobie coś wmawiam? Raczej nie gdyż wieczorem wkładka była koloru brązowego. Pewnie minie trochę czasu zanim zacznie się na dobre. Co czuję? Nie wiem, ale chciałabym by było już po wszystkim.

27/09
Zaczęło się. Nie jest tego dużo, ale leci. Brzuch ćmi jak na okres. Funkcjonuję tyle o ile muszę coś zrobić. W pracy siedzę i staram się nie ruszać, chyba że do toalety bądź do kuchni po picie. Wieczorem krzyż zaczął boleć. Tabletek jeszcze nie biorę, jest do wytrzymania. Ciepły prysznic i do wyrka.

28/09
W nocy obudziłam się chyba ze dwa razy za potrzebą. Zauważyłam, że krew leci i skrzepy odpadają. Dziecko me miało leniwy poranek to i ja sobie pospałam. Brzuch coraz bardziej boli. Ból krzyża mnie wykańcza. Jest gorszy od bólu brzucha. W pracy wzięłam tabletkę przeciwbólową. Trochę lepiej się po niej poczułam. Jutro chyba zadzwonię do szpitala. I tak będę musiała dać znać co się dzieje. Lepiej to zrobić w weekend.

29/09
Rano siedząc na toalecie trochę ze mnie poleciał. Uczucie było takie jakbym robiła siku. Zastanawiam się czy dzwonić do szpitala dziś czy może w przyszłym tygodniu. Wolę to mieć już za sobą.
Będąc w pracy mąż się zapytał czy jadę od razu do szpitala. Powiedziałam mu, że najpierw przyjadę do domu coś zjem i dopiero tam zadzwonie. Nie mam zamiaru jechać tam na głodnego. Z doświadczenia wiem, że mogę tam trochę posiedzieć, a głodować nie mam zamiaru. Brzuch boli, ale jest do zniesienia. Nie biorę tabletek jeszcze. Pomimo piątku, w pracy jest sporo roboty. Faktury trzeba wprowadzić w system i trochę się schodzi.
Po pracy pojechałam od razu do domu. Mąż zrobił pizzę. Zjadłam, zadzwoniłam do szpitala. Kazali przyjechać. Szybki prysznic, spakowałam torebkę, dałam buziaka córci na dobranoc (bo tata ją będzie oporządzał do spania) i pojechałam. W szpitału zarejestrowałam się od ręki. Usiadłam w poczekalni, wyciągnęłam książkę i umilałam sobie czas czytając.
DSC_39171
Nawet w miarę szybko pielęgniarka mnie poprosiła do gabinetu. Zapytała co się dzieje. Opowiedziałam, pomijając fakt że ronię. Chciałam zobaczyć co zrobi. Standardowo pomiar ciśnienia, temperatury, puls itp. Spisała co powiedziałam i poprosiła bym poczekała na pobranie krwi. Po około 5 minutach pobrała mi krew, założyła welflon (w razie gdyby mieli mi coś podawać) a inna pielęgniarka zaprowadziła do innej poczekalni.
_20170930_154514
Nie wiem jak dlugo tam czekałam na lekarza, ale zanim mnie wywołał to zdążyłam przeczytać 1/3 książki. Następnie dostałam łóżko oddzielone od innych kotarą. Na sali było 6 łóżek, wszystkie oddzielone od siebie niebieską kotarą. Każdy miał trochę prywatności. Zbadał mój brzuch, dostałam fiolkę na mocz, pielęgniarka znów zrobiła pomiar i poprosiła o próbkę moczu. Następnie przyniosła mi wodę, a ja wróciłam do czytania. Przyszła po chwili i powiedziała, że dalej jestem w ciąży bo zrobiła test. Że kurde co?!!! Nie wiedziałam czy mam się śmiać czy płakać, no ale pomyślałam zobaczymy co powie lekarz. Już myślałam że o mnie zapomnieli, gdy przyszła do mnie inna pielęgniarka. Znów musiałam powiedzieć dlaczego tu jestem. Zapytała się mnie czy może mnie zbadać przy obecności pielęgniarki. Wyraziłam zgodę. Przyszła ta pielęgniarka, która wcześniej pobierała mi krew. Badanie było trochę bolesne, ale wytrzymałam. W miedzyczasie musiała mnie w środku wyczyścić bo nić nie widziała prócz skrzepów. Po wszystkim powiedziała, że jest jej bardzo przykro, ale zaczynam ronić. Wytłumaczyła cały proces, co mogę czuć. Zapytała czy chciałabym spędzić noc w szpitalu, ale odmówiłam. Stwierdziła, że nie mam przeciwwskazań by iść do domu, ale jakbym się źle poczuła, bardziej krwawiła niż normalnie lub ból był nie do wytrzymania to mam wracać natychmiast do szpitala. Dała mi jeszcze tabletki przeciwbólowe, wyciągnęła welflon i powiedziała, że mam przyjechać na zajutrz na usg żeby zobaczyć na jakim etapie jestem. Pożegnałam się i wróciłam do domu. Po ponad 5 i pół godzinach! Porozmawiałm chwilkę z mężem, który na mnie czekał i położyłam się spać.

30/09
Około 9 rano dostalam telefon ze szpitala z zapytaniem czy mogłabym przyjechać na usg. Ubrałam się i pojechałam. Znalazłam oddział na którym miałam mieć robione usg. Też musiałam chwilę poczekać. Wywiad z położną, następnie badanie. Najpierw zrobiła mi standardowo przez brzuch, ale nic nie mogła zobaczyć i trzeba było robić przez pochwę. Lekarka za każdym razem mówiła co robi i na co patrzy. Najpierw sprawdziła jajowody (wszystko wporządku), a później macicę. Pokazała mi monitor, pokazywała co na nim jest. Powiedziała, że w macicy nie ma już pęcherzyka płodowego tylko fluidy i że jest jej bardzo przykro. Poprosiła bym poczekała chwilkę w pokoju obok na położną. Po chwili weszłam razem z nią do gabinetu. Położna zaczęła mówić bardzo delikatnym tonem, że usg nie pokazało ciąży rosnącej w macicy. Jest bardzo możliwe, że jest juz po wszystkim i że jest jej bardzo przykro. Dla pewności poprosiła bym przyszła w niedzielę na badanie krwi. Powiedziała, że hormon ciążowy znajdujący się w ciele kobiety podczas ciąży to minimum 20000 unitów, ja w sobotę wieczorem miałam 5000. Chce przeprowadzić jescze jedno badanie krwi by się upewnić, że poziom ten spada bo gdyby wzrastał to by oznaczało, że w organiźmie mym jest ciąża poazamaciczna zagrażająca memu życiu. Żegnając się wręczyła mi wyniki usg, na których jest napisane, że w macicy nie ma rozwijającej się ciąży, oba jajniki wyglądają normalnie, w macicy znajduje się mała ilość płynu i endo wynosi 12mm. Brzuch boli, ale jest to ból do wytrzymania. Nie powiem, pomimo tego iż już przyzwyczaiłam się do myśli o poronieniu to dziś znów oczy mi się zeszkliły :( Znowu zabolało :(

1/10
Wstałam rano, oporządziłam się i pojechałam do szpitala. Przyjęła mnie ta sama położna co wczoraj. Pobrała krew i powiedziała, że jak przyjdą wyniki to do mnie zadzwoni. Pożegnałyśmy się. Idąc wzdłuż korytarza zastanawiałam się przez chwilkę czy kupić sobie kawkę i tosta, posiedzieć w restauracji i poczytać w spokoju książkę czy wrócić do domu, ale wybrałam dom. Jak przyjechałam to mąż kończył robić śniadanko, a Pyza konsumowała chrupka kukurydzianego. Brzuch zaczął coraz bardziej boleć. Przed południem musiałam wziąść 2 tabletki bo już nie mogłam wytrzymać. Poszłam do toalety i gdy tylko usiadłam na kibelek coś ze mnie wyleciało. Nie było to duże, może wielkości orzecha włoskiego lub małej piłki pinpongowej. Zaraz po tym ból brzucha trochę ustąpił, ale nie do końca. Po pierwszej dostałam telefon od położnej. Powiedziala, że poziom hormonu nieznacznie spadł i że chciałaby powtórzyć badanie we wtorek żeby sprawdzić czy dalej spada. Zgodziłam się. Moja ręka jest i tak już pokuta to jedno ukłucię w tą czy w tamtą nie robi już różnicy.

3/10
Rano mąż został z córcią, a ja pojechałam do szpitala na kolejne pobranie krwi. Położna zapytała się czy wyrażam zgodę by przy pobraniu krwi była praktykantka. Pewnie, że może być. Dziewczyna cicho siedziała i obserwowała co położna robi. Po wszystkim wróciłam do domu by zjeść śniadanie i wyszykować siebie do pracy i dziecko do niani. W pracy otrzymałam telefon ze szpitala. Położna zadzwoniła by poinformować mnie o wynikach. Wygląda na to że już jest po wszystkim. Poziom hormonu z ponad 3000 unitów zszedł na 900 w ciągu 2 dni. Poinstruowała bym 19 października zrobiła test ciążowy. Głupie, wiem, ale gdyby wyszedł pozytywny to mogłaby być to ciąża pozamaciczna i wtedy musiałabym wrócić do szpitala. Miałam robione usg. Nic nie wykazało, ale dla pewności zrobię.

Fizycznie czuję się dobrze. Psychicznie? Chyba teraz, jak już jest po wszystkim, zaczynam się podłamywać. Czuję, że mam gulę w gardle i pewnego dnia po prostu wszystko ze mnie spłynie.

Przerażenie

W niedzielę dziecię me zafundowało mi chwilę grozy.

Dzień jak codzień. Pobudka rano, zabawa w łóżeczu, przebieranie pampersiaka, butla, zabawa, butla, spacerek, drzemka,butla, zabawa, kąpiel i w tym momencie cała reszta naszej wieczornej rutyny wyszła przez okno. Już podczas kąpieli zauważyłam, że trzęsą się jej nózki i mają trochę inny kolor. Zawołałam męża by pomógł mi ją wyciągnąć z wody. Zaniosłam do jej pokoju, posadziłam na przewijak i się zaczęło. Mała w płacz, trżęsła się jak galaretka, nie mogła ruszyć rączkami i cała posiniała. :cry:  Mąż powiedział, że pewnie  jej zimno. To dawaj, szybko ją wytarłam, ubrałam podczas gdy ona cały czas płakała. Już wiedziałam, że coś z nią nie tak. Była cała sina, zimna i się trzęsła. Nie mogła złapać smoczka ani butelki. Zjadła niewiele mleka. Mi z tego wszystkiego aż słabo się zrobiło. Szybko zakończyłam rozmowę z mamą. Poprosiłam męża by ubrał ją w śpiworek bo z tego wszystkiego ręce zaczęły mi się trząść. Ja, osoba z reguły spokojna i z głową na karku, spanikowałam. :cry:  Gdy mąż zauważył, że małej nie przechodzi to sam sie wystraszył. Powiedział że nie wie na który numer ma dzwonić.

Stwierdziłam, że nie ma sensu nigdzie dzwonić tylko jedziemy z nią do szpitala. Opatuliłam ją w koc, zabrałam do torebki jej książeczkę zdrowia, butlę z mlekiem, pampersy i smoczka. Ja siedziałam z tyłu trzymając ją na kolanach, a mąż prowadził. Gnał do szpitala 80 mil, w mgnieniu oka się tam znaleźliśmy. Wysadził mnie pod recepcją, a sam poszedł zaparkować auto. W recepcji powiedziałam szybko o cco chodzi i pielęgniarka zaprowadziła mnie na oddział dziecięcy. Zapytała się tylko czy jestem sama czy z kimś. Odpowiedziałam, że z mężem, ale on parkuje samochód. Powiedziała żebym się nie martwiła, że go tu przyprowadzi. Po chwili mężu się zjawił. W momencie kiedy on przyszedł to pielęgniarka poprosiła nas do gabinetu. Wypytała co się stało, zadawała pytania, poprosiła by Małą wyciągnąć z tego koca i śpiworka. Zmierzyła jej tętno i gorączkę. Miała prawie 40 stopni! :-(  Poprosiła by usiąść w poczekalni, a ona przyniesie coś na zbicie gorączki. Po chwili przyszła ze strzykawką i doustnie podała Pyzie paracetamol. A me dziecię jak tylko zobaczyło strzykawkę to od razu buzię otworzyła ;-) Pielęgniarka była pod wrażeniem. Musieliśmy poczekać na swoją kolej, a przed nami były 4 osoby. Dziecko me śpiące, marudne, z gorączką nosiliśmy na zmianę na rękach. Dopiero około godziny 23:00 udało jej się usnąć. Usnęła u mnie na kolanach. Pospała może z 15 minut gdy zostaliśmy wezwani znów do gabinetu na zmierzenie ciśnienia i gorączki. Na szczęście wszystko było już w normie. Ledwo wrociliśmy na miejsce w poczekalni, a doktor nas zawołał. Też przeprowadził ze mną wywiad środowiskowy, po czym zaczął badać Pyzę. Powygłupiał się z nią w międzyczasie ją badając. Przy sprawdzaniu uszu i gardła poprosił o pomoc w przytrzymaniu jej. Badanie gardła nie przypadło córci mej do gustu co musiała pokazać swoim płaczem. Doktór na pocieszenie po badaniu namalował buźkę na patyczku lekarskim i wręczył Pyzie do rączki.

Po przebadaniu Pyzy doktor powiedział, że Mała z medycznego punktu widzenia jest zdrowa. Wytłumaczył to tak: wzrost temperatury w tak krótkim czasie od normalnej 36,4 do prawie 40 stopni powoduje utratę przytomności nawet u dorosłego człowieka, a u Pyzy jej mały organizm się bronił i jej małe żyłki nie potrafiły tak szybko pracować. Powiedział, że u niej było o tyle dobrze iż nie straciła przytomności. Poradził dać od razu paracetamol gdy tylko zauważymy, że Mała zaczyna się znów trząść bo to jest oznaka szybkiego wzrostu temperatury. Dostaliśmy ulotkę co robić w razie utraty przytomności i konwulsji u dziecka. Pożegnał nas słowiami: „Mam nadzieję, że juz nigdy nie bedziecie musieli z dzieckiem przyjeżdzać do szpitala, a Ty kruszynko nie przyprawiaj rodziców o zawał serca” :)

Wróciliśmy do domu po północy. Przebrałam Pyzie pampersiaka, dałam mleko i po chwili już sobie smacznie spała. Przed 5 rano przebudziła sie z płaczem. Wzięłam ją na ręce i od razu poczułam, że trzęsie się jak galaretka. Obudziłam męża by dał jej paracetamol, położyłam między nas. Mąż trzymał ją za rączkę, a ja przytuliłam ją do siebie i po chwili już spała. Po około 2 godzinach odniosłam ją do łóżeczka, bo zaczęła robić wędrówki ludów. Wstała dopiero po 11:00. Przyszykowałam ją do niani, siebie do pracy i pojechałyśmy. Poinstruowałam Kelly co ma robić gdyby zaszła taka sytuacja jak w nocy i jak coś by dzwoniła do męża.

Wczoraj w nocy budziła sie z płaczem co godzinę i wolała „mama”, a dziś zobaczyłam w jej paszczy, że lewa górna jedynka próbuje się przebić. Mam dość  ząbkowania. Nie dość, że Pyza jest wymęczona to i ja też.

Mam nadzieję, że już wiecej takich „atrakcji” nie będzie nam fundować.

Wizyta w szpitalu

Zapomniałabym napisać o tym że trafiłam znów do szpitala. Ostatniego dnia pobytu siostry u nas, rana po cesarskim cięciu strasznie zaczęła mnie boleć i piec. Wieczorem było już tylko gorzej więc zadzwoniłam na porodówkę i powiedziałam jaka jest sytuacja, kazali mi przyjechać żeby doktor mnie zbadał. Siostra została z małą, a mąż pojechał ze mną. Przyjęła nas polka – Edyta. Zaprowadziła do pokoju, obejrzała ranę, zmierzyła ciśnienie, temperaturę, przyniosła dzbanek wody żebym się napiła i oddała próbkę moczu. Wzięła moje karty i powiedziała że zaraz ktoś do mnie przyjdzie. Co chwilę przychodziły położne, sprawdzać jak się czuję i oglądać ranę. W końcu jedna z nich powiedziała że musi to skonsultować ze starszą położną. Przyszły we dwie, starsza obejrzała ranę i stwierdziła że zaczerwienienie jej się nie podoba i zadzwoniła po lekarza. Narzekaliśmy się na niego. W międzyczasie znów mnie zbadano. Na łóżku prawie odlatywałam, tak mi się spać chciało. Po długim oczekiwaniu w końcu przyszedł. Wypytał się mnie kiedy miałam cesarkę, dlaczego, jakie szwy założyli, co się stało że przyjechałam do szpitala i dopiero zaczął badanie. Obejrzał ranę, podotykał, wziął wymaz. Powiedział że bardzo dobrze zrobiłam dzwoniąc do szpitala i przyjeżdżając bo mam małą infekcję. Nie wiedzą dlaczego tak się dzieje, ale czasami infekcje się same pojawiają. Dostałam antybiotyk i kazał się stawić na kontrolę w czwartek. Antybiotyk miałam brać 4 razy dziennie, czyli co 6 godzin. Doktor stwierdził że jeżeli antybiotyk nie pomoże to trzeba będzie czyścić ranę i ponownie zszywać. Przeraziłam się. Ogólnie w szpitalu spędziliśmy 2 godziny.

Po powrocie do domu wzięłam antybiotyk. Siostra przerażona. Powiedziała że jeżeli trzeba będzie to przyleci. Mała grzecznie spała, nieodczuwajac mojej nieobecności. Nad ranem się pożegnaliśmy i mąż odwiózł ich na lotnisko.

Już na drugi dzień brania antybiotyku czułam się lepiej. Tylko musiałam oczyścić plan jak jeść posiłki żeby nie kolidowały z braniem tabletek, ale jakoś się udało.

W czwartek mąż odwiózł mnie do szpitala na kontrolę, a sam z małą pojechali na zakupy. Miałam dać mu znać jak będę wychodzić, ale zanim przyszła lekarka i mnie obejrzała to znów minęło 2 godziny. Zmieniła mi antybiotyk bo powiedziała że w wymazie coś było i nowy antybiotyk będzie lepiej działał.

Póki co jest dobrze. Mam nadzieję iż rana się ładnie zagoi i nie będę musiała wracać do szpitala. Panicznie się tego boję. No i nie chcę zostawiać dziecka. Wiem że mąż sobie poradzi, ale będzie musiał ją karmić tylko mlekiem modyfikowanym, a moje przecież jest lepsiejsze.

Pobyt w szpitalu

Dzień, a raczej wieczór i noc pamiętam jak przez mgłę. Gdy mnie przewieźli na salę ogólną, gdzie leżały inne mamy że swoimi pociechami, byłam bardzo śpiąca. Mąż zajmował się małą bo ja byłam przykuta do łóżka razem z cewnikiem. To on ją pierwszy przewijał i karmił (butlą oczywiście). On ją trzymał na rękach. Biedny bo musiał jeszcze mną się zająć gdy zaczęłam wymiotować. Co prawda samą woda, bo od piątku nic nie jadłam. Zmieniał mi tylko pojemniki. Położne przychodziły i zmieniały mi co jakiś czas matę na której leżałam i podpaskę. Przynosiły środki przeciwbólowe, mierzyły temperaturę, ciśnienie i ogólnie się mną zajmowały. Położna przyniosła fotel rozkładany dla męża żeby się przespał w nocy, ale około godziny 1 w nocy stwierdziliśmy żeby pojechał do domu, bo ja opiekę mam zapewnioną. Wystarczyło tylko nacisnąć przycisk i zaraz położna przychodziła. Tak też zrobił. Mała przespała cała noc. Położna zmieniła jej pampersa i nakarmiła na moją prośbę. Z tego co pamiętam to cewnik miałam mieć ściągnięty o północy, ale w rezultacie że źle się czułam to ściągnęli mi go następnego dnia po południu.

Rano, około 8:00, przyjechał mąż i przywiózł mi butelke wody i kanapkę z masłem, żebym spróbowała coś przygryźć. Położne co 3 godziny dawały środki przeciwbólowe, nawet dostałam morfinę w niedzielę. Słodka była :) Przed 10:00 mąż zabrał małą do pediatry. Pobrał jej krew i zbadał. Gdy ją badał to małej się zwymiotowało. Nie spodobał mu się kolor jej wymiocin i zrobił dodatkowe badania. Okazało się że dzidzia ma infekcję i będzie brała antybiotyki przez 2 dni, co 12 godzin. Założyli jej wenflon i pierwszy antybiotyk dostała o 16:00, a drugi o 4 rano i kolejnego dnia tak samo. Później pobrali jej krew w celu sprawdzenia czy infekcja się cofnęła, na szczęście tak :) Bida moja mała miała łapki sine :( Jedną od pobrania krwi, a drugą od wenflonu.

Położne były rewelacyjne. Gdy przez 2 noce mała płakała i nie chciała spać, noszenie na rękach nie pomagało to one zabrały ją do siebie żebym mogła się zdrzemnąć choć 2 godziny. Ta drzemka była zbawienna. Później mogłam z nią siedzieć aż mąż lub siostra przyjechali zmienić mnie. W tym czasie, gdy oni się zajmowali Pyzuchą, ja mogłam odespać nockę :)

Była tam jedna położna, murzyneczka z wielkim afro na głowie :-D Konkretna babka. Ona nam powiedziała, że małej dalej zalega wydzielina i dlatego wymiotuje. Pokazała nam w jakiej pozycji najlepiej ją karmić i jak ja trzymać by się jej odbiło. Ona raz ja nakarmiła, bo powiedziała że 30ml to za mało jest dla niej. Trzymała ja tak długo i klepała po pleckach żeby się odbiło aż mała parę razy zwymiotowała. Musiała chyba w tym samym czasie oczyścić się z tej wydzieliny bo później już ładnie jadła i nawet jej się odbijało :) Żartowaliśmy z tą położną że weźmiemy ją do domu na miesiąc lub dwa ;-) Taka niania do pomocy :)

W nocy była inna murzyneczka, też bardzo miła. Jak zobaczyła że moja Kluseczka usunęła na mnie to przyniosła mi poduszkę pod rękę żebym sobie oparła i podniosła barierkę od łóżka. W takiej pozycji z małą na sobie zdrzemnęłam się ze 2 godziny, może trochę dłużej.

Poznałam też dwie polki położne. Jedna z nich moja imienniczka Edyta była na nocnej służbie, druga Justyna miała dniówki. Wesoło było :) Zawsze pytały się jak Mała, jak ja się czuję, co jeść i pić oraz kazały mi dużo odpoczywać.

Jedzenie w szpitalu było naprawdę dobre. Mały wybór dla wegetarian, ale mi smakowało. Jak nie mogłam pójść po jedzenie to położne pytały się na co mam ochotę i same przynosiły :) Później zabierały pusty talerz i kubek. Pytały się czy jeszcze bym coś chciała do jedzenia bądź picia. Jak poprosiłam o herbatę to zaraz ją miałam, gorącą :) Nie trzeba było długo czekać.

W szpitalu zrobiliśmy naszej Pyzie sesję zdjęciową :) Jak zobaczyłam sideshow to łzy same napływały do oczu. Nawet tacie się łezka w oku zakreciła ;-) Ach ten baby blues ;-) Hormony szalały ;-)

Jak dostaliśmy zielone światło że możemy iść do domu to wszystkie mamuśki na sali i położne życzyły nam powodzenia, żebyśmy dbali o siebie i się nie przemęczali :) Jedna mamuśka nawet mnie wyściskała :)

A w domu czekała na nas ciocia i siostrzeniec :)

Opiekę w szpitalu wspominam bardzo pozytywnie. Mam nadzieję, że w przyszłości jak będziemy mieć drugie dziecko też taką otrzymam :)