Jest i nie ma

31 SIERPIEŃ
Mężu się mnie pyta czy kupić test ciążowy. Kazałam mu się puknąć w czoło. No okres mi się spóźnia, ale to nie powód by od razu kupować test. Zresztą moje miesiączki są nieregularne więc tydzień czy dwa, a nawet trzy nie robią na mnie wrażenia. Normalka. Już nie raz tak miałam. Oczywiście się nie posłuchał i kupił.

1 WRZESIEŃ
Mężu wstaje do pracy przy okazji mnie budząc. Dostałam laurkę na urodziny od córci i łańcuszek od męża :) Mąż prosi bym zrobiła jednak ten test. Myślę, że go całkiem pogieło. Mówi mi, że jak test wyjdzie pozytywny to sobie nogi ogoli ;-) Idę więc z tym testem do toalety, robię co mam zrobić, odkładam na bok. W międzyczasie robię poranną toaletę, zabawiam dziecię i karmię kociaki. Po wszystkim podchodzę do umywalki i oczom własnym nie mogę uwierzyć. Na teście dwie grube czerwone krechy! Gorąco mi i słabo jednocześnie. Strach wymieszany ze szczęściem.
Mężu z dołu krzyczy: „Zrobiłaś test?”.
Ja: Tak.
Na co on: I co?
Ja (zrzucając mu test): Golisz nogi!
On (patrząc się na test): Ale ja nie wiem co to znaczy.
Więc idę ci ja z ulotką do niego, ale zanim doszłam to ust jego usłyszałam: „O kurcze!” i aż się oparł o framugę z wrażenia ;-) Po chwili na ustach męża widzę uśmiech od ucha do ucha i zdanie: „A widzisz jak dobrze, że kazałem ci zrobić ten test.”
Do mnie jeszcze to nie dociera. W pracy też ciężko było się skupić.
Wieczorem mężu sobie pije drinka, a ja sok pomarańczowy i dalej się zastanawiam czy to jednak nie sen.

2 WRZESIEŃ
Lot do Polski. Zastanawiamy się jak to powiedzieć, że jednak z nikim się nie napiję wysokoprocentowych napoi ;-) Wychodzi samo „w praniu”. Gratulacje i pytania który to tydzień, na kiedy termin itp, itd. Odpowiedzi brak bo sama nie wiem. Radość od mojej strony z rodziny wielka czego nie mogę napisać o teściach. Teściowa tylko się zapytała jak my sobie teraz poradzimy, a teściu stwierdził że on jest tym gorszym teściem bo on się dowiaduje jako drugi. Ehhh…. Wieczorem bratowa męża przychodzi, a że mężu mój to papla to i ona sie dowiaduje. Radość z jej strony ogromna, aż się kobitka prawie popłakała ;-) Przy okazji dostałam kwiatka i prezencik na urodziny :-D

5 WRZESIEŃ
Zaczynam plamić. Strach i 1000 myśli na sekundę przelatują przez głowę. Mąż pociesza i próbuje uspokoić. Szukanie ginekologa, który by przyjął mnie prywatnie. Siostra podaje namiary na dwóch. Jest późno w nocy muszę czekać do rana żeby umówić się na wizytę. Noc prawie nie przespana. Plamienie na brązowo dalej jest, a nad ranem nawet krew poleciała :(

6 WRZESIEŃ
Rano telefon do ginekologa, do którego chodziła moja siostra. Nikt nie odbiera. Telefon do drugiego. Odbiera, może mnie przyjąć tego samego dnia o 17:00. Godziny sie dłużą niemiłosiernie. Dzieckiem zajmować się nie muszę, bo jest pełno chętnych do opieki nad nią. W końcu wybija godzina. Idziemy z mężem pod wskazany adres. Zaczynam się denerwować. Mąż uspokaja. Doktor zaprasza na fotel. Robi usg i potwierdza ciążę. Pokazuje pęcherzyk płodowy. Od razu dodaje, że jest to ciąża zagrożona :( Przepisuje Duphaston, 3 razy dziennie po jednej tabletce. Mówi żeby w Anglii iść do lekarza nie wcześniej niż za około dwa i pół tygodnia. Rozliczamy się. Doktor życzy powodzenia i wszystkiego dobrego. Od lekarza idziemy prosto do apteki po tabletki, a poźniej do domu. Pokazuję zdjęcie, ale tylko siostrze mowię, że ciąża jest zagrożona. Rodzicom ani słowa żeby ich nie denerwować.

8 WRZESIEŃ
Plamienie ustępuje. Trochę się uspokajam i zaczynam cieszyć tym stanem :) Rodzinka zajmuje się córcią, a ja odpoczywam :) Mężu się cieszy i papla znajomym, że coś jest na rzeczy ;-) Próbuję go stopować, ale z marnym skutkiem.

13 WRZESIEŃ
Powrót do domu. Po drodze z lotniska wstępujemy do przychodni. Umawiam się na wizytę z położną. Znów plamię. Podejrzewam że to przez lot samolotem i przez zmęczenie. Tata częściej zajmuje się córką żeby mnie trochę odciążyć. Po kąpieli on ją przenosi do pokoju i usypia :)

14 WRZESIEŃ
Powrót do pracy. Nikomu nic nie mówię o swoim stanie. Jest za wcześnie. Na szczęście mam pracę siedzącą :)

21 WRZESIEŃ
Wizyta u położnej. Poznała mnie od razu :)
P: Szybko do nas wróciłaś :)
Ja: Szybciej niż planowałam ;-)
P: Ile twoje dziecko już ma?
Ja: 13 miesięcy, a za dwa tygodnie będzie miała 14 :)
P: A to nie szybko, to tak normalnie :)
Powiedziałam jej o plamieniu, o tym że byłam u ginekologa w Polcse, o tabletkach. Wypełniłyśmy moją kartę, pobrała mi krew, zmierzyła ciśnienie, sprawdziła mocz. Zapisała sobie żeby zarejestrować mnie na usg w 12 tygodniu bo z komputera w przychodni nie mogła tego zrobić. Powiedziała o szczepionce na grypę, że mi przysługuje za darmo i żebym ją wzięła bo zima tuż tuż. Życzyła wszystkiego dobrego i do kolejnej wyzyty. Po wyjściu z gabinetu zarejestrowałam się na tą szczepionkę na poniedziałek 25 września.
Mąż zarejestrował mnie na sobotę do polskiego ginekologa (prywatnie), bo tabletki mi się kończą. On będzie pracował, więc ja pojadę z dzieckiem. Innego wyjścia ni ma. Dostanie chrupka i będzie siedzieć w wózku ;-)

23 WRZESIEŃ
Szybkie śniadanie, oporządzenie Pyzy i kierunek lekarz. Położna powiedziała, że zajmie się mym dzieckiem podczas mojego badania. Lekarz miły, przeprowadził wywiad i zaczął badanie. Wziął wymaz z szyjki macicy bo kolor mu nie pasował. Powiedział, że może to być infekcja dlatego plamię, ale niekoniecznie. Dla świętego spokoju zrobimy badanie. Wyniki w przyszły czwartek. Czas na usg. Jak tylko zaczął już wiedziałam, że coś jest nie tak :( Długa cisza lekarza też nie wróżyła nic dobrego. Wyrok: „Brak akcji serca, pęcherzyk płodowy się nie rozwinął, jest pusty w środku. Przykro mi bardzo” ;( Gula w gardle, żęby zacisnęłam żeby się nie rozpłakać. Sprawdził jeszcze czy nie ma ciąży pozamacicznej i mogłam się ubrać. Powiedział żebym odstawiła tabletki i dała szansę organizmowi na samoistne oczyszczenie. Za dwa tygodnie wizyta kontrolna, sprawdzi na usg czy wszystko zeszło i w razie czego przepisze tabletki na farmakologiczne oczyszczenie. Mam nadzieję, że nie trzeba będzie. Lekarz powiedział, że czasem tak się zdarza i nikt nie wie dlaczego. Dał mi swóje numery telefonów, polski i angielski, w razie gdybym miała jakieś pytania to mam do niego dzwonić. Na koniec zapytał się czy chciałabym jeszcze coś się jego spytać. Już tylko pokiwałam głową na nie. Zrozumiał i zaprowadził mnie do położnej, która zabawiała moje dziecię. Pyza całkiem nieźle się tam bawiła. Uiściłam opłatę i wyszlyśmy. Po drodze do samochodu zadzwoniłam do męża i opowiedziałam o wizycie. Przykro mu sie zrobiło, ale starał się mnie jeszcze pocieszać. Łzy stanęły mi w oczach, kilka głębokich wdechów by opanować się od płaczu. Zapakowałam Pyzę i wózek do samochodu, porozmawiałam jeszcze chwilkę z mężem i wróciłam do domu.
W domu póki coś robię lub bawię się z córcią to jakoś funkcjonuję, ale jak tylko usiądę i Pyza nie widzi to po ciuchutku sobie chlipię ;( Nie chcę żeby ona widziała jak mama płacze więc staram się ukrywać. Ciężko jest.
Napisałam do siostry. Odpisała, że jest jej przykro i czy ma powiedzieć rodzicom. Napisałam, że tak. Narazie nie chce mi się z nikim rozmawiać.

Jest ciężko, jest pieruńsko ciężko. Łzy same cisną się do oczu ;(

Wizyta w szpitalu

Zapomniałabym napisać o tym że trafiłam znów do szpitala. Ostatniego dnia pobytu siostry u nas, rana po cesarskim cięciu strasznie zaczęła mnie boleć i piec. Wieczorem było już tylko gorzej więc zadzwoniłam na porodówkę i powiedziałam jaka jest sytuacja, kazali mi przyjechać żeby doktor mnie zbadał. Siostra została z małą, a mąż pojechał ze mną. Przyjęła nas polka – Edyta. Zaprowadziła do pokoju, obejrzała ranę, zmierzyła ciśnienie, temperaturę, przyniosła dzbanek wody żebym się napiła i oddała próbkę moczu. Wzięła moje karty i powiedziała że zaraz ktoś do mnie przyjdzie. Co chwilę przychodziły położne, sprawdzać jak się czuję i oglądać ranę. W końcu jedna z nich powiedziała że musi to skonsultować ze starszą położną. Przyszły we dwie, starsza obejrzała ranę i stwierdziła że zaczerwienienie jej się nie podoba i zadzwoniła po lekarza. Narzekaliśmy się na niego. W międzyczasie znów mnie zbadano. Na łóżku prawie odlatywałam, tak mi się spać chciało. Po długim oczekiwaniu w końcu przyszedł. Wypytał się mnie kiedy miałam cesarkę, dlaczego, jakie szwy założyli, co się stało że przyjechałam do szpitala i dopiero zaczął badanie. Obejrzał ranę, podotykał, wziął wymaz. Powiedział że bardzo dobrze zrobiłam dzwoniąc do szpitala i przyjeżdżając bo mam małą infekcję. Nie wiedzą dlaczego tak się dzieje, ale czasami infekcje się same pojawiają. Dostałam antybiotyk i kazał się stawić na kontrolę w czwartek. Antybiotyk miałam brać 4 razy dziennie, czyli co 6 godzin. Doktor stwierdził że jeżeli antybiotyk nie pomoże to trzeba będzie czyścić ranę i ponownie zszywać. Przeraziłam się. Ogólnie w szpitalu spędziliśmy 2 godziny.

Po powrocie do domu wzięłam antybiotyk. Siostra przerażona. Powiedziała że jeżeli trzeba będzie to przyleci. Mała grzecznie spała, nieodczuwajac mojej nieobecności. Nad ranem się pożegnaliśmy i mąż odwiózł ich na lotnisko.

Już na drugi dzień brania antybiotyku czułam się lepiej. Tylko musiałam oczyścić plan jak jeść posiłki żeby nie kolidowały z braniem tabletek, ale jakoś się udało.

W czwartek mąż odwiózł mnie do szpitala na kontrolę, a sam z małą pojechali na zakupy. Miałam dać mu znać jak będę wychodzić, ale zanim przyszła lekarka i mnie obejrzała to znów minęło 2 godziny. Zmieniła mi antybiotyk bo powiedziała że w wymazie coś było i nowy antybiotyk będzie lepiej działał.

Póki co jest dobrze. Mam nadzieję iż rana się ładnie zagoi i nie będę musiała wracać do szpitala. Panicznie się tego boję. No i nie chcę zostawiać dziecka. Wiem że mąż sobie poradzi, ale będzie musiał ją karmić tylko mlekiem modyfikowanym, a moje przecież jest lepsiejsze.

Pobyt w szpitalu

Dzień, a raczej wieczór i noc pamiętam jak przez mgłę. Gdy mnie przewieźli na salę ogólną, gdzie leżały inne mamy że swoimi pociechami, byłam bardzo śpiąca. Mąż zajmował się małą bo ja byłam przykuta do łóżka razem z cewnikiem. To on ją pierwszy przewijał i karmił (butlą oczywiście). On ją trzymał na rękach. Biedny bo musiał jeszcze mną się zająć gdy zaczęłam wymiotować. Co prawda samą woda, bo od piątku nic nie jadłam. Zmieniał mi tylko pojemniki. Położne przychodziły i zmieniały mi co jakiś czas matę na której leżałam i podpaskę. Przynosiły środki przeciwbólowe, mierzyły temperaturę, ciśnienie i ogólnie się mną zajmowały. Położna przyniosła fotel rozkładany dla męża żeby się przespał w nocy, ale około godziny 1 w nocy stwierdziliśmy żeby pojechał do domu, bo ja opiekę mam zapewnioną. Wystarczyło tylko nacisnąć przycisk i zaraz położna przychodziła. Tak też zrobił. Mała przespała cała noc. Położna zmieniła jej pampersa i nakarmiła na moją prośbę. Z tego co pamiętam to cewnik miałam mieć ściągnięty o północy, ale w rezultacie że źle się czułam to ściągnęli mi go następnego dnia po południu.

Rano, około 8:00, przyjechał mąż i przywiózł mi butelke wody i kanapkę z masłem, żebym spróbowała coś przygryźć. Położne co 3 godziny dawały środki przeciwbólowe, nawet dostałam morfinę w niedzielę. Słodka była :) Przed 10:00 mąż zabrał małą do pediatry. Pobrał jej krew i zbadał. Gdy ją badał to małej się zwymiotowało. Nie spodobał mu się kolor jej wymiocin i zrobił dodatkowe badania. Okazało się że dzidzia ma infekcję i będzie brała antybiotyki przez 2 dni, co 12 godzin. Założyli jej wenflon i pierwszy antybiotyk dostała o 16:00, a drugi o 4 rano i kolejnego dnia tak samo. Później pobrali jej krew w celu sprawdzenia czy infekcja się cofnęła, na szczęście tak :) Bida moja mała miała łapki sine :( Jedną od pobrania krwi, a drugą od wenflonu.

Położne były rewelacyjne. Gdy przez 2 noce mała płakała i nie chciała spać, noszenie na rękach nie pomagało to one zabrały ją do siebie żebym mogła się zdrzemnąć choć 2 godziny. Ta drzemka była zbawienna. Później mogłam z nią siedzieć aż mąż lub siostra przyjechali zmienić mnie. W tym czasie, gdy oni się zajmowali Pyzuchą, ja mogłam odespać nockę :)

Była tam jedna położna, murzyneczka z wielkim afro na głowie :-D Konkretna babka. Ona nam powiedziała, że małej dalej zalega wydzielina i dlatego wymiotuje. Pokazała nam w jakiej pozycji najlepiej ją karmić i jak ja trzymać by się jej odbiło. Ona raz ja nakarmiła, bo powiedziała że 30ml to za mało jest dla niej. Trzymała ja tak długo i klepała po pleckach żeby się odbiło aż mała parę razy zwymiotowała. Musiała chyba w tym samym czasie oczyścić się z tej wydzieliny bo później już ładnie jadła i nawet jej się odbijało :) Żartowaliśmy z tą położną że weźmiemy ją do domu na miesiąc lub dwa ;-) Taka niania do pomocy :)

W nocy była inna murzyneczka, też bardzo miła. Jak zobaczyła że moja Kluseczka usunęła na mnie to przyniosła mi poduszkę pod rękę żebym sobie oparła i podniosła barierkę od łóżka. W takiej pozycji z małą na sobie zdrzemnęłam się ze 2 godziny, może trochę dłużej.

Poznałam też dwie polki położne. Jedna z nich moja imienniczka Edyta była na nocnej służbie, druga Justyna miała dniówki. Wesoło było :) Zawsze pytały się jak Mała, jak ja się czuję, co jeść i pić oraz kazały mi dużo odpoczywać.

Jedzenie w szpitalu było naprawdę dobre. Mały wybór dla wegetarian, ale mi smakowało. Jak nie mogłam pójść po jedzenie to położne pytały się na co mam ochotę i same przynosiły :) Później zabierały pusty talerz i kubek. Pytały się czy jeszcze bym coś chciała do jedzenia bądź picia. Jak poprosiłam o herbatę to zaraz ją miałam, gorącą :) Nie trzeba było długo czekać.

W szpitalu zrobiliśmy naszej Pyzie sesję zdjęciową :) Jak zobaczyłam sideshow to łzy same napływały do oczu. Nawet tacie się łezka w oku zakreciła ;-) Ach ten baby blues ;-) Hormony szalały ;-)

Jak dostaliśmy zielone światło że możemy iść do domu to wszystkie mamuśki na sali i położne życzyły nam powodzenia, żebyśmy dbali o siebie i się nie przemęczali :) Jedna mamuśka nawet mnie wyściskała :)

A w domu czekała na nas ciocia i siostrzeniec :)

Opiekę w szpitalu wspominam bardzo pozytywnie. Mam nadzieję, że w przyszłości jak będziemy mieć drugie dziecko też taką otrzymam :)

Wspomnienia porodu

W sobotę sobie wspominaliśmy ten dzień, a właściwie dwa dni ;-) Patrzyliśmy na naszą Pyzuchę Kluchę, na zegarek i mówiliśmy co było o danej porze. Z siostrą tylko piątek był do wspominania, a później tylko słuchała co się działo :)

Tak więc po czwartkowej wizycie u położnej, na której umówiła mnie na wywołanie porodu po weekendzie, w piątek po godzinie 6 rano obudził mnie ból brzucha. Takie ćmienie jak na okres. W sumie nic sobie z tego nie zrobiłam i wróciłam do łóżka dalej spać, ale jak zaczęło się to powtarzać to już wiedziałam co jest na rzeczy. Nie budziłam nikogo tylko sobie leżałam próbując usnąć. Ciężko było bo co mi się udało usnąć to budził mnie skurcz. Jak mąż wstał do pracy to mu powiedziałam, że mam skurcze. Co prawda nieregularne, ale były. Z aplikacją w telefonie mierzyłam ich odstępy i długość ich trwania. Około 11:00 wstałam, a raczej zwlekłam się z wyrka, i zrobiłam sobie śniadanie. Powiedziałam siostrze co się dzieje, a ta zaczęła się cieszyć ;-) Mąż i siostra kazali mi wrócić do łóżka i dalej mierzyć skurcze. Z każdą godziną się one nasilały. W sumie byłyby do zniesienia gdyby nie to, że skurczybyki przeszły w skurcze krzyżowe. Mniej więcej od 15:00 leżałam w łóżku, mierzyłam te dziadostwa i oddychałam głęboko przy każdym skurczybyku.

Pod wieczór zadzwoniłam do szpitala i powiedziałam co się dzieje, że mam skurcze, co ile one są i jak długo trwają. Położna powiedziała, że jak będę miała 3 porządne skurcze w ciągu 10 minut to mam przyjeżdżać do szpitala. Wytrzymałam z nimi do godziny 21:00 i znów zadzwoniłam na porodówkę. Odebrała inna położna, powiedziała że mogę wziąść paracetamol na uśmierzenie bólu lub przyjechać do szpitala. Wybrałam opcję drugą. Mąż zabrał nasze torby, zapakował mnie do samochodu i ruszyliśmy na spotkanie z przeznaczeniem ;-)

Zaparkowali my na całodobowym parkingu dosłownie 50 metrów od wejścia do szpitala, a dojście na porodówkę graniczyło z cudem. Musiałam robić postoje bo inaczej bym nie doszła. Mąż trzymał 2 torby, moją i dzidzi, oraz mnie podtrzymywał. Wyglądał troszkę jak wielbłąd ;-) Ostatkami sił doczlapałam na oddział. Musieliśmy chwilę poczekać na położną i na pokój. Nie wiem kiedy weszliśmy do pokoju, ale był przytulny i z łazienką :) Większość czasu przeleżalam na łóżku ściskając kołdrę w czasie trwania skurczy lub w łazience na porcelanowym tronie, bo było wygodnie. Położna przyszła chyba przed 23:00, zbadała i stwierdziła że rozwarcie jest na 2 cm. W takim wypadku możemy wrócić do domu lub zostać w szpitalu. Oczywiście zostaliśmy. Przeszliśmy tylko na salę gdzie było parę innych kobiet, ale tylko ja ze skurczami. Przed północą nie dość że miałam skurcze krzyżowe i to co 2-3 minuty, przy których kucałam żeby mi troszkę ulżyło, to jeszcze doszły skurcze parte. Mąż biedny siedział na krześle obok łóżka i liczył skurcze. Podejrzewam że chciał pomóc, ale nie wiedział jak. Około 1:00 w nocy poszłam po tabletki przeciwbólowe, które i tak nie zadziałały. Przed 2:00 miałam kolejne badanie i o dziwo rozwarcie było na 4 cm. Zostałam wysłana na porodówkę. Dostaliśmy pokój z wanną :) I tak z niej nie skorzystałam. Jakoś nie mogłam się przełamać. Za to dostałam zastrzyk przeciwbólowy z petydyny, ten też nie zadziałał na mnie. Skurcze były zbyt silne żeby to zaskutkowało. Odkąd trafiłam znów na porodówkę to położną miałam cały czas przy sobie. Notowała ona wszystko, każdy skurcz, zastrzyk, moje zachowanie. Przed 4 rano poprosiłam o epidural, bo nie mogłam już wytrzymać. Zmieniliśmy pokój na mniejszy, ale za to z łazienką. Przyszedł lekarz, zrobił zastrzyk, podłączył do aparatury z której mogłam co pół godziny dozować dawkę epiduralu. Lek zaczął działać w miarę szybko i mogłam nawet się zdrzemnąć :) Po całym dniu i nocy drzemka była zbawienna. O 6 rano rozwarcie dalej było na 4 cm, więc postanowili podać mi oksytocynę. Najpierw małą dawkę 3 mg, którą zwiększali z każdą godziną.

O 7 rano była zmiana dyżuru i dostałam 2 położne :) Bardzo miłe. Pogadałyśmy sobie o wszystkim, o dzieciach, o imionach i różnych pierdołach. O 8 rano czułam, że epidural przestaje działać. Powiedziałam o tym położnym i chyba męża obudziłam z drzemki. Dzielnie mi towarzyszył pomimo iż nie mógł ulżyć w bólu to dozował środek przeciwbólowy. Jedna z położnych poszła po anastezjologa żeby podać mi kolejną dawkę epiduralu. W międzyczasie przychodziły inne położne i lekarze się przedstawić i przywitać. Nie wiem ile czekaliśmy na anastezjologa, ale w końcu do nas dotarła. Wstrzyknęła epidural i powiedziała, że jestem jedynym przypadkiem z którego on szybko schodzi. Po tej dawce znów miałam odlot. Mąż chyba też się zdrzemnął. O 10:00 był obchód i znów ludzie przychodzili się przedstawiać :) Miło było. Po godzinie 13:00 odbyła się kolejna zmiana personelu i dwie nowe położne zawitały u mnie w pokoju. Jedna młodziutka, może że 30 lat miała, no góra 35. Druga starsza, ale widać że praktykantka, dopiero się przyuczała do zawodu. One chyba były najlepsze :) Podtrzymywały na duchu, dodawały odwagi. O 14:00 zbadała mnie, rozwarcie było prawie pełne :) Powiedziała, że za godzinę zacznę przeć. dzidzia tak się wierciła, że musiałam parę razy zmieniać pozycję bo tętno zanikało, aż w końcu przyczepili jej do główki taki sznureczek co mierzył jej tętno. Była wtedy pod kontrolą :)

O godzinie 15:00 zaczęłam przeć. Położne były świetne. Mąż przytrzymywał rurkę z gazem co bym mogła ją przygryźć podczas parcia. O 16:00 przyszła doktor, zbadała, kazała mi przeć i powiedziała jak mam to robić żeby było bardziej efektywnie. No to tak robiłam jak kazała. Za kolejne pół godziny przyszła chirurg i powiedziała, że mogą mi pomóc kleszczami ale tylko jak główka będzie w kanale rodnym. Koniec końców zdecydowali się na cesarskie cięcie.

Byłam przerażona. Płakać mi się chciało. Znieczulili mnie tak że nie mogłam ruszyć rękoma. Dostałam maskę z tlenem, a ta starsza położna była cały czas przy mnie i do mnie mówiła. Zaprosili męża na salę. Usiadł on przy mojej głowie w niebieskim szpitalnym odzieniu, a chwilę później, dokładnie o 17:35 usłyszeliśmy płacz naszej córki :) Opuścili parawan żeby mi ją pokazać i zabrali na badanie. Mąż był przy niej i zrobił zdjęcie :) Po ważeniu przynieśli ja do mnie i porobilismy kilka fotek podczas kiedy byłam zszywana :) Tata pierwszy trzymał małą na rękach. Dumny jak paw ;-) Chciał imię Lena, ale jak zobaczyłam małą to powiedziałam że to imię do niej nie pasuje i poszliśmy na kompromis. Daliśmy jej na imię Isabel :)

3620g szczęścia urodzonego 6/08/2016 o 17:35 :-D

Czas leci

Jeszcze 3 dni siostra bedzie z nami. W poniedziałek już wraca do domu i zostaniemy sami :( Nie powiem boję się. Siostra naprawdę jest pomocna. Nocne warty należą do mnie. O 20:00 jestem już w łóżku na drzemkę, przed północą ściągam pokarm, a później czuwam. W ciągu dnia siostra przejmuje kontrolę nad małą. Cały czas by ją nosiła i tuliła. Mała chyba się do niej przyzwyczaiła i przyszły tydzień będzie ciężki dla nas :( Znów będzie musiała się przyzwyczaić do mnie. Jakoś musimy dać sobie radę.

Będziemy zdane na siebie. Siostry nie będzie. Tata w pracy, a my same. Hormony jeszcze buzują więc jak nie będę dawać sobie rady to pewnie będę płakać razem z nią ;-) Po pracy tata przejmie pałeczkę żebym mogła się zdrzemnąć przed nocną wartą.

Oj będzie ciężko, ale nikt nie mówił że będzie łatwo.

Ostatnia wizyta u położnej

Właśnie wróciliśmy od położnej. To była moja ostatnia wizyta. Młoda jest uparta i nie chce wychodzić więc mam się stawić na wywołanie porodu w poniedziałek. Najpierw muszę rano zadzwonić i dowiedzieć się o której godzinie mam przyjechać. Oprócz tego próbowała zrobić mi masaż szyjki macicy, ale ból był okropny i musieliśmy przerwać. Wiem że to pikuś w porównaniu z bólami porodowymi, ale nigdy nie przepadałam za tego typu badaniami. Zawsze sprawiały mi ból więc i tym razem nie mogło być inaczej. Posłuchaliśmy bicia serduszka :) Bije ładnie, miarowo :) 135 uderzeń na minutę :) Mężu trochę wystaszony siedział po usłyszeniu mojego „ała” ;-) Nawet sam chce jechać na zakupy ;-)

Moje obawy przed wywołaniem to takie, że Młoda może ważyć ok 4kg i będzie ciężko ją urodzić. Ewentualnie mogą zrobić cesarkę, której panicznie się boję. Wszystko okaże się w poniedziałek. O dziwo jestem nadzwyczaj spokojna. Zero nerwów. Siostra bardziej się denerwuje niż ja :) Ona by już chciała żebym rodziła, ale niestety nie ode mnie to zależy. Może moje dziecko potrzebuje więcej czasu żeby dojrzeć ;-) Albo mój piekarnik miał niższą temperaturę niż zakładałam ;-) W każdym bądź razie jest jej tam wygodnie :)

No to teraz trzeba się zebrać i jechać na zakupy, trochę ruchu się przyda ;-)

Dalej czekamy…

Mała jest uparta, nie spieszy jej się z wyjściem, ale co tu się dziwić – ma to po tatusiu ;-) On też urodził się po terminie i to 2 tygodnie! Ja natomiast 4 dni przed :)

Każdy dzwoni i się pyta czy już jesteśmy w trójkę, każdy czeka i się niecierpliwi, nawet moi sąsiedzi nie mogą się Młodej doczekać, a co dopiero rodzina. Siostra i mąż tylko gadają do brzucha żeby już wychodziła, bo jedno nie chce pracować, a drugie chce się nacieszyć przed wylotem :) A dziecięciu w brzuchu wygodnie :)

W czwartek położna powiedziała, że jak sama nie wyjdzie do tego czwartku to ona zrobi mi masaż szyjki macicy i wyśle do szpitala na wywołanie. Nie widzi mi się to zbytnio, ale 4 sierpnia brzmi ładnie na poród ;-) Numer 4 to też moja ulubiona liczba, tak więc fajnie by było gdyby urodziła się tego dnia :) Ponadto zbadała mnie, zmierzyła ciśnienie, które o dziwo było w normie, zmierzyła brzuch i posłuchaliśmy bicia serduszka, bo mężu pojechał ze mną :) Młoda rośnie prawidłowo. Według wykresu będzie ważyć 3,5kg(!). Ciężko będzie ją urodzić, ale jakoś dam radę (chyba).

Siostra chciała nauczyć się szydełkować jak zobaczyła że robię ubranko na kubek. To ją uczę. Ale mam ubaw :-D Rozmawia sama ze sobą, co chwilę jest: „siostra pomusz, jak to zrobić?”. Nie powiem daje radę. Robi sobie bluzeczkę, taką prostą, jednym ściegiem w kółko. Ja zrobiłam jej torebeczkę i dałam zestaw szydełek, siostrzeńcowi robię plecaczek, a i jeszcze mam parę zamówień do zrobienia. Jakoś się uwinę. Mam nadzieję iż zdążę przed porodem ;-)

A oto moje ostatnie robótki :)
received_10206598365262636
Koci kokonik jest dla Młodej :)

collage-1470046330469
Ubranko zrobiłam na zamówienie. Klientka poprosiła jeszcze o jedno w kolorze czerwonym, które zrobię wieczorem. Szybko się je robi więc w godzinę powinnam się uwinąć.

A tak kicia się maskowała :)
_20160801_111118
Teraz chowa się u mnie w sypialni :) Razem z Mruczkiem śpią na naszym łóżku, a jak słyszą siostrzeńca to chowają się pod łóżko :)

No dzidzia mamy już sierpień i możesz wychodzić :) Czekamy na ciebie – mama i tata oraz cała blogowa rodzinka :)

Siostra przyleciala :)

Jej pierwsza reakcja: „A gdzie ty masz brzuch???!!!” :-D No to złapałam się za mojego balonika i mówię jej, że o tu. Na co ona: „Co on taki mały??”. Mnie się wydaje normalny :) I dopiero wtedy się ze mną przywitała :) Od rana molestuje mi brzuch, co chwilę głaszcze, łaskocze i mówi, że ciocia już jest i można wychodzić ;-) Na co Młoda oczywiście się wypina :-D Haha uwielbiam moje dziecko. Każdy ją prosi o wyjście, bo już doczekać się nie mogą, a ona ma te prośby w swojej małej dupce :)
Mój siostrzeniec męczy kota, który syczy i warczy na niego gdy ten się do niego zbliża :) Sonia biedna schowała się do łóżeczka Młodej za dużego misia pluszowego i nie wychodzi ;-) Podejrzewam iż wyjdzie dopiero w nocy jak siostrzeniec pójdzie spać.

Wczoraj wieczorem Młoda była bardzo aktywna. Tata przyłożył ucho do brzucha i został skopany :) Tylko słyszałam: „Ała, auć, to boli, ona tak normalnie?”. Tak to u niej normalne :) Ciebie boli, a co ja mam powiedzieć? Tata stwierdził, że silna z niej dziewczynka :) A jaki później zadowolony był. Tylko nie jestem pewna czy z tego, że został skopany przez własną córkę czy z tego,że ja poczuł :)
_20160727_152701

Jutro wizyta u położnej. Zobaczymy co powie. Mąż jedzie ze mną. Tak na wszelki wypadek jakby mieli mnie do szpitala wysłać. Co prawda będzie 2 dni po terminie, ale nie sądzę by dali mnie na wywołanie. Ewentualnie w przyszłym tygodniu, oczywiście jak do tego czasu nie urodzę.