5 dni bez dziecka

Dawno mnie tu nie było. Bardzo dawno, ale zwyczajnie nie mialam czasu. Czas pędzi jak oszalały, a ja nie mam pojęcia jak go troszkę zwolnić.
Odkąd dziecię me zaczęło chodzić na dwóch a nie na czterech to oczy mam dookoła głowy. Ma takie pomysły, że przyprawia mnie o zawał serca. Nie można jej z oczu spóścić bo zaraz włazi na meble, albo komputer. Jak już musze iść za potrzebą to zamykam ją w kojcu, bo jeszcze nie nauczyła się go otwierać :)
Dziś rano odwiozłam męża i córę na lotnisko. Pięć dni spędzą w Polsce. Ja niestety nie mam tyle wolnego więc siedzę sobie razem z kotami w domu. Oczywiście też pracuję, a jakże.
Rano odstawiłam samochód do warsztatu na przegląd więc do pracy pojadę męża Mazdą. Po pracy musze jechać na zakupy, po powrocie zrobić pranie, wyciągnąć naczynia ze zmywarki, ogarnąć zabawki Pyzy w salonie, a i w międzyczasie ugotować sobie obiad i go zjeść. Jak się wyrobię z tym wszystkim to już będzie pora spania.
Jutro rano muszę odebrać swój samochód z warsztatu, wstawić kolejne pranie, zadzwonić do ubezpieczalni, rozwiesić pranie, pojechać do pracy – odbębnić swoje (mam nadzieję, że bedzie spokojnie, bo ostatnio to nawał roboty, że naprawdę nie wiem za co mam się złapać). Po pracy jadę po koleżanke, umówiłyśmy się już na spotkanie ze dwa tygodnie temu. Przyjedziemy do mnie, napijemy się procentów, pogadamy, pośmiejemy się. Ona wróci do siebie, bo jutro musi iść do pracy, a ja może obejrzę jakiś film i pójdę spać z kotami :)
W sobotę ma być ładna pogoda to umyję okna żeby były już czyste na święta. Choć pojdejrzewam, że będę musiała w kuchni i jadalni umyć je jeszcze raz, bo jak przyssawka się do nich przyklei to znów będą slady ;-) Ogarnę całą chałupę od góry do dołu. Pochowam za małe ciuszki do worków próżniowych, wrzucę ostatnie już pranie i będę mogła cieszyć się weekendem ;-) Może nawet coś podziergam? Planuję zrobić śnieżki, mogą to być ozdoby na choinkę bądź podstawki pod kubek :) Chciałabym je podarować w prezencie moim dwóm dobrym koleżankom z pracy :) Wiem, że im się taki prezencik spodoba. Dla jednej zrobię 4: 2 większe oznaczające rodziców i 2 mniejsze oznaczające dzieci, a dla drugiej 5, bo ma pięcioosobową rodzinę :) Snieżynki szybko sie robi to powinnam się uwinąć w ciągu jednego dnia.
W sobotę są organizowane kiermasze świąteczne może się przejdę i zobaczę co mają ciekawego. W niedzielę zrobię sobie dzień leniwca, nie wyjdę z domu i będę siedzieć w piżamie, a co? Należy mi się choć jeden taki dzień ;-)
W poniedziałek na spokojnie wyszykuję się do pracy, a wieczorem włączę jakiś film świąteczny :)
We wtorek rano odbiorę moje skarby z lotniska i wszystko wróci do normy :)

Wizyta teściów

W sobotę mąż pojechał odebrać swoich rodziców z lotniska. Zostają na 10 dni, później razem lecimy do Polski, gdyż 10 czerwca mój chrześniak ma komunię.

Mężu kupił bilety z miesiąc temu. Namarudzili się co niemiara, głównie teściu, ale w końcu przylecieli. Babcia wygłupia się z wnuczką, rozśmiesza, opowiada historyjki, bawi, przewija, a dziadek tylko siedzi i mówi/wydaje polecenia co kto ma robić, ogląda telewizję (swoje seriale – a spróbuj przełączyć to zaraz się obraża) i marudzi, bo dzień bez marudzenia to dzień stracony. Każdy powód jest dobry by pomarudzić, a to że obiad jeszcze nie gotowy, a to że koty są i futro lata (szczerze to nie wiem gdzie on to futro widzi, bo zamiata się codziennie i według mnie jest czysto), jak długo ma czekać na kawę i śniadanie, a tak w ogóle to dlaczego nie czytamy w jego myślach, bo byłoby prościej! Mój teść ma bardzo ciężki charakter, wszystko musi być tak jak on chce i każdy ma jego słuchać, ale niestety my się nie dajemy i wychodzą spięcia. Teściowa zawsze łagodzi sytuację, bo można oszaleć. Jakoś to przetrzymamy.

Co do komunii, to z mężem nie możemy się dogadać ile należy włożyć do koperty. Trzy lata temu mój pierwszy chrześniak (syn siostry) miał komunię i dałam mu £100, chciałam dać więcej, ale mąż powiedział że tyle wystarczy. Teraz drugi chrześniak (bratanek męża) będzie mieć komunię i mąż chce mu dać £200 na co ja się nie zgadzam. Powiedziałam mu, ja nie faworyzuję dzieci. Jeden dostał stówę to i drugi tyle dostanie. Na co mąż odpowiedział, że jestem chrzestną i powinnam dać więcej bo wyjdę na sknerę. Aż się we mnie zagotowało!  :evil: Dlaczego tak nie mówił 3 lata temu? Wyperswaduję mu to z głowy. Dzieci traktujemy tak samo, a to co ktoś o mnie myśli, to za przeproszeniem, koło dupy mi lata!

Odwiedziny dziadków

Nie wiem czy wspominałam o tym, a jak nie to się powtórzę :) Z siostrą złożyłyśmy się i zamówiłyśmy bilety lotnicze dla naszych rodziców żeby odwiedzili wnuczkę :) Widzieli ją w grudniu jak miała 4 miesiące. Gdybyśmy tego Noe zrobiły to zobaczyliby ją dopiero w czerwcu,  jak przylecimy do Polski na komunię mojego chrześniaka, a tak to nie mieli wyjścia i musieli przylecieć :-D W sobotę mąż po nich pojechał na lotnisko. Zostają na 2 tygodnie. Będą mogli nacieszyć się wnuczką aż będą mieli jej dość ;-) Pyza wymęczy ich do granic możliwości, haha

W zeszły czwartek dziecię me skończyło 8 miesięcy i zaczęła raczkować :) Tak nieśmiało to 2 dni wcześniej stawiała pierwsze kroki na czterech. Oczywiście mąż tego nie zauważył, a ja mu nic nie powiedziałam. Chciałam zobaczyć kiedy się zorientuje, ale że to facet to zajęło mu to aż 2 dni ;-) W środę wieczorem mówi do mnie żebym zobaczyła jak Pyza załącza napęd 4 x 4, odpowiedziałam mu, że refleks to on ma trochę opóźniony bo ona uaktywniła go już 2 dni temu ;-) Do tej pory to na tyłku podskakując się przemieszczała, a teraz raczkuje. Nic jej teraz nie zatrzyma ;-) Biedne koty będą się przed nią chować, uciekać i wskakiwać na wysokości byleby być jak najdalej i najwyżej od Pyzuchy :-D

_20170412_145817

 

Pyza w akcji ;-)

Mamy pierwszego ząbka!

Jest, przebił się! Pierwszy ząbek Pyzy :) 7 miesięcy i 2 dni – pierwsza jedynka po lewej stronie ;-) Ostra jak brzytwa ;-) 8 marca córa zrobiła mamie prezent na dzień kobiet ;-)

W sobotę wieczorem Pyza dostała 38 stopni gorączki. Dałam jej paracetamol i usnęła na mnie w pozycji na okrak. Mąż zaniósł ją do łóżeczka z nadzieją że będzie spać do rana, a tu figa!  Obudziła się po pół godzinie i zaczęła dokazywać do północy bo gorączka zeszła. Później zmieniłam jej pampersa, dostała butlę i poszła spać. Po 2 w nocy pobudka z płaczem :( Gorączka wróciła :( Na rękach spała, gdy ją odkładałam do łóżeczka płacz. Mąż mnie zmienił około 3 w nocy, ale poddał się po paru minutach i Pyzucha wylądowała z nami w łóżku. Uspokajała się gdy trzymała mnie za palca, płakała przez sen. Co 10-15 przebudzała się z płaczem. Po 3 nad ranem znów dałam jej paracetamol. Nie chciała nic jeść ani pić. Gorączka ją męczyła. Ja nic nie spałam, mężu coś tam się zdrzemnął. Dopiero po 8 rano gdy ją przebrałam, zjadła trochę mleka to usnęła nieprzerwanie na 2 godziny. W tym czasie my z mężem też sobie przysneliśmy. W niedzielę dostała jeszcze raz łyżeczkę paracetamolu, ale było o wiele lepiej niż w nocy. Trochę się martwiłam jak zniesie kolejną noc, ale spała już u siebie. Parę razy wstałam do niej, dałam smoka, przyłożyłam dłoń do twarzy, uspokoiła się i dalej szła spać.

Spanie z dzieckiem to nie spanie. Nikt się nie wysypia prócz dziecka. Pyza, odkąd wróciliśmy że szpitala, spała w swoim łóżeczku u siebie w pokoju. Uważam że łóżko w którym śpię należy do mnie i do męża, dziecko ma swoje. Wolę wstać do niej w nocy niż ją przyzwyczaić do spania razem z nami, a później odzwyczajać. Jeśli ktoś lubi spać ze swoją pociechą, proszę bardzo jego wybór. Nie neguję. My stwierdziliśmy, iż nie będziemy spać z dzieckiem, zwłaszcza że mężu skacze po wyrku ;-) On śpi na brzuchu i zajmuje 3/4 łóżka, a łóżko mamy duże, na reszcie łóżka zwinięta w kłębek śpię ja i Sonia :) Czasem Mruczek się wciśnie ;-) Także nie ma miejsca na spanie z dzieckiem.

To weekendowe samopoczucie Pyzy zwiastowało wyjście pierwszego zęba :)

Od wczoraj córa kaszle i ma katar. W nocy znów wędrowałam do niej do pokoju. Mąż chciał ją znów do nas wziąść, ale jakoś udało mi się ją uspokoić i uśpić. Włączyłam jej inhalator w pokoju żeby lżej jej się oddychało. Zadziałał :) A dziś rano zobaczyłam drugą białą kropkę ;-) Druga jedynka się przebija :)

_20170310_175652

Buźka blogowe ciocie :)

Teraz musimy przetrwać ząbkowanie. Poproszę o niekończące się zasoby cierpliwości ;-)

Powrót do pracy

Doba jakoś mi się skróciła. Ma mniej godzin niż jak siedziałam z Pyzą w domu. Teraz przydałyby się dodatkowe godziny bo się nie wyrabiam.

Dzień zaczyna się od pobudki Pyzy, kiedy to dziecię me otwiera oczy i zaczyna po swojemu nadawać ;-) Wtedy przebieramy pampersa, dostaje butlę i na chwilę wraca do łóżeczka wypełnionego zabawkami bym mogła umyć i wysterylizować jej butelki. Potem zabieram ją do siebie do sypialni, włączam bajkę, daję zabawki a sama szykuję się do pracy. W międzyczasie próbuję zjeść śniadanie i zabawiam moją marudę, kiedy ma zły dzień. Raz to nawet wzięłam ją ze sobą do łazienki. Posadziłam w wannie, dałam hipcia (termometr do wody) i w miarę na spokojnie mogłam zrobić makijaż ;-) Następnie szykuję Pyzę do niańki. Ubieram, zabawiam, daję ciuszki na przebranie do torby, butelki, mleko, pampersy, chusteczki nawilżające, krem itp itd. Pakuję ja do fotelika i do samochodu. Po drodze do pracy, odstawiam ją do niani – chwilka na pogaduchy i sama jadę zarabiać pieniądze na mleko i pampersy ;-)

5 godzin w miarę szybko mija. Po powrocie do domu wszyscy są stęsknieni za mną ;-) Koty bo głodne,  mężu w sumie też, a Pyza bo chce się tulać :) A ja zanim usiądę na tyłek to już czas do spania! Najpierw trzeba głodnych nakarmić, wykąpać małą, później siebie, coś zjeść, wysterylizować butelki na noc, przyszykować mleko, zrobić / rozwiesić pranie, nakarmić dziecko, położyć spać i wtedy mogę usiąść na tyłek. Ale że przeważnie jest godzina 23:00 lub 23:30 to karmię sierściuchy o idę od razu do łóżka :)

Ostatni tydzień razem

W poniedziałek niania napisała mi wiadomość, że w zeszłym tygodniu miała grypę i w tym tygodniu bierze parę dni wolnego żeby całkowicie wyzdrowieć. Zapytała się czy Pyza mogłaby zacząć do niej przychodzić od przyszłego poniedziałku bo nie chciałaby jej zarazić. Zgodziłam się od razu :) Zawsze to dłużej ze mną posiedzi ;-) Powygłupiamy się, pobawimy i pośmiejemy :)

Pogoda nie dopisuje niestety :( Szaro, buro i ponuro. Od wczoraj wieczorem to takie wiatry hulają, normalnie gorzej niż halny w górach! Nad ranem to myślałam, że wszystkie okna nam polecą. Do tego tak lało jakby było oberwanie chmury albo grad. Tylko nasluchiwałam czy te hałasy za oknem obudzą Pyzę, ale ona spała w najlepsze :) Tak samo jak jej tata i Mruczasty, bo Sonia stwierdziła, że trzeba zrobić porządki w kuwecie, pobiegać po całym domu i podrapać gazetę! Cicho to ona nie była. Takie to małe, a tyle hałasu potrafi zrobić ;-) No ale nadmiar energii z niej w końcu zszedł i poszła spać :)

Pyza obudziła się o 9:32 :) Całą noc znów przespała. Ostatnie dwie nocki budziła się o 4-5 nad ranem, dostała butlę ciepłego mleka i dalej szła spać. Podejrzewam iż śpiworek w którym spała nie był ciepły, bo to wiosenny bardziej niż zimowy, i dlatego tak wcześnie budziła się. Wczoraj założyłam jej grubszy i ładnie spała.

Miałam wziąść ją na spacer i przy okazji wstąpić do polskiego sklepu po pączki, ale jak zobaczyłam co się dzieje na dworze to zrezygnowałam. Psa na taką pogodę się nie wypuszcza a co dopiero z dzieckiem wyjść. Wiatr jest tak silny, że gałęzie łamie! Ale że dziś tłusty czwartek i wypadałoby zjeść pączka to ubrałam Pyzę ciepło, zapakowałam w fotelik i do samochodu :) Pojechały my sobie po pączusie :-D Bałam się o Pyzę, bo przy jeździe powyżej 40 mil na godzinę (około 64 km) samochodem rzucało na wszystkie strony. Jechałam ostrożnie jak tylko mogłam, wioząc ze sobą najcenniejszy skarb i pozwalając się wyprzedzać. Na spokojnie dojechałyśmy do sklepu. Kupiłam pączki z serem, nadzieniem różanym, powidłami śliwkowymi i adwokatem :-D Pyzie wzięłam deserki owocowe na bazie kaszy mannej, kaszę manną z owocami i biszkoptami oraz dwa gotowe słoiczki na obiad (indyk z warzywami i indyk z ryżem). Zobaczymy czy zje. Zupki jak ugotuję to wcina aż się uszy trzęsą, tylko buzię otwiera żeby jeszcze dać :) Nie wiem czy będzie chciała obiadek ze słoiczka zjeść. Po powrocie do domu dałyśmy parę pączków tacie, ja zjadłam dwa i Pyzie dałam spróbować :) Dobrze że te pączki są duże bo inaczej całego by do buzi wepchała ;-) Mieliśmy z niej ubaw :lol: Wyglądała jak szczeniaczek ;-)

Jeszcze trochę pączków się ostało :)
IMG_20170223_150832_250

A teraz sobie siedzimy i oglądamy „101 Dalmatyńczyków” :)

Odwiedziny w Polsce

Były bardzo intensywne i męczące. Dosłownie. Kursowanie między dwa a czasem trzy domy było wykańczające. Ale od początku…

W dzień, a raczej noc, wylotu oporządziłam najpierw siebie. Mąż pozanosił torby do samochodu zostawiając tylko mój bagaż podręczny. Gdy ja byłam już gotowa to trzeba było Małą przewinąć, ubrać, nakarmić i włożyć do fotelika. Myślałam że uda się ją przebrać na śpiocha, ale Pyza się obudziła. Później dostała butlę i jedną zrobiłam na drogę, włożyłam ją do mojego bagażu podręcznego i mogliśmy wyruszyć na lotnisko :) Drogę na parking gdzie zostawiliśmy samochód ładnie przespała. Mąż wziął nosidełko, ale z racji tego że Młoda była ubrana w kombinezon zimowy, była ona w nim bardzo skrępowana i zostało ono w bagażniku. Ja ją trzymałam na rękach, a mężu robił za wielbłąda ;-) Taszczył dwa bagaże podręczne i bagaż główny do zdania przy odprawie. Drogę z parkingu na lotnisko przebyliśmy autobusem. Córcia obserwowała wszystko do okoła :) Na lotnisku też była grzeczna. Tylko jak była śpiąca to trochę pomarudziła, ale w końcu zdrzemnęła mi się na rękach. W samolocie przespała się z pół godziny, a lot trwał godzinę i 45 minut. Pozostały czas spędziła na gaworzeniu, zabawie z nami, jedzeniu oraz zrobieniu kupy. Myślałam że ominie mnie przebieranie jej w samolocie, ale ona zdecydowała inaczej ;-) Po wylądowaniu we Wrocławiu w miarę szybko przeszliśmy przez odprawę celną, a i na bagaż nie musieliśmy długo czekać. Teście już na nas czekali, tzn. czekali na wnuczkę a my to taki dodatek do niej ;-) Babcia od razu ją przejęła, a myśmy stali jak te słupy i zastanawialiśmy się czy zorientują się że my też jesteśmy czy może wezmą wnuczkę i pojadą do domu a nas zostawią ;-) No ale ogarnęli się i przywitali nas :) W drodze do domu Mała się zdrzemnęła, a w domu dziadki skakali wokół niej jak te małpy :-D Owineła sobie dziadków wokół najmniejszego palca u stopy ;-) Po południu przyjechali po nas moi rodzice. Moja mama aż się popłakała gdy ją wzięła na ręce. Moi rodzice też stracili dla niej głowę ;-)

Gdy przyjechaliśmy do mojego domu to siostra porwała małą i nie chciała nikomu jej dać. Mój chrześniak tylko by ją tulił i całował ;-) Jego brat tylko patrzył na nią i znosił zabawki :)

Każdy dzień wyglądał podobnie. Rano babcia zabierała Małą na dół żebyśmy mogli jeszcze pospać. Później śniadanie. Po południu jechaliśmy do mnie. Na 20:00 wracaliśmy do męża domu. Tam było kąpanie, karmienie i usypianie małej. Około 23:00 zanosiliśmy ją na górę do łóżeczka turystycznego. Ja szykowałam termos z gorącą wodą i dzbanek z przegotowaną zimną wodą na noc do mleka. I sami kładliśmy się spać. Kolejny dzień wyglądał tak samo lub podobnie.

Mała była rozpieszczana i noszona na rękach do granic możliwości. Biedna po paru dniach miała już dość, była tak zmęczona jeżdżeniem po domach, że włączył jej się tryb marudzenia. Usypiała co godzinę na parę minut, a wieczorem miała niespokojny sen dopóki nie odłożyliśmy jej do łóżeczka.

Na dwa dni przed powrotem do domu ochrzciliśmy ją. Była naprawdę grzeczna. Nawet nie zapłakała :) Kochane maleństwo :) Na obiedzie babcie tylko się zmieniały w opiece nad nią ;-) Ja tylko mleko musiałam przygotowywać i pieluchy podawać :)

W dzień powrotu musieliśmy wstać o 2 w nocy. Mała dała nam popalić. Marudziła i płakała bo była zmęczona i niewyspana. W samolocie też dała koncert wokalny ;-) A na dodatek obesrała się że szok. Musiałam ją przebierać i bodziaka też! Pod koniec lotu dopiero jej się przysnęło. Przy kontroli celnej było pusto więc szybko przeszliśmy. Bagaż też szybko wyjechał. Tylko na autobus musieliśmy z 10-15 minut poczekać. W autobusie też się rozpłakała jak ją ubierałam, ale kierowca poczekał aż się z nią uwinę i wyjdziemy :) W samochodzie trochę walczyła ze snem, ale w końcu się poddała. Nawet gdy ją wnieśliśmy do domu w foteliku to trochę podrzemała :) Mężu rozpakował walizkę i zajął się małą, a ja pojechałam po moje futra :) Musiałam wziąść męża samochód bo u mnie akumulator padł. W hotelu dziewczyny poprosiły mnie o pomoc we włożeniu Mruczastego do transportera bo syczał na nie ;-) Zabrałam moje kociaki do domu, po drodze mnie opierdzielały ;-) ale są szczęśliwe, że już są w domku.

Moje dziecko było tak zmęczone pobytem w Polsce że spała przez 6 godzin z przerwą na mleko! Jeszcze nigdy w ciągu dnia mi tyle nie przespała! Byłam w szoku. Nawet jak pojechaliśmy na zakupy to prawie całe przespała.

Prawdę mówiąc to jesteśmy bardziej wymęczeni tymi wakacjami aniżeli byliśmy sami z dzieckiem 24/7. Następny taki wypad dopiero w przyszłym roku w czerwcu. Narazie mam dość i muszę odpocząć od tych wakacji ;-)

Dalej czekamy…

Mała jest uparta, nie spieszy jej się z wyjściem, ale co tu się dziwić – ma to po tatusiu ;-) On też urodził się po terminie i to 2 tygodnie! Ja natomiast 4 dni przed :)

Każdy dzwoni i się pyta czy już jesteśmy w trójkę, każdy czeka i się niecierpliwi, nawet moi sąsiedzi nie mogą się Młodej doczekać, a co dopiero rodzina. Siostra i mąż tylko gadają do brzucha żeby już wychodziła, bo jedno nie chce pracować, a drugie chce się nacieszyć przed wylotem :) A dziecięciu w brzuchu wygodnie :)

W czwartek położna powiedziała, że jak sama nie wyjdzie do tego czwartku to ona zrobi mi masaż szyjki macicy i wyśle do szpitala na wywołanie. Nie widzi mi się to zbytnio, ale 4 sierpnia brzmi ładnie na poród ;-) Numer 4 to też moja ulubiona liczba, tak więc fajnie by było gdyby urodziła się tego dnia :) Ponadto zbadała mnie, zmierzyła ciśnienie, które o dziwo było w normie, zmierzyła brzuch i posłuchaliśmy bicia serduszka, bo mężu pojechał ze mną :) Młoda rośnie prawidłowo. Według wykresu będzie ważyć 3,5kg(!). Ciężko będzie ją urodzić, ale jakoś dam radę (chyba).

Siostra chciała nauczyć się szydełkować jak zobaczyła że robię ubranko na kubek. To ją uczę. Ale mam ubaw :-D Rozmawia sama ze sobą, co chwilę jest: „siostra pomusz, jak to zrobić?”. Nie powiem daje radę. Robi sobie bluzeczkę, taką prostą, jednym ściegiem w kółko. Ja zrobiłam jej torebeczkę i dałam zestaw szydełek, siostrzeńcowi robię plecaczek, a i jeszcze mam parę zamówień do zrobienia. Jakoś się uwinę. Mam nadzieję iż zdążę przed porodem ;-)

A oto moje ostatnie robótki :)
received_10206598365262636
Koci kokonik jest dla Młodej :)

collage-1470046330469
Ubranko zrobiłam na zamówienie. Klientka poprosiła jeszcze o jedno w kolorze czerwonym, które zrobię wieczorem. Szybko się je robi więc w godzinę powinnam się uwinąć.

A tak kicia się maskowała :)
_20160801_111118
Teraz chowa się u mnie w sypialni :) Razem z Mruczkiem śpią na naszym łóżku, a jak słyszą siostrzeńca to chowają się pod łóżko :)

No dzidzia mamy już sierpień i możesz wychodzić :) Czekamy na ciebie – mama i tata oraz cała blogowa rodzinka :)

Siostra przyleciala :)

Jej pierwsza reakcja: „A gdzie ty masz brzuch???!!!” :-D No to złapałam się za mojego balonika i mówię jej, że o tu. Na co ona: „Co on taki mały??”. Mnie się wydaje normalny :) I dopiero wtedy się ze mną przywitała :) Od rana molestuje mi brzuch, co chwilę głaszcze, łaskocze i mówi, że ciocia już jest i można wychodzić ;-) Na co Młoda oczywiście się wypina :-D Haha uwielbiam moje dziecko. Każdy ją prosi o wyjście, bo już doczekać się nie mogą, a ona ma te prośby w swojej małej dupce :)
Mój siostrzeniec męczy kota, który syczy i warczy na niego gdy ten się do niego zbliża :) Sonia biedna schowała się do łóżeczka Młodej za dużego misia pluszowego i nie wychodzi ;-) Podejrzewam iż wyjdzie dopiero w nocy jak siostrzeniec pójdzie spać.

Wczoraj wieczorem Młoda była bardzo aktywna. Tata przyłożył ucho do brzucha i został skopany :) Tylko słyszałam: „Ała, auć, to boli, ona tak normalnie?”. Tak to u niej normalne :) Ciebie boli, a co ja mam powiedzieć? Tata stwierdził, że silna z niej dziewczynka :) A jaki później zadowolony był. Tylko nie jestem pewna czy z tego, że został skopany przez własną córkę czy z tego,że ja poczuł :)
_20160727_152701

Jutro wizyta u położnej. Zobaczymy co powie. Mąż jedzie ze mną. Tak na wszelki wypadek jakby mieli mnie do szpitala wysłać. Co prawda będzie 2 dni po terminie, ale nie sądzę by dali mnie na wywołanie. Ewentualnie w przyszłym tygodniu, oczywiście jak do tego czasu nie urodzę.

 

Dalej w dwupaku…

W piątek myśleliśmy że może to już, bo Młoda tak dawała mi się we znaki, że każda pozycja była niewygodna. Co prawda na obiad zrobiłam hot dogi na ostro, dla mnie wersja veggie, ale po nich dziecię poszło spać. Dopiero na wieczór się uaktywniła. Fałszywy alarm.
AirBrush_20160722174851
Brzuch na coś się przydaje ;-)

Na dodatek Mruczek dał łapę za płot. Co ja się za nim nachodziłam i nawołałam to moje. Z nerwów spać nie mogłam. Zostawiliśmy drzwi na ogródek uchylone i okno w łazience na oścież otwarte żeby słyszeć czy łajza przyszła. Przespałam się może z półtorej godziny. Co chwilę schodziłam na dół i go nawoływałam. W końcu po godzinie 4 rano usłyszałam znajomy odgłos. Syn marnotrawny wrócił do domu. Takiego spida dostał jak otworzyłam drzwi, że w ułamku sekundy był w domu. Od Sońki dostał z lapy i od razu na górę do miski pobiegł. Brudny, wyglodniały z rzepami w futrze. Dostał ode mnie 3 klapsy w dupę. Nie powiem ulżyło mi jak już był w domu, ale z tych nerwów to brzuch mnie zaczął boleć. Oczywiście wystraszyłam tym męża, który spał sobie w najlepsze ;-)

W sobotę przez niewyspanie się źle czułam. Sprzątanie domu graniczyło z cudem. Ogarnęłam tylko salon i to też na 3 razy, bo mi się co chwilę słabo robiło. Do posprzatania łazienki nie wiem ile razy się zabierałam i tak jej nie sprzątnełam. Mąż kazał mi się położyć w sypialni i zdrzemnąć, to poszłam. On w międzyczasie posprzatał resztę domu, umył okna, skosił trawę, odkurzył i umył podłogi. Taki dobry z niego mąż :) Pod wieczór zrobiliśmy sobie grilla. Nawet napiłam się Radlerka bezalkoholowego :) Mruczasty odsypiał nocną eskapadę, a Sonia leżała pod moim krzesłem i mnie pilnowała :)
_20160725_150603
Niestety nie dałam rady iść na spacerek wieczorem, regenerowałam siły po nieprzespanej nocy. A Mruczek ma szlaban na wychodzenie na ogród sam przez 2 tygodnie więc większość czasu śpi u siebie w łóżeczku lub siedzi na parapecie w łazience i obserwuje świat z góry ;-)

W niedzielę pojechaliśmy do paru sklepów pooddawać rzeczy, których nie użyliśmy przy budowie ganku i dokupić butlę na deszczówkę. A po południu podjechaliśmy nad jeziorko się przejść :) Spacerek wokół jeziora był prawie pół godzinny, a i tak nie przeszliśmy całego tylko pół. Lubię tam chodzić, są ładne widoki i ptaki można karmić. Jest ich tam od groma: łabędzie, kaczuchy, gąski i wiele innych. Na pewno nie są głodne bo co rusz ktoś im rzuca chleb, ale mi ich zawsze szkoda bo łapią te jedzenie w locie, jakby od dawna nic nie jadły.
IMG_20160725_135318
Na spacerki z wózkiem będę tam chodzić. Kilometrów nabiję a i zrzucę pociążowe kilogramy :-D

Wczoraj mężu wyciągnął mi piłkę (natural birth & fitness ball) do skakania. Jest ona dobra podczas porodu. Odciąża plecy co mogę potwierdzić. Wczoraj skakałam na niej z dobre pół godziny. Mam nadzieję iż przyspieszy to wyjście Młodej na ten świat. Spacerki nie pomagają, ostre żarełko też, to może piłka pomoże :)