Znów to samo

Historia lubi się powtarzać :(

Podczas pobytu mężą i córci w Polsce zrobiłam test ciążowy, taki najtańszy za funta. Wyszedł negatywny. No to zrobiłam sobie drinka, słabego takiego by się podelektowac smakiem. 28 listopada odebrałam moje skarby z lotniska. Podczas powrotu do domu przespała się w samochodzie z pół godziny. Obudziła się gdy wjechaliśmy do naszego miasta. W domu pozwiedzała swoje kąty ;-) Wytulałyśmy się z córcią, pobawiłyśmy, dałam butlę i położyłam na drzemkę. W tym czasie gdy ona usypiała, ja się wyszykowałam do pracy. Mężu też położył się by się zdrzemnąć. Oni sobie drzemali, a ja pojechałam do pracy.
Reszta tygodnia mijała na cieszeniu się sobą. Stęskniliśmy się bardzo. Dziecko me jak tylko wracałam z pracy od razu biegło do mnie z rączkami wyciągniętymi do góry. Tulaśna strasznie się zrobiła. Szybko szła spać i późno wstawała. Zmęczona p wakacjach w Polsce ;-) Mężu chyba też się stęsknił. Tylko chodził i mnie obserwował. Podchodził i przytulał, a to całusa dawał. Za moimi plecami kupił test ciążowy.

1 grudnia, znów za jego namową, zrobiłam test ciążowy i ku mojemu zdziwieniu wyszedł pozytywny! Test pokazywał 1-2 tydzień ciąży, czyli na lekarskie obliczenia około 4 tydzień. Mąż myślał, że jaja sobie robię mówiąc, że znów zostanie tatą. A tu zonk ;-) W weekend sobie nogi ogolił :-D Szkoda, że zdjęcia nie zrobiłam ;-)
Szczęście jednak nie trwało długo, bo w poniedziałek obudził mnie ból brzucha. Już wiedziałam co jest na rzeczy. Taki ból jak na okrez może zwiastować tylko jedno. Poronienie ;( Gdy zobaczyłam krew to już byłam przekonana, że to to. Powiedziałam mężowi co się dzieje. Zrobiło mu się smutno, ale powiedział, że takie rzeczy się zdarzają.
We wtorek poszłam do lekarza, by mieli udokumentowaną moją drugą ciążę i drugie poronienie. Próbował się dodzwonić na oddział patologiczny, ale było zajęte. Powiedział, że bedzie dalej próbował i da mi znać kiedy będę miała się stawić na usg. Zapisał w systemie wszystko co powiedziałam i się pożegnaliśmy. Zadzwonił do mnie przed 12:00. Wizyta dopiero na 12 grudnia! To jakiś śmiech na sali! Do tego czasu to mój organizm się sam oczyści.
Tutaj w Anglii do 12 tygodnia ciąży panuje prawo natury, silniejszy wygrywa. Podchodzą do tego mniej więcej tak, że jak ciąża się nie utrzyma to znaczy, że coś było nie tak. Selekcja naturalna. Co prawda mogę dostać zwolnienie od lekarza na 3 tygodnie ze względu na poronienie i samopoczucie z tym związane, ale nie chcę. W domu bym tylko się zamartwiala i o tym myślała, a w pracy czas jakoś leci, jestem wśród ludzi, można się pośmiać. Przede wszystkim w pracy nikomu nic nie mówiłam i lepiej niech tak pozostanie.

Jak szybko człowiek przyzwyczaja się do myśli, że nosi w sobie nowe życie i jak również szybko musi się pozbierać pomimo, że serce pęka :( ;-(

5 dni bez dziecka

Dawno mnie tu nie było. Bardzo dawno, ale zwyczajnie nie mialam czasu. Czas pędzi jak oszalały, a ja nie mam pojęcia jak go troszkę zwolnić.
Odkąd dziecię me zaczęło chodzić na dwóch a nie na czterech to oczy mam dookoła głowy. Ma takie pomysły, że przyprawia mnie o zawał serca. Nie można jej z oczu spóścić bo zaraz włazi na meble, albo komputer. Jak już musze iść za potrzebą to zamykam ją w kojcu, bo jeszcze nie nauczyła się go otwierać :)
Dziś rano odwiozłam męża i córę na lotnisko. Pięć dni spędzą w Polsce. Ja niestety nie mam tyle wolnego więc siedzę sobie razem z kotami w domu. Oczywiście też pracuję, a jakże.
Rano odstawiłam samochód do warsztatu na przegląd więc do pracy pojadę męża Mazdą. Po pracy musze jechać na zakupy, po powrocie zrobić pranie, wyciągnąć naczynia ze zmywarki, ogarnąć zabawki Pyzy w salonie, a i w międzyczasie ugotować sobie obiad i go zjeść. Jak się wyrobię z tym wszystkim to już będzie pora spania.
Jutro rano muszę odebrać swój samochód z warsztatu, wstawić kolejne pranie, zadzwonić do ubezpieczalni, rozwiesić pranie, pojechać do pracy – odbębnić swoje (mam nadzieję, że bedzie spokojnie, bo ostatnio to nawał roboty, że naprawdę nie wiem za co mam się złapać). Po pracy jadę po koleżanke, umówiłyśmy się już na spotkanie ze dwa tygodnie temu. Przyjedziemy do mnie, napijemy się procentów, pogadamy, pośmiejemy się. Ona wróci do siebie, bo jutro musi iść do pracy, a ja może obejrzę jakiś film i pójdę spać z kotami :)
W sobotę ma być ładna pogoda to umyję okna żeby były już czyste na święta. Choć pojdejrzewam, że będę musiała w kuchni i jadalni umyć je jeszcze raz, bo jak przyssawka się do nich przyklei to znów będą slady ;-) Ogarnę całą chałupę od góry do dołu. Pochowam za małe ciuszki do worków próżniowych, wrzucę ostatnie już pranie i będę mogła cieszyć się weekendem ;-) Może nawet coś podziergam? Planuję zrobić śnieżki, mogą to być ozdoby na choinkę bądź podstawki pod kubek :) Chciałabym je podarować w prezencie moim dwóm dobrym koleżankom z pracy :) Wiem, że im się taki prezencik spodoba. Dla jednej zrobię 4: 2 większe oznaczające rodziców i 2 mniejsze oznaczające dzieci, a dla drugiej 5, bo ma pięcioosobową rodzinę :) Snieżynki szybko sie robi to powinnam się uwinąć w ciągu jednego dnia.
W sobotę są organizowane kiermasze świąteczne może się przejdę i zobaczę co mają ciekawego. W niedzielę zrobię sobie dzień leniwca, nie wyjdę z domu i będę siedzieć w piżamie, a co? Należy mi się choć jeden taki dzień ;-)
W poniedziałek na spokojnie wyszykuję się do pracy, a wieczorem włączę jakiś film świąteczny :)
We wtorek rano odbiorę moje skarby z lotniska i wszystko wróci do normy :)

Już po wszystkim

24/09
Tabletki odstawione. Brzuch przestał pobolewać. Możnaby powiedzieć, że zmiękł trochę. Już nie mówię „Trzymaj się Kropciu”, już nic nie mówię. Staram się normalnie funkcjonować, choć łapię się na tym, że moja ręka sama brzucha dotyka i delikatnie głaszcze. W tym momencie łzy same napływają do oczu ;-( Mąż co chwilę pyta jak się czuję. To nie pomaga, ale wiem że chce dobrze. On chyba ‚przeczesał’cały internet o tym co teraz nastąpi, czego się spodziewać, co powinno być. Ja nie mam do tego głowy. Czekam aż coś zacznie się dziać. Najgorsze jest to oczekiwanie…

25/09
Nie myślę. Rano bawię się z córcią. Ona chyba coś przeczuwa, że mama jest smutna. Stała się taka tulaśna. Cały czas by się tuliła i pieściochała.
W pracy dużo roboty. Czas mija bardzo szybko. Za nim się obejrzę już trzeba iść do domu. Nawet dobrze. Po położeniu dziecka spać oglądam filmy przy okazji szydełkując, a mąż robi kurs przez internet. Szydełkując nie mam czasu myśleć o czymś innym bo bym chyba oszalała.

26/09
Coś się chyba zaczyna dziać, bo brzuch zaczął poboloweć jak na okres. A może to ja sobie coś wmawiam? Raczej nie gdyż wieczorem wkładka była koloru brązowego. Pewnie minie trochę czasu zanim zacznie się na dobre. Co czuję? Nie wiem, ale chciałabym by było już po wszystkim.

27/09
Zaczęło się. Nie jest tego dużo, ale leci. Brzuch ćmi jak na okres. Funkcjonuję tyle o ile muszę coś zrobić. W pracy siedzę i staram się nie ruszać, chyba że do toalety bądź do kuchni po picie. Wieczorem krzyż zaczął boleć. Tabletek jeszcze nie biorę, jest do wytrzymania. Ciepły prysznic i do wyrka.

28/09
W nocy obudziłam się chyba ze dwa razy za potrzebą. Zauważyłam, że krew leci i skrzepy odpadają. Dziecko me miało leniwy poranek to i ja sobie pospałam. Brzuch coraz bardziej boli. Ból krzyża mnie wykańcza. Jest gorszy od bólu brzucha. W pracy wzięłam tabletkę przeciwbólową. Trochę lepiej się po niej poczułam. Jutro chyba zadzwonię do szpitala. I tak będę musiała dać znać co się dzieje. Lepiej to zrobić w weekend.

29/09
Rano siedząc na toalecie trochę ze mnie poleciał. Uczucie było takie jakbym robiła siku. Zastanawiam się czy dzwonić do szpitala dziś czy może w przyszłym tygodniu. Wolę to mieć już za sobą.
Będąc w pracy mąż się zapytał czy jadę od razu do szpitala. Powiedziałam mu, że najpierw przyjadę do domu coś zjem i dopiero tam zadzwonie. Nie mam zamiaru jechać tam na głodnego. Z doświadczenia wiem, że mogę tam trochę posiedzieć, a głodować nie mam zamiaru. Brzuch boli, ale jest do zniesienia. Nie biorę tabletek jeszcze. Pomimo piątku, w pracy jest sporo roboty. Faktury trzeba wprowadzić w system i trochę się schodzi.
Po pracy pojechałam od razu do domu. Mąż zrobił pizzę. Zjadłam, zadzwoniłam do szpitala. Kazali przyjechać. Szybki prysznic, spakowałam torebkę, dałam buziaka córci na dobranoc (bo tata ją będzie oporządzał do spania) i pojechałam. W szpitału zarejestrowałam się od ręki. Usiadłam w poczekalni, wyciągnęłam książkę i umilałam sobie czas czytając.
DSC_39171
Nawet w miarę szybko pielęgniarka mnie poprosiła do gabinetu. Zapytała co się dzieje. Opowiedziałam, pomijając fakt że ronię. Chciałam zobaczyć co zrobi. Standardowo pomiar ciśnienia, temperatury, puls itp. Spisała co powiedziałam i poprosiła bym poczekała na pobranie krwi. Po około 5 minutach pobrała mi krew, założyła welflon (w razie gdyby mieli mi coś podawać) a inna pielęgniarka zaprowadziła do innej poczekalni.
_20170930_154514
Nie wiem jak dlugo tam czekałam na lekarza, ale zanim mnie wywołał to zdążyłam przeczytać 1/3 książki. Następnie dostałam łóżko oddzielone od innych kotarą. Na sali było 6 łóżek, wszystkie oddzielone od siebie niebieską kotarą. Każdy miał trochę prywatności. Zbadał mój brzuch, dostałam fiolkę na mocz, pielęgniarka znów zrobiła pomiar i poprosiła o próbkę moczu. Następnie przyniosła mi wodę, a ja wróciłam do czytania. Przyszła po chwili i powiedziała, że dalej jestem w ciąży bo zrobiła test. Że kurde co?!!! Nie wiedziałam czy mam się śmiać czy płakać, no ale pomyślałam zobaczymy co powie lekarz. Już myślałam że o mnie zapomnieli, gdy przyszła do mnie inna pielęgniarka. Znów musiałam powiedzieć dlaczego tu jestem. Zapytała się mnie czy może mnie zbadać przy obecności pielęgniarki. Wyraziłam zgodę. Przyszła ta pielęgniarka, która wcześniej pobierała mi krew. Badanie było trochę bolesne, ale wytrzymałam. W miedzyczasie musiała mnie w środku wyczyścić bo nić nie widziała prócz skrzepów. Po wszystkim powiedziała, że jest jej bardzo przykro, ale zaczynam ronić. Wytłumaczyła cały proces, co mogę czuć. Zapytała czy chciałabym spędzić noc w szpitalu, ale odmówiłam. Stwierdziła, że nie mam przeciwwskazań by iść do domu, ale jakbym się źle poczuła, bardziej krwawiła niż normalnie lub ból był nie do wytrzymania to mam wracać natychmiast do szpitala. Dała mi jeszcze tabletki przeciwbólowe, wyciągnęła welflon i powiedziała, że mam przyjechać na zajutrz na usg żeby zobaczyć na jakim etapie jestem. Pożegnałam się i wróciłam do domu. Po ponad 5 i pół godzinach! Porozmawiałm chwilkę z mężem, który na mnie czekał i położyłam się spać.

30/09
Około 9 rano dostalam telefon ze szpitala z zapytaniem czy mogłabym przyjechać na usg. Ubrałam się i pojechałam. Znalazłam oddział na którym miałam mieć robione usg. Też musiałam chwilę poczekać. Wywiad z położną, następnie badanie. Najpierw zrobiła mi standardowo przez brzuch, ale nic nie mogła zobaczyć i trzeba było robić przez pochwę. Lekarka za każdym razem mówiła co robi i na co patrzy. Najpierw sprawdziła jajowody (wszystko wporządku), a później macicę. Pokazała mi monitor, pokazywała co na nim jest. Powiedziała, że w macicy nie ma już pęcherzyka płodowego tylko fluidy i że jest jej bardzo przykro. Poprosiła bym poczekała chwilkę w pokoju obok na położną. Po chwili weszłam razem z nią do gabinetu. Położna zaczęła mówić bardzo delikatnym tonem, że usg nie pokazało ciąży rosnącej w macicy. Jest bardzo możliwe, że jest juz po wszystkim i że jest jej bardzo przykro. Dla pewności poprosiła bym przyszła w niedzielę na badanie krwi. Powiedziała, że hormon ciążowy znajdujący się w ciele kobiety podczas ciąży to minimum 20000 unitów, ja w sobotę wieczorem miałam 5000. Chce przeprowadzić jescze jedno badanie krwi by się upewnić, że poziom ten spada bo gdyby wzrastał to by oznaczało, że w organiźmie mym jest ciąża poazamaciczna zagrażająca memu życiu. Żegnając się wręczyła mi wyniki usg, na których jest napisane, że w macicy nie ma rozwijającej się ciąży, oba jajniki wyglądają normalnie, w macicy znajduje się mała ilość płynu i endo wynosi 12mm. Brzuch boli, ale jest to ból do wytrzymania. Nie powiem, pomimo tego iż już przyzwyczaiłam się do myśli o poronieniu to dziś znów oczy mi się zeszkliły :( Znowu zabolało :(

1/10
Wstałam rano, oporządziłam się i pojechałam do szpitala. Przyjęła mnie ta sama położna co wczoraj. Pobrała krew i powiedziała, że jak przyjdą wyniki to do mnie zadzwoni. Pożegnałyśmy się. Idąc wzdłuż korytarza zastanawiałam się przez chwilkę czy kupić sobie kawkę i tosta, posiedzieć w restauracji i poczytać w spokoju książkę czy wrócić do domu, ale wybrałam dom. Jak przyjechałam to mąż kończył robić śniadanko, a Pyza konsumowała chrupka kukurydzianego. Brzuch zaczął coraz bardziej boleć. Przed południem musiałam wziąść 2 tabletki bo już nie mogłam wytrzymać. Poszłam do toalety i gdy tylko usiadłam na kibelek coś ze mnie wyleciało. Nie było to duże, może wielkości orzecha włoskiego lub małej piłki pinpongowej. Zaraz po tym ból brzucha trochę ustąpił, ale nie do końca. Po pierwszej dostałam telefon od położnej. Powiedziala, że poziom hormonu nieznacznie spadł i że chciałaby powtórzyć badanie we wtorek żeby sprawdzić czy dalej spada. Zgodziłam się. Moja ręka jest i tak już pokuta to jedno ukłucię w tą czy w tamtą nie robi już różnicy.

3/10
Rano mąż został z córcią, a ja pojechałam do szpitala na kolejne pobranie krwi. Położna zapytała się czy wyrażam zgodę by przy pobraniu krwi była praktykantka. Pewnie, że może być. Dziewczyna cicho siedziała i obserwowała co położna robi. Po wszystkim wróciłam do domu by zjeść śniadanie i wyszykować siebie do pracy i dziecko do niani. W pracy otrzymałam telefon ze szpitala. Położna zadzwoniła by poinformować mnie o wynikach. Wygląda na to że już jest po wszystkim. Poziom hormonu z ponad 3000 unitów zszedł na 900 w ciągu 2 dni. Poinstruowała bym 19 października zrobiła test ciążowy. Głupie, wiem, ale gdyby wyszedł pozytywny to mogłaby być to ciąża pozamaciczna i wtedy musiałabym wrócić do szpitala. Miałam robione usg. Nic nie wykazało, ale dla pewności zrobię.

Fizycznie czuję się dobrze. Psychicznie? Chyba teraz, jak już jest po wszystkim, zaczynam się podłamywać. Czuję, że mam gulę w gardle i pewnego dnia po prostu wszystko ze mnie spłynie.

Jest i nie ma

31 SIERPIEŃ
Mężu się mnie pyta czy kupić test ciążowy. Kazałam mu się puknąć w czoło. No okres mi się spóźnia, ale to nie powód by od razu kupować test. Zresztą moje miesiączki są nieregularne więc tydzień czy dwa, a nawet trzy nie robią na mnie wrażenia. Normalka. Już nie raz tak miałam. Oczywiście się nie posłuchał i kupił.

1 WRZESIEŃ
Mężu wstaje do pracy przy okazji mnie budząc. Dostałam laurkę na urodziny od córci i łańcuszek od męża :) Mąż prosi bym zrobiła jednak ten test. Myślę, że go całkiem pogieło. Mówi mi, że jak test wyjdzie pozytywny to sobie nogi ogoli ;-) Idę więc z tym testem do toalety, robię co mam zrobić, odkładam na bok. W międzyczasie robię poranną toaletę, zabawiam dziecię i karmię kociaki. Po wszystkim podchodzę do umywalki i oczom własnym nie mogę uwierzyć. Na teście dwie grube czerwone krechy! Gorąco mi i słabo jednocześnie. Strach wymieszany ze szczęściem.
Mężu z dołu krzyczy: „Zrobiłaś test?”.
Ja: Tak.
Na co on: I co?
Ja (zrzucając mu test): Golisz nogi!
On (patrząc się na test): Ale ja nie wiem co to znaczy.
Więc idę ci ja z ulotką do niego, ale zanim doszłam to ust jego usłyszałam: „O kurcze!” i aż się oparł o framugę z wrażenia ;-) Po chwili na ustach męża widzę uśmiech od ucha do ucha i zdanie: „A widzisz jak dobrze, że kazałem ci zrobić ten test.”
Do mnie jeszcze to nie dociera. W pracy też ciężko było się skupić.
Wieczorem mężu sobie pije drinka, a ja sok pomarańczowy i dalej się zastanawiam czy to jednak nie sen.

2 WRZESIEŃ
Lot do Polski. Zastanawiamy się jak to powiedzieć, że jednak z nikim się nie napiję wysokoprocentowych napoi ;-) Wychodzi samo „w praniu”. Gratulacje i pytania który to tydzień, na kiedy termin itp, itd. Odpowiedzi brak bo sama nie wiem. Radość od mojej strony z rodziny wielka czego nie mogę napisać o teściach. Teściowa tylko się zapytała jak my sobie teraz poradzimy, a teściu stwierdził że on jest tym gorszym teściem bo on się dowiaduje jako drugi. Ehhh…. Wieczorem bratowa męża przychodzi, a że mężu mój to papla to i ona sie dowiaduje. Radość z jej strony ogromna, aż się kobitka prawie popłakała ;-) Przy okazji dostałam kwiatka i prezencik na urodziny :-D

5 WRZESIEŃ
Zaczynam plamić. Strach i 1000 myśli na sekundę przelatują przez głowę. Mąż pociesza i próbuje uspokoić. Szukanie ginekologa, który by przyjął mnie prywatnie. Siostra podaje namiary na dwóch. Jest późno w nocy muszę czekać do rana żeby umówić się na wizytę. Noc prawie nie przespana. Plamienie na brązowo dalej jest, a nad ranem nawet krew poleciała :(

6 WRZESIEŃ
Rano telefon do ginekologa, do którego chodziła moja siostra. Nikt nie odbiera. Telefon do drugiego. Odbiera, może mnie przyjąć tego samego dnia o 17:00. Godziny sie dłużą niemiłosiernie. Dzieckiem zajmować się nie muszę, bo jest pełno chętnych do opieki nad nią. W końcu wybija godzina. Idziemy z mężem pod wskazany adres. Zaczynam się denerwować. Mąż uspokaja. Doktor zaprasza na fotel. Robi usg i potwierdza ciążę. Pokazuje pęcherzyk płodowy. Od razu dodaje, że jest to ciąża zagrożona :( Przepisuje Duphaston, 3 razy dziennie po jednej tabletce. Mówi żeby w Anglii iść do lekarza nie wcześniej niż za około dwa i pół tygodnia. Rozliczamy się. Doktor życzy powodzenia i wszystkiego dobrego. Od lekarza idziemy prosto do apteki po tabletki, a poźniej do domu. Pokazuję zdjęcie, ale tylko siostrze mowię, że ciąża jest zagrożona. Rodzicom ani słowa żeby ich nie denerwować.

8 WRZESIEŃ
Plamienie ustępuje. Trochę się uspokajam i zaczynam cieszyć tym stanem :) Rodzinka zajmuje się córcią, a ja odpoczywam :) Mężu się cieszy i papla znajomym, że coś jest na rzeczy ;-) Próbuję go stopować, ale z marnym skutkiem.

13 WRZESIEŃ
Powrót do domu. Po drodze z lotniska wstępujemy do przychodni. Umawiam się na wizytę z położną. Znów plamię. Podejrzewam że to przez lot samolotem i przez zmęczenie. Tata częściej zajmuje się córką żeby mnie trochę odciążyć. Po kąpieli on ją przenosi do pokoju i usypia :)

14 WRZESIEŃ
Powrót do pracy. Nikomu nic nie mówię o swoim stanie. Jest za wcześnie. Na szczęście mam pracę siedzącą :)

21 WRZESIEŃ
Wizyta u położnej. Poznała mnie od razu :)
P: Szybko do nas wróciłaś :)
Ja: Szybciej niż planowałam ;-)
P: Ile twoje dziecko już ma?
Ja: 13 miesięcy, a za dwa tygodnie będzie miała 14 :)
P: A to nie szybko, to tak normalnie :)
Powiedziałam jej o plamieniu, o tym że byłam u ginekologa w Polcse, o tabletkach. Wypełniłyśmy moją kartę, pobrała mi krew, zmierzyła ciśnienie, sprawdziła mocz. Zapisała sobie żeby zarejestrować mnie na usg w 12 tygodniu bo z komputera w przychodni nie mogła tego zrobić. Powiedziała o szczepionce na grypę, że mi przysługuje za darmo i żebym ją wzięła bo zima tuż tuż. Życzyła wszystkiego dobrego i do kolejnej wyzyty. Po wyjściu z gabinetu zarejestrowałam się na tą szczepionkę na poniedziałek 25 września.
Mąż zarejestrował mnie na sobotę do polskiego ginekologa (prywatnie), bo tabletki mi się kończą. On będzie pracował, więc ja pojadę z dzieckiem. Innego wyjścia ni ma. Dostanie chrupka i będzie siedzieć w wózku ;-)

23 WRZESIEŃ
Szybkie śniadanie, oporządzenie Pyzy i kierunek lekarz. Położna powiedziała, że zajmie się mym dzieckiem podczas mojego badania. Lekarz miły, przeprowadził wywiad i zaczął badanie. Wziął wymaz z szyjki macicy bo kolor mu nie pasował. Powiedział, że może to być infekcja dlatego plamię, ale niekoniecznie. Dla świętego spokoju zrobimy badanie. Wyniki w przyszły czwartek. Czas na usg. Jak tylko zaczął już wiedziałam, że coś jest nie tak :( Długa cisza lekarza też nie wróżyła nic dobrego. Wyrok: „Brak akcji serca, pęcherzyk płodowy się nie rozwinął, jest pusty w środku. Przykro mi bardzo” ;( Gula w gardle, żęby zacisnęłam żeby się nie rozpłakać. Sprawdził jeszcze czy nie ma ciąży pozamacicznej i mogłam się ubrać. Powiedział żebym odstawiła tabletki i dała szansę organizmowi na samoistne oczyszczenie. Za dwa tygodnie wizyta kontrolna, sprawdzi na usg czy wszystko zeszło i w razie czego przepisze tabletki na farmakologiczne oczyszczenie. Mam nadzieję, że nie trzeba będzie. Lekarz powiedział, że czasem tak się zdarza i nikt nie wie dlaczego. Dał mi swóje numery telefonów, polski i angielski, w razie gdybym miała jakieś pytania to mam do niego dzwonić. Na koniec zapytał się czy chciałabym jeszcze coś się jego spytać. Już tylko pokiwałam głową na nie. Zrozumiał i zaprowadził mnie do położnej, która zabawiała moje dziecię. Pyza całkiem nieźle się tam bawiła. Uiściłam opłatę i wyszlyśmy. Po drodze do samochodu zadzwoniłam do męża i opowiedziałam o wizycie. Przykro mu sie zrobiło, ale starał się mnie jeszcze pocieszać. Łzy stanęły mi w oczach, kilka głębokich wdechów by opanować się od płaczu. Zapakowałam Pyzę i wózek do samochodu, porozmawiałam jeszcze chwilkę z mężem i wróciłam do domu.
W domu póki coś robię lub bawię się z córcią to jakoś funkcjonuję, ale jak tylko usiądę i Pyza nie widzi to po ciuchutku sobie chlipię ;( Nie chcę żeby ona widziała jak mama płacze więc staram się ukrywać. Ciężko jest.
Napisałam do siostry. Odpisała, że jest jej przykro i czy ma powiedzieć rodzicom. Napisałam, że tak. Narazie nie chce mi się z nikim rozmawiać.

Jest ciężko, jest pieruńsko ciężko. Łzy same cisną się do oczu ;(

Po wakacjach

Dawno mnie tu nie było, ale to dlatego że najpierw wyprawialiśmy roczek dla Pyzy – 3 przyjecia urodzinowe (!), a później byliśmy na urlopie w Polsce. Oczywiście czas ten minął jak z bicza strzelił i nie obyło się bez sprzeczek z teściem, tzn. mężu kontra jego tato.
Dziecię me było rozpieszczane do granic możliwości. Mogła robić dosłownie wszystko na co miała ochotę. Wystarczyło, że lekko się skrzywiła i wydała odgłos rozpaczy, już dwie babcie leciały jak na złamanie karku ;-) Obie nosiły na rękach i zabawiały. Najlepsze zabawki pod słońcem :)
Teściowa co rano, jak tylko dziecię otworzyło oczy, zabierała ją na dół, a my mogliśmy sobie trochę pospać. Babcia karmiła, przebierała pampersa i zabawiała. Dziadek jak zwykle tylko siedział i mówił swoje ‚mądrości’. Wieczorem wychodził do drugiego pokoju by obejrzeć swój serial bo wnuczka za głośno się bawiła. Ehh… Raz jak po nas przyjechał to oberwało nam się bo musiał czekać na nas ok 10 minut i spóźnił się na swój serial. Wiadomo że zanim dziecko się ubierze i spakuje jej taboły to trochę czasu minie. Mój mąż już nie wytrzymał i powiedzial mu że jeżeli seriale są ważniejsze od wnuczki to ma się nami nie przejmować, bo sami zorganizujemy sobie transport podczas pobytu w Polsce. Na co on, że prócz serialu to on nie ma nic. Normalnie ręce opadają. Po tym incydencie to wracaliśmy do domu autobusem lub siostra nas odoziła bądź mój tato. Dla nich to nie był problem.
Wersalka pieruńsko niewygodna, wszystkie kości bolały, ale jakoś to przetrzymaliśmy. Chyba musimy zasugerować wymianę łóżka bo na nim naprawdę nie da się spać. W nocy mężu wstawał do naszego dziecka gdyż spał od strony zewnętrznej :) Nie wyspał się ani razu (witaj w moim świecie). Zrobił też sobie tatuaż na ramieniu :) Super wyszedł.
_20170917_174601
Przez cały pobyt w Polsce chodził w długim rękawie co by jego rodzice nie zauważyli ;-) Jakoś udało mu się go ukryć.

U mnie w domu to wszyscy nosili ją na rękach, każdy przewijał dupsko, karmił i chciał sie z nią bawić, a w szczególności moi siostrzeńcy :) Chłopaki nie dawali jej spokoju, ale ona nie była im dłużna :) Zasuwała do nich do pokoju zabierała pady od xboxa bądź go wyłączała :-D Szybko nauczyli się pokój zamykać :) Moja siostra nakupowała jej tyle ciuszków, oszalała! A jak zwróciłam jej uwagę by lepiej swoim chłopcom coś kupiła to zrobiła smutną minkę i stwierdziła że ma Pyzę tylko jedną i że zabraniam kupować jej ciuszków. No i co miałam zrobić? Nie mogłam jej zabronić bo wiem jaką frajdę jej to sprawia. Siostra kupiła torta urodzinowego dla Pyzuni i zrobiła nam niespodziankę :)
_20170917_210332
_20170917_151237

No i wybrała długopis z rzeczy położonych na stole :)
_20170917_151522

To było 4 przyjęcie urodzinowe naszego dziecka! A ile prezentów nazbierała :) Fajnie być dzieckiem :) Gdziekolwiek nie poszliśmy w odwiedziny to każdy coś jej dał. Teraz musimy zorganizować transport do Anglii bo wszystkiego nie zabraliśmy. Nie zmieściło się w bagażu.

A teraz potrzebuję wakacji by odpocząć od urlopu ;-)

06.08.2016

Kiedy będziesz starsza to przeczytasz sobie ten list. Wydrukuję go i włożę do „puszki czasu”, którą dostałaś pod choinkę :)

Od pojawienia się dwóch kresek na teście ciążowym mój świat się zmienił. Już przestałam się martwić o siebie, tylko o Ciebie. Moje priorytety również uległy zmianie. Najważniejsza byłaś Ty. Wszystko co robiłam, jadłam to z myślą o Tobie żebyś zdrowo się rozwijała w mamusinym brzuszku. Gdy po raz pierwszy poczułam Twe ruchy to aż podskoczyłam do góry, a Twój tata cały czas dotykał brzucha by też móc Cię poczuć, ale dla niego ruchy Twe były jeszcze niewyczuwalne. Dopiero z czasem gdy rosłaś to przybrały na sile i tata za każdym razem cieszył się jak dostał kopniaka od Ciebie. Uwielbiałam patrzeć jak z Tobą rozmawia :) Ten widok był rozczulający.

Podczas zakupów zawsze brał dla nas Nutellę, banany, śledzie i kiszone ;-) Na każde badanie i Usg chodził z nami, by móc Cię zobaczyć. Brał w tym czasie wolne lub przerwę w pracy. Nie opuścił żadnej wizyty. A gdy zbliżał się wyznaczony termin porodu to namawiał Cię na szybsze wyjście, ale Ty miałaś swoje plany ;-) Wolałaś siedzieć u mamy w brzuszku gdzie Ci było najlepiej :)

6 sierpnia 2016 roku przyszłaś na świat przez cesarskie cięcie. Z tym dniem strach nie opuszcza mnie na moment. Każde Twe zachłyśnięcie, gorączka, upadek, płacz sprawia, że boję się o Ciebie. Boję się żeby krzywda Ci się nie stała. Twój tata stara się jak może najlepiej. To on pierwszy Cię przebierał w szpitalu, gdy ją byłam przykuta do łóżka. On się Tobą zajmował podczas, gdy ją szłam na drzemkę przed nocną wartą ;-) Jesteś dla nas całym światem.

Z Twoim tatą zdecydowaliśmy, że nie będziemy wychowywać Cię bezstresowo. Zabraniamy Ci niektórych rzeczy i słyszysz słowo „nie” dość często, ale to tylko dla Twojego dobra. Kochamy Cię całym sercem i nie chcemy abyś zrobiła sobie krzywdę. Chcemy żebyś znała granicę co można, a czego nie.

Podejmując decyzję w kwestii Twego wychowania nie wiemy czy robimy dobrze czy nie. Zdajemy się na intuicję. Chcę żebyś wiedziała, że staramy się być dobrymi rodzicami. Służymy ramieniem jeśli byś chciała się wypłakać, pocieszymy, rozśmieszymy. Będziemy wspierać i zachęcać do poznawania świata. Jeśli upadniesz to podniesiemy Cię. Póki co Twój uśmiech świadczy o tym, że chyba nie jest tak źle, co? ;-)

Razem z tatą życzymy Ci samych słonecznych i i kolorowych dni wypełnionych śmiechem, beztroskiego dzieciństwa i dużo zdrówka :)

_20170811_152935

Kochamy Cię nad życie!
Mama i Tata :)

_20170811_152736

 

Przerażenie

W niedzielę dziecię me zafundowało mi chwilę grozy.

Dzień jak codzień. Pobudka rano, zabawa w łóżeczu, przebieranie pampersiaka, butla, zabawa, butla, spacerek, drzemka,butla, zabawa, kąpiel i w tym momencie cała reszta naszej wieczornej rutyny wyszła przez okno. Już podczas kąpieli zauważyłam, że trzęsą się jej nózki i mają trochę inny kolor. Zawołałam męża by pomógł mi ją wyciągnąć z wody. Zaniosłam do jej pokoju, posadziłam na przewijak i się zaczęło. Mała w płacz, trżęsła się jak galaretka, nie mogła ruszyć rączkami i cała posiniała. :cry:  Mąż powiedział, że pewnie  jej zimno. To dawaj, szybko ją wytarłam, ubrałam podczas gdy ona cały czas płakała. Już wiedziałam, że coś z nią nie tak. Była cała sina, zimna i się trzęsła. Nie mogła złapać smoczka ani butelki. Zjadła niewiele mleka. Mi z tego wszystkiego aż słabo się zrobiło. Szybko zakończyłam rozmowę z mamą. Poprosiłam męża by ubrał ją w śpiworek bo z tego wszystkiego ręce zaczęły mi się trząść. Ja, osoba z reguły spokojna i z głową na karku, spanikowałam. :cry:  Gdy mąż zauważył, że małej nie przechodzi to sam sie wystraszył. Powiedział że nie wie na który numer ma dzwonić.

Stwierdziłam, że nie ma sensu nigdzie dzwonić tylko jedziemy z nią do szpitala. Opatuliłam ją w koc, zabrałam do torebki jej książeczkę zdrowia, butlę z mlekiem, pampersy i smoczka. Ja siedziałam z tyłu trzymając ją na kolanach, a mąż prowadził. Gnał do szpitala 80 mil, w mgnieniu oka się tam znaleźliśmy. Wysadził mnie pod recepcją, a sam poszedł zaparkować auto. W recepcji powiedziałam szybko o cco chodzi i pielęgniarka zaprowadziła mnie na oddział dziecięcy. Zapytała się tylko czy jestem sama czy z kimś. Odpowiedziałam, że z mężem, ale on parkuje samochód. Powiedziała żebym się nie martwiła, że go tu przyprowadzi. Po chwili mężu się zjawił. W momencie kiedy on przyszedł to pielęgniarka poprosiła nas do gabinetu. Wypytała co się stało, zadawała pytania, poprosiła by Małą wyciągnąć z tego koca i śpiworka. Zmierzyła jej tętno i gorączkę. Miała prawie 40 stopni! :-(  Poprosiła by usiąść w poczekalni, a ona przyniesie coś na zbicie gorączki. Po chwili przyszła ze strzykawką i doustnie podała Pyzie paracetamol. A me dziecię jak tylko zobaczyło strzykawkę to od razu buzię otworzyła ;-) Pielęgniarka była pod wrażeniem. Musieliśmy poczekać na swoją kolej, a przed nami były 4 osoby. Dziecko me śpiące, marudne, z gorączką nosiliśmy na zmianę na rękach. Dopiero około godziny 23:00 udało jej się usnąć. Usnęła u mnie na kolanach. Pospała może z 15 minut gdy zostaliśmy wezwani znów do gabinetu na zmierzenie ciśnienia i gorączki. Na szczęście wszystko było już w normie. Ledwo wrociliśmy na miejsce w poczekalni, a doktor nas zawołał. Też przeprowadził ze mną wywiad środowiskowy, po czym zaczął badać Pyzę. Powygłupiał się z nią w międzyczasie ją badając. Przy sprawdzaniu uszu i gardła poprosił o pomoc w przytrzymaniu jej. Badanie gardła nie przypadło córci mej do gustu co musiała pokazać swoim płaczem. Doktór na pocieszenie po badaniu namalował buźkę na patyczku lekarskim i wręczył Pyzie do rączki.

Po przebadaniu Pyzy doktor powiedział, że Mała z medycznego punktu widzenia jest zdrowa. Wytłumaczył to tak: wzrost temperatury w tak krótkim czasie od normalnej 36,4 do prawie 40 stopni powoduje utratę przytomności nawet u dorosłego człowieka, a u Pyzy jej mały organizm się bronił i jej małe żyłki nie potrafiły tak szybko pracować. Powiedział, że u niej było o tyle dobrze iż nie straciła przytomności. Poradził dać od razu paracetamol gdy tylko zauważymy, że Mała zaczyna się znów trząść bo to jest oznaka szybkiego wzrostu temperatury. Dostaliśmy ulotkę co robić w razie utraty przytomności i konwulsji u dziecka. Pożegnał nas słowiami: „Mam nadzieję, że juz nigdy nie bedziecie musieli z dzieckiem przyjeżdzać do szpitala, a Ty kruszynko nie przyprawiaj rodziców o zawał serca” :)

Wróciliśmy do domu po północy. Przebrałam Pyzie pampersiaka, dałam mleko i po chwili już sobie smacznie spała. Przed 5 rano przebudziła sie z płaczem. Wzięłam ją na ręce i od razu poczułam, że trzęsie się jak galaretka. Obudziłam męża by dał jej paracetamol, położyłam między nas. Mąż trzymał ją za rączkę, a ja przytuliłam ją do siebie i po chwili już spała. Po około 2 godzinach odniosłam ją do łóżeczka, bo zaczęła robić wędrówki ludów. Wstała dopiero po 11:00. Przyszykowałam ją do niani, siebie do pracy i pojechałyśmy. Poinstruowałam Kelly co ma robić gdyby zaszła taka sytuacja jak w nocy i jak coś by dzwoniła do męża.

Wczoraj w nocy budziła sie z płaczem co godzinę i wolała „mama”, a dziś zobaczyłam w jej paszczy, że lewa górna jedynka próbuje się przebić. Mam dość  ząbkowania. Nie dość, że Pyza jest wymęczona to i ja też.

Mam nadzieję, że już wiecej takich „atrakcji” nie będzie nam fundować.

Już za miesiąc

Nie mogę uwierzyć, że został mniej niż miesiąc do pierwszych urodzin mojej córci. Mam tyle pomysłów co do prezentów i przyjęcia urodzinowego, że aż się martwię czy wszystko uda się zrealizować.

Urodzinki jej wypadają w niedzielę i tego samego dnia mam firmowego grilla, na którego zostaliśmy zaproszeni wraz z rodziną. Więc rano będzie torcik i prezenty, a po południu wyjście :) Będą tam atrakcje dla dzieci żeby mogły się wyszaleć. Zobaczymy co będzie dla takich maluchów jak moje dziecko.

Jej przyjęcie urodzinowe przenieśliśmy na ostatni weekend sierpnia, gdyż nasi znajomi wrócą już z wakacji. Trzecie przyjęcie na roczek będzie miała w Polsce z początkiem września :) Takiej to dobrze :)

Z mężem nie możemy się dogadać w kwestii prezentu. Ja chciałabym zarezerwować Smash cake session, on uważa że to bez sensu dla takiego małego dziecka i strata kasy. Moim zdaniem Pyza miałaby frajdę z zabawy tortem i my również bo można się ubrudzić ciachem :) Jego pierwszym pomysłem był samochodzik elektryczny sterowany padem, ale po ostatnim weekendzie stwierdził, że osiatkowana trampolina będzie lepsza bo dziecko można tam włożyć, dać zabawki i niech se tam siedzi ;-) Tylko taka trampolina zajęłaby u nas pół ogrodu! Ciekawa jestem co jeszcze wymyśli ten mój mąż? Ma jeszcze trochę czasu by zmienić zdanie co najmniej 5 razy ;-) A mówią, że to kobiety są niezdecydowane :-D

Znów ząbkowanie

W piątek, gdy wychodziłam z pracy, dostałam wiadomość od męża, że mała ma gorączkę. Powiedziałam mu żeby dał jej Paracetamol i że już wracam do domu. Jak przyjechałam to bidulka siedziała u taty swego na kolanach. Taka smutna z „maślanymi” oczkami. Nawet jej uśmiech, gdy mnie zobaczyła, był delikatny. Wzięłam ją na ręce to się przykleiła jak małpka. O godzinie 19:00 zaczęła się słaniać do spania. Przetrzymałam ją jeszcze z pół godziny, zrobiłam kąpiel, dostała butlę i poszła od razu spać. Przed godziną 21:00 byliśmy już bez dziecka. W nocy przebudzała się dość często. Gorączka dokuczała. Dostała paracetamol i żel na dziąsła w odstępach czasowych, żeby nie wszystko na raz. Biedna się nie wyspała :( Ja zresztą też nie, ale nie narzekam. Mężu zrobił kawkę i jakoś funkcjonowałam. W sobotę gorączka nie chciała zejść poniżej 38 stopni. Mała nie była sobą. Trochę marudna, jeść zbytnio nie chciała, tylko mleko piła co jakiś czas. Zabawki tez średnio ją interesowały. Nawet ulubiona bajka nie przykuła jej uwagi. Siedziała prawie cały czas u mnie na kolanach. Nawet posprzatać nie miałam jak więc zrzuciłam obowiązki domowe na męża :) Podczas, gdy on sprzątał dziecię nasze ucięło sobie półgodzinną drzemkę na mamusi. Po przebudzeniu troszkę się pobawiła, dostała paracetamol i znów do mnie na ręce wróciła. W odstępie mniej więcej godziny znów sen ją zmógł. Tym razem spała ponad 2 i pół godziny! Normalnie szok  :-o Po przebudzeniu zmierzyłam jej gorączkę. Znów poszła w góre :( Tym razem dałam jej żel na dziąsła. Po nim nawet się pobawiła i pogadała :)

W międzyczasie tata dostał wychodne z kolegami na piwo ;-) Powiedział że wróci przed 22:00. Ta, jasne. Musiałabym ich nie znać. Męskie wyjścia szybko się nie kończą ;-)

My zostałyśmy same. Pobawiłyśmy się, obejrzałyśmy bajkę, o 20:00 wykąpałam ją, dałam mleko i było po Pyzie. Niestety z gorączką miała niespokojny sen. Co chwila sie przebudzała. Żeby wziąść prysznic zabrałam ze sobą do łazienki kamerkę co by mieć ją na oku. Jeszcze nigdy nie miałam tak szybkiego prysznica. Z zegarkiem na reku – 3 minuty :) Mój rekord ;-) Po prysznicu stwierdziłam, że nie ma co siedzieć na dole samemu więc powyłączałam wszystko, zamknęłam drzwi, nakarmiłam futra i poszłam na górę do sypialni się położyć. Włączyłam sobie telewizor i przeglądałam stronki na telefonie. Po północy musiałam dać dziecku żel na dziąsła, a po 1 w nocy wylądowała u nas w lóżku. Tak mi jej szkoda było, strasznie się męczyła. Było widać, że chce spać, ale nie mogła znaleść sobie miejsca i kręciła sie po łóżku. Mężu zrobił jej mleko. Napiła się trochę i przysnęła. Około 3 nad ranem obudziła się z płaczem. Zmierzyłam jej gorączkę. Miała prawie 40 stopni! Dostała paracetamol, przytuliła się do taty i troszkę się uspokoiła. Była strasznie rozgrzana, aż parzyła :( Mąż chciał dać jej kolejną dawkę paracetamolu, ale mu zabroniłam. Zeszłam do kuchni, zrobiłam herbatę i dałam jej się napić. Dossała się do butli i na raz wypiła prawie 100 ml. Pić jej się chciało od tej gorączki. Ściągnęłam jej pajacyka do spania, zostawiając w samym bodziaku i dopiero jak to zrobiłam to udało jej się usnąć. Co prawda wędrowała po nas, ale spała. Raz miała głowę na mężu, a nogi na mnie, następnie jej głowa była przy moim brzuchu, a nogi przy twarzy męża ;-) Nocka dla mnie była praktycznie nie przespana. Czuwałam nad nią by w razie czego zapakować ją w samochód i jechałabym do szpitala gdyby naszła taka potrzeba. Na szczeście obyło się bez nocnej jazdy.

W niedzielę było ciut lepiej. Więcej się bawiła. Poszliśmy nawet na spacer :) Przespała się w wózku i zjadła 2 chrupki kukurydziane, przetarte owoce i jogurciki :) Gorączka spadła, ale nadal utrzymywała się w granicach 38 stopni. Zastanawiałam się czy dać ją w poniedziałek do niani, ale zapakowałam paracetamol i żel na dziąsła do jej torby. Niania wie jak radzić sobie z ząbkującymi dziećmi. Ma doświadczenie. W poniedziałek u niani pobawiła się trochę z dziećmi, a później pospała prawie 2 godziny. Była grzeczna choć bez apetytu. We wtorek było podobnie. Z tym, że spała ponad 2 i pół godziny i Kelly musiała ją obudzić, bo mąż po nią przyjechał.

Z wtorku na środę przespała całą nockę :) Raz do niej wstałam by dać smoczka, to chyba było po 2 nad ranem. Około 9 rano znów szukała smoka, dałam jej go i dalej spała. Obudziła się o 10:40 :) Słyszałam jak rozmawia w swoim własnym języku, ale nie wchodziłam do niej do pokoju. W tym czasie przyszykowałam się do pracy :) Jak usłyszałam, że zaczyna coś kwilić, to weszłam, a ona obdarowała mnie swoim uśmiechem :) Jeszcze zaspana, ale uwielbiam ją taką z rana :) Oporządziłam ją, nakarmiłam i zeszłyśmy na dół do salonu. Miała czas na zabawę, a ja żeby zjeść śniadanie :) Po 12:00 spakowałam jej torbę, ubrałam i zawiozłam do niani, a sama pojechalłam do pracy.

Dziś było podobnie. Przespała całą noc i obudziła się o 10:00. Chyba odsypia te 3 nieprzespane nocki. Nadal nie ma zbytnio apetytu, ale ważne że mleko je no i od czasu do czasu coś innego skonsumuje.

P.S. Mąż zlądował do domu przed 1 w nocy ;-)

Mamy tropiki

Mentalność Anglików jest taka, że lubią sobie pomarudzić. Jak jest gorąco to narzekają, że się rozpływają. Jak jest chłodno/zimno to znów że przydałoby się więcej słońca. No nie dogodzisz. Ja tam się cieszę z takiej pogody. Lubię jak jest ciepło i słonecznie :)

Wczoraj w nocy u Pyzy w pokoju (przy otwartym oknie cały dzień)  było 28 stopni! Spała tylko w bodziaku na krótki rękaw. Przykryłam jej nóżki kocykiem z dziurkami, ale go skopała. Okno miała otworzone przez calusieńka noc, a temperatura rano spadła tylko o 1 stopień. Dziś do pokoju wstawię jej wiatrak.

Mężu u nas w sypialni otworzył okna na oścież bo też było gorąco, a ja i tak spałam pod kołdrą :) Nie usnę inaczej. No dobra usnę, ale bym się męczyła, a po co? On spał pod kocem, tzn. nerki miał tylko przykryte bo inaczej dziś by narzekał że go bolą.

A me kocie korzystając z okazji, że okno otwarte to polazł na łajzy. Musiał wyskoczyć jak spaliśmy, bo jak wstałam ok. 3 nad ranem by dać smoka mej latorośli to już go nie było na górze. Od nas z sypialni (od ulicy strony) zeskakuje na dach ganku, później na murowany płot i chyc już jest na ziemi. Na szczęście nic mu się nie stało. Wrócił do domu od strony ogrodu. Za ogrodem jest plac, coś na styl łąki więc jest bezpiecznie. Rano mąż otworzył mu drzwi. Dzisiejszej nocy okna będą odszczelnione i włączymy wiatrak żeby łajza została w domu.

Taka pogoda ma się utrzymać jeszcze przez kolejny tydzień, a później się okaże czy będzie dalej słońce czy lato się skończy ;-) Narazie cieszę się słoneczkiem :)