Jest i nie ma

31 SIERPIEŃ
Mężu się mnie pyta czy kupić test ciążowy. Kazałam mu się puknąć w czoło. No okres mi się spóźnia, ale to nie powód by od razu kupować test. Zresztą moje miesiączki są nieregularne więc tydzień czy dwa, a nawet trzy nie robią na mnie wrażenia. Normalka. Już nie raz tak miałam. Oczywiście się nie posłuchał i kupił.

1 WRZESIEŃ
Mężu wstaje do pracy przy okazji mnie budząc. Dostałam laurkę na urodziny od córci i łańcuszek od męża :) Mąż prosi bym zrobiła jednak ten test. Myślę, że go całkiem pogieło. Mówi mi, że jak test wyjdzie pozytywny to sobie nogi ogoli ;-) Idę więc z tym testem do toalety, robię co mam zrobić, odkładam na bok. W międzyczasie robię poranną toaletę, zabawiam dziecię i karmię kociaki. Po wszystkim podchodzę do umywalki i oczom własnym nie mogę uwierzyć. Na teście dwie grube czerwone krechy! Gorąco mi i słabo jednocześnie. Strach wymieszany ze szczęściem.
Mężu z dołu krzyczy: „Zrobiłaś test?”.
Ja: Tak.
Na co on: I co?
Ja (zrzucając mu test): Golisz nogi!
On (patrząc się na test): Ale ja nie wiem co to znaczy.
Więc idę ci ja z ulotką do niego, ale zanim doszłam to ust jego usłyszałam: „O kurcze!” i aż się oparł o framugę z wrażenia ;-) Po chwili na ustach męża widzę uśmiech od ucha do ucha i zdanie: „A widzisz jak dobrze, że kazałem ci zrobić ten test.”
Do mnie jeszcze to nie dociera. W pracy też ciężko było się skupić.
Wieczorem mężu sobie pije drinka, a ja sok pomarańczowy i dalej się zastanawiam czy to jednak nie sen.

2 WRZESIEŃ
Lot do Polski. Zastanawiamy się jak to powiedzieć, że jednak z nikim się nie napiję wysokoprocentowych napoi ;-) Wychodzi samo „w praniu”. Gratulacje i pytania który to tydzień, na kiedy termin itp, itd. Odpowiedzi brak bo sama nie wiem. Radość od mojej strony z rodziny wielka czego nie mogę napisać o teściach. Teściowa tylko się zapytała jak my sobie teraz poradzimy, a teściu stwierdził że on jest tym gorszym teściem bo on się dowiaduje jako drugi. Ehhh…. Wieczorem bratowa męża przychodzi, a że mężu mój to papla to i ona sie dowiaduje. Radość z jej strony ogromna, aż się kobitka prawie popłakała ;-) Przy okazji dostałam kwiatka i prezencik na urodziny :-D

5 WRZESIEŃ
Zaczynam plamić. Strach i 1000 myśli na sekundę przelatują przez głowę. Mąż pociesza i próbuje uspokoić. Szukanie ginekologa, który by przyjął mnie prywatnie. Siostra podaje namiary na dwóch. Jest późno w nocy muszę czekać do rana żeby umówić się na wizytę. Noc prawie nie przespana. Plamienie na brązowo dalej jest, a nad ranem nawet krew poleciała :(

6 WRZESIEŃ
Rano telefon do ginekologa, do którego chodziła moja siostra. Nikt nie odbiera. Telefon do drugiego. Odbiera, może mnie przyjąć tego samego dnia o 17:00. Godziny sie dłużą niemiłosiernie. Dzieckiem zajmować się nie muszę, bo jest pełno chętnych do opieki nad nią. W końcu wybija godzina. Idziemy z mężem pod wskazany adres. Zaczynam się denerwować. Mąż uspokaja. Doktor zaprasza na fotel. Robi usg i potwierdza ciążę. Pokazuje pęcherzyk płodowy. Od razu dodaje, że jest to ciąża zagrożona :( Przepisuje Duphaston, 3 razy dziennie po jednej tabletce. Mówi żeby w Anglii iść do lekarza nie wcześniej niż za około dwa i pół tygodnia. Rozliczamy się. Doktor życzy powodzenia i wszystkiego dobrego. Od lekarza idziemy prosto do apteki po tabletki, a poźniej do domu. Pokazuję zdjęcie, ale tylko siostrze mowię, że ciąża jest zagrożona. Rodzicom ani słowa żeby ich nie denerwować.

8 WRZESIEŃ
Plamienie ustępuje. Trochę się uspokajam i zaczynam cieszyć tym stanem :) Rodzinka zajmuje się córcią, a ja odpoczywam :) Mężu się cieszy i papla znajomym, że coś jest na rzeczy ;-) Próbuję go stopować, ale z marnym skutkiem.

13 WRZESIEŃ
Powrót do domu. Po drodze z lotniska wstępujemy do przychodni. Umawiam się na wizytę z położną. Znów plamię. Podejrzewam że to przez lot samolotem i przez zmęczenie. Tata częściej zajmuje się córką żeby mnie trochę odciążyć. Po kąpieli on ją przenosi do pokoju i usypia :)

14 WRZESIEŃ
Powrót do pracy. Nikomu nic nie mówię o swoim stanie. Jest za wcześnie. Na szczęście mam pracę siedzącą :)

21 WRZESIEŃ
Wizyta u położnej. Poznała mnie od razu :)
P: Szybko do nas wróciłaś :)
Ja: Szybciej niż planowałam ;-)
P: Ile twoje dziecko już ma?
Ja: 13 miesięcy, a za dwa tygodnie będzie miała 14 :)
P: A to nie szybko, to tak normalnie :)
Powiedziałam jej o plamieniu, o tym że byłam u ginekologa w Polcse, o tabletkach. Wypełniłyśmy moją kartę, pobrała mi krew, zmierzyła ciśnienie, sprawdziła mocz. Zapisała sobie żeby zarejestrować mnie na usg w 12 tygodniu bo z komputera w przychodni nie mogła tego zrobić. Powiedziała o szczepionce na grypę, że mi przysługuje za darmo i żebym ją wzięła bo zima tuż tuż. Życzyła wszystkiego dobrego i do kolejnej wyzyty. Po wyjściu z gabinetu zarejestrowałam się na tą szczepionkę na poniedziałek 25 września.
Mąż zarejestrował mnie na sobotę do polskiego ginekologa (prywatnie), bo tabletki mi się kończą. On będzie pracował, więc ja pojadę z dzieckiem. Innego wyjścia ni ma. Dostanie chrupka i będzie siedzieć w wózku ;-)

23 WRZESIEŃ
Szybkie śniadanie, oporządzenie Pyzy i kierunek lekarz. Położna powiedziała, że zajmie się mym dzieckiem podczas mojego badania. Lekarz miły, przeprowadził wywiad i zaczął badanie. Wziął wymaz z szyjki macicy bo kolor mu nie pasował. Powiedział, że może to być infekcja dlatego plamię, ale niekoniecznie. Dla świętego spokoju zrobimy badanie. Wyniki w przyszły czwartek. Czas na usg. Jak tylko zaczął już wiedziałam, że coś jest nie tak :( Długa cisza lekarza też nie wróżyła nic dobrego. Wyrok: „Brak akcji serca, pęcherzyk płodowy się nie rozwinął, jest pusty w środku. Przykro mi bardzo” ;( Gula w gardle, żęby zacisnęłam żeby się nie rozpłakać. Sprawdził jeszcze czy nie ma ciąży pozamacicznej i mogłam się ubrać. Powiedział żebym odstawiła tabletki i dała szansę organizmowi na samoistne oczyszczenie. Za dwa tygodnie wizyta kontrolna, sprawdzi na usg czy wszystko zeszło i w razie czego przepisze tabletki na farmakologiczne oczyszczenie. Mam nadzieję, że nie trzeba będzie. Lekarz powiedział, że czasem tak się zdarza i nikt nie wie dlaczego. Dał mi swóje numery telefonów, polski i angielski, w razie gdybym miała jakieś pytania to mam do niego dzwonić. Na koniec zapytał się czy chciałabym jeszcze coś się jego spytać. Już tylko pokiwałam głową na nie. Zrozumiał i zaprowadził mnie do położnej, która zabawiała moje dziecię. Pyza całkiem nieźle się tam bawiła. Uiściłam opłatę i wyszlyśmy. Po drodze do samochodu zadzwoniłam do męża i opowiedziałam o wizycie. Przykro mu sie zrobiło, ale starał się mnie jeszcze pocieszać. Łzy stanęły mi w oczach, kilka głębokich wdechów by opanować się od płaczu. Zapakowałam Pyzę i wózek do samochodu, porozmawiałam jeszcze chwilkę z mężem i wróciłam do domu.
W domu póki coś robię lub bawię się z córcią to jakoś funkcjonuję, ale jak tylko usiądę i Pyza nie widzi to po ciuchutku sobie chlipię ;( Nie chcę żeby ona widziała jak mama płacze więc staram się ukrywać. Ciężko jest.
Napisałam do siostry. Odpisała, że jest jej przykro i czy ma powiedzieć rodzicom. Napisałam, że tak. Narazie nie chce mi się z nikim rozmawiać.

Jest ciężko, jest pieruńsko ciężko. Łzy same cisną się do oczu ;(

Tydzień z dziadkami i ich mały trening przez wnuczkę

Pyza owineła sobie dziadków wokół najmniejszego paluszka u stopy ;-) Ledwo nim poruszy, a oni już są przy niej lub na jej skinienie (jak kto woli).

Zaczęło się w sobotę jak przylecieli. Najpierw powoli i nieśmiało przekraczała granice i patrzyła na ile może sobie pozwolić. Później coraz odważniej stawiała na swoim :) A dziadki wniebowzięci i zakochani we wnuczce pozwalają na wszystko. Podejrzewam że nawet morderstwo uszło by jej płazem! Wystarczy że popatrzy się na nich swoimi dużymi niebieskimi oczkami, uśmiechnie się pokazując 2 białe ząbki i już ich ma w sidłach :) Muszę przyznać, że cwane to moje dziecko.

W niedzielę pojechaliśmy do ZOO. Pogoda była idealna więc szkoda było siedzieć w domu. Raz babcia, raz dziadzio prowadzili wózek z Pyzą,  a jak miała dość siedzenia to brali ją na ręce i tak sobie spacerowali. Prawie cały dzień tam spędziliśmy. Dziecko 2 razy sobie usnęło na świeżym powietrzu, a po powrocie do domu mąż zrobił grilla :) Na trawie rozłożyłam koc, dałam zabawki i córcia się bawiła. Po całym dniu spędzonym na powietrzu, szybko mi padła i spała całą noc :-D

W poniedziałek i wtorek poszła na 4 godziny do niani, więc rodzice mogli trochę odetchnąć i pospacerować po okolicy w tym czasie. Połazili trochę po centrum, sklepach, ryneczku. Poszli do polskiego sklepu bo tatko zapomniał powiedzieć by kupić kiełbasę. Kupili my szynkę, ale jak on nie weźmie pajdy chleba i kiełbachy w łapy wieczorem to tak jakby nic nie jadł i dzień jest nie zaliczony ;-) Po czym wrócili do domu,  mamcia ugotowała obiad. W międzyczasie mąż przywiózł Pyzę i mogli się nią zajmować. Resztę tygodnia Pyza spędziła z dziadkami. Chodzili na spacerki, bawili się. Dziecko me pokazywało dziadkom co lubi, a czego nie. Trenowała ich w zakresie zabawy, jedzenia i drzemki. Napęd 4×4 działa bez zastrzeżeń ;-) Dziecko trzyma dziadków w ciągłym ruchu lub się wymieniają gdy chcą odpocząć. Ja ją dostaję tylko by położyć spać. Babcia raz próbowała, ale Pyza myślała że to zabawa i chyba godzinę babcię trzymała u siebie w pokoju zanim usnęła  :lol:

Święta minęły nam bardzo szybko. Mąż z tatkiem i Pyzą poszli święcić jedzonko, a my z mamuśką pichciłyśmy w kuchni. Dużo żarełka nie robiłyśmy, bo później szkoda by było wyrzucić. To i tak tylko dla 4 osób. Także troszkę sałatki, krokietów z serem i pieczarkami (i szynką dla mięsożerców), kilka gołąbków no i oczywiście jajca, bo to święta jajeczne jak to mamuśka mówi. W niedzielę poszliśmy do kościoła, spacerkiem przez lasek to około 25 minut. Pyza przespała całą drogę i mszę. Pod koniec mszy deszcz zaczął padać więc ewakuowaliśmy się do domu. W wózku córcia się wyspała to w domu dokazywała :) Szalała z dziadkami na podłodze wśród zabawek :) Padła nam w miarę szybko. Około 20:00 babcia ją wykapała, dostała kaszę, chwilkę się jeszcze pobawiła i trzeba było ją eksmitować do jej pokoju. Dostała butlę ciepłego mleka i po dziecku. A my siedzieliśmy do prawie 2 w nocy, sączyliśmy drinki i oglądaliśmy kabarety. Mojego męża ulubiony kabaret to pieczenie ciasta z Cezarym Pazurą. Sprawdza on jakość whiskey ;-) Było wesoło.

W poniedziałek poszliśmy na półtoragodzinny spacer z Pyzą i rodzicami. Wzieliśmy ich do parczku i nad kanałek gdzie pływają barki, po drodze nakarmiłam kaczuchy :) Pyzolina spała więc przegapiła karmienie. Rodzicom się tu podoba. W naszym miasteczku mamy bardzo dużo zieleni. Oni lubią z wnuczką chodzić do Campbell Parku niedaleko nas. Chyba 10-15 minut spacerkiem. Widoki z tamtąd piękne. Zwłaszcza jak wejdzie się na górkę to panorama miasta i pobliskich wiosek jest rewelacyjna. Też lubię tam spacerować. Jak Pyza opanuje chodzenie w pionie to będzie tam miała pole do popisu ;-)

Wczoraj daliśmy ją do niani. Jak tylko zobaczyła Kelly to posłała jej szczery uśmiech. Nawet „papa” mi nie zrobiła bo chciała iść do koleżanek bawić się ;-) Po powrocie do domu rodzice wzięli ją na spacer żeby się zdrzemnęła gdyż u niani nie spała, tak była zafascynowana zabawą. Jak wróciłam z pracy to córcia została pod opieką taty, a ja z rodzicami pojechałam do sklepu. Kupiłam Pyzie śliniaki, prześcieradła do łóżeczka i kocyk z izolacją od spodu co by w tyłek było ciepło. Śliniaków to ona ma pełno, od i ciut ciut, ale że ślini się okropnie to co chwilę muszę jej zmieniać, a pranie jej rzeczy to puszczam co najmniej 3 razy w tygodniu. Jako odkurzacz to córa jest rewelacyjna, czyści podłogę i wszystkie kąty ;-) Za to pralka pracuje na najwyższych obrotach. Mama kupiła sobie chusteczki do demakijażu z L’Oréala, 2 paczki za £3.99. Patrzyła się też na kremy do twarzy w jakiej są cenie (tak na przyszłość). Po zakupach pojechaliśmy jeszcze odebrać bransoletkę Pandory :) Zaszalałam i kupiłam sobie,  a co mnie też się coś należy :-D £20 za oryginalną bransoletkę to niedużo, a jest delikatna i pasuje do wszystkiego :) Mężowi nie powiedziałam, choć też jej nie schowałam. Postawiłam na widoku i nawet jej nie zauważył!  A to ja niby ta ślepa jestem, bo mam okulary. To jak nie zauważył, to ja mówić nie będę :) Pyza wczoraj szalała z babcią do prawie 11 w nocy! Wymęczyła totalnie. Jak zobaczyłam, że z Pyzy robi się pijany zając to dziadzio przebrał pampersa, a ja w międzyczasie włączyłam inhalację u niej w pokoju i zrobiłam mleko. Przed podaniem mlesia odciągneliśmy wraz z mężem jej noska, bo miała zatkanego. Dostała butlę i po chwili już spała :)

Dziś dzień spędziła z dziadkami. Niech się jeszcze nią nacieszą gdyż w niedzielę mają lot powrotny do domu. Będziemy tęsknić.

Odwiedziny dziadków

Nie wiem czy wspominałam o tym, a jak nie to się powtórzę :) Z siostrą złożyłyśmy się i zamówiłyśmy bilety lotnicze dla naszych rodziców żeby odwiedzili wnuczkę :) Widzieli ją w grudniu jak miała 4 miesiące. Gdybyśmy tego Noe zrobiły to zobaczyliby ją dopiero w czerwcu,  jak przylecimy do Polski na komunię mojego chrześniaka, a tak to nie mieli wyjścia i musieli przylecieć :-D W sobotę mąż po nich pojechał na lotnisko. Zostają na 2 tygodnie. Będą mogli nacieszyć się wnuczką aż będą mieli jej dość ;-) Pyza wymęczy ich do granic możliwości, haha

W zeszły czwartek dziecię me skończyło 8 miesięcy i zaczęła raczkować :) Tak nieśmiało to 2 dni wcześniej stawiała pierwsze kroki na czterech. Oczywiście mąż tego nie zauważył, a ja mu nic nie powiedziałam. Chciałam zobaczyć kiedy się zorientuje, ale że to facet to zajęło mu to aż 2 dni ;-) W środę wieczorem mówi do mnie żebym zobaczyła jak Pyza załącza napęd 4 x 4, odpowiedziałam mu, że refleks to on ma trochę opóźniony bo ona uaktywniła go już 2 dni temu ;-) Do tej pory to na tyłku podskakując się przemieszczała, a teraz raczkuje. Nic jej teraz nie zatrzyma ;-) Biedne koty będą się przed nią chować, uciekać i wskakiwać na wysokości byleby być jak najdalej i najwyżej od Pyzuchy :-D

_20170412_145817

 

Pyza w akcji ;-)

Opiekunka do dziecka – Niania

Od listopada zeszłego roku szukałam niańki. W mojej okolicy to wszystkie miejsca były zajęte. Ciężko też było im powiedzieć czy zwolni się miejsce gdy ja akurat będę szła do pracy. Widziałam się z dwoma opiekunkami. Pierwsza bardzo miła, nawet mi się spodobała. Jedyny minus to że mieszka kawałek od nas i trzebaby było Pyzę zawozić. Druga opiekunka też przypadła mi do gustu, bawiła się z Pyzą, a ta śmiała się w głos :) Chyba się jej spodobała ;-) No i mieszka niedaleko, spacerkiem niecałe 10 minut. Zdecydowaliśmy się na tą drugą. Ma podejście do dzieci.

Jakby mi się coś nie podobało to mogę zadzwonić do urzędu miasta i ją sprawdzą. Każda opiekunka musi być zarejestrowana, jest sprawdzana co jakiś czas i każdy ma wgląd do raportu w biurze lub na stronie internetowej miasta.

Także tego, od poniedziałku Pyza idzie po raz pierwszy do niani! Będzie chodziła od poniedziałku do piątku, od godziny 12:30 do 16:30. Matka osiwieje przez ten czas! Aż dziwne będzie nie mieć jej przy sobie. No ale jak mus to mus. Macierzyńskie się skończyło i pora szukać pracy. Dziadki się smucą, bo ona jeszcze taka mała i już do niańki ją posyłamy. Teściu powiedział żebym jeszcze w domu z nią została. A jak my zaproponowaliśmy by oni do nas przylecieli i z wnuczką posiedzieli to zaraz zaczęli się wykręcać, że nie bo coś tam coś tam. Jak nie to nie, Pyza idzie do niańki i już. A jak jeszcze raz mi wspomną żebym jej nie dawała to tak zripostuję, że aż im w pięty pójdzie. Przylecieć nie chcą, a do mówienia co mamy robić to pierwsi. Ja się na to nie godzę i cieszę się, że mężu podziela moje zdanie :)

Ps. Pyza zaliczyła pierwszą śliwę. Była pod opieką taty. Siedziała w łóżeczku i próbowała dosięgnąć zabawkę, balans jeszcze nie ten i przydzwoniła główką w szczebelek. Płacz i zgrzytanie dziąseł, tata z poczuciem winy przepraszał, że nie złapał w porę i całuje Pyzuchę, która szlochała i smarkała mu w ramię. Na szczęście głowa twarda i tylko malutki siniak się pokazał, ale już po nim nawet śladu ni ma.

Odwiedziny w Polsce

Były bardzo intensywne i męczące. Dosłownie. Kursowanie między dwa a czasem trzy domy było wykańczające. Ale od początku…

W dzień, a raczej noc, wylotu oporządziłam najpierw siebie. Mąż pozanosił torby do samochodu zostawiając tylko mój bagaż podręczny. Gdy ja byłam już gotowa to trzeba było Małą przewinąć, ubrać, nakarmić i włożyć do fotelika. Myślałam że uda się ją przebrać na śpiocha, ale Pyza się obudziła. Później dostała butlę i jedną zrobiłam na drogę, włożyłam ją do mojego bagażu podręcznego i mogliśmy wyruszyć na lotnisko :) Drogę na parking gdzie zostawiliśmy samochód ładnie przespała. Mąż wziął nosidełko, ale z racji tego że Młoda była ubrana w kombinezon zimowy, była ona w nim bardzo skrępowana i zostało ono w bagażniku. Ja ją trzymałam na rękach, a mężu robił za wielbłąda ;-) Taszczył dwa bagaże podręczne i bagaż główny do zdania przy odprawie. Drogę z parkingu na lotnisko przebyliśmy autobusem. Córcia obserwowała wszystko do okoła :) Na lotnisku też była grzeczna. Tylko jak była śpiąca to trochę pomarudziła, ale w końcu zdrzemnęła mi się na rękach. W samolocie przespała się z pół godziny, a lot trwał godzinę i 45 minut. Pozostały czas spędziła na gaworzeniu, zabawie z nami, jedzeniu oraz zrobieniu kupy. Myślałam że ominie mnie przebieranie jej w samolocie, ale ona zdecydowała inaczej ;-) Po wylądowaniu we Wrocławiu w miarę szybko przeszliśmy przez odprawę celną, a i na bagaż nie musieliśmy długo czekać. Teście już na nas czekali, tzn. czekali na wnuczkę a my to taki dodatek do niej ;-) Babcia od razu ją przejęła, a myśmy stali jak te słupy i zastanawialiśmy się czy zorientują się że my też jesteśmy czy może wezmą wnuczkę i pojadą do domu a nas zostawią ;-) No ale ogarnęli się i przywitali nas :) W drodze do domu Mała się zdrzemnęła, a w domu dziadki skakali wokół niej jak te małpy :-D Owineła sobie dziadków wokół najmniejszego palca u stopy ;-) Po południu przyjechali po nas moi rodzice. Moja mama aż się popłakała gdy ją wzięła na ręce. Moi rodzice też stracili dla niej głowę ;-)

Gdy przyjechaliśmy do mojego domu to siostra porwała małą i nie chciała nikomu jej dać. Mój chrześniak tylko by ją tulił i całował ;-) Jego brat tylko patrzył na nią i znosił zabawki :)

Każdy dzień wyglądał podobnie. Rano babcia zabierała Małą na dół żebyśmy mogli jeszcze pospać. Później śniadanie. Po południu jechaliśmy do mnie. Na 20:00 wracaliśmy do męża domu. Tam było kąpanie, karmienie i usypianie małej. Około 23:00 zanosiliśmy ją na górę do łóżeczka turystycznego. Ja szykowałam termos z gorącą wodą i dzbanek z przegotowaną zimną wodą na noc do mleka. I sami kładliśmy się spać. Kolejny dzień wyglądał tak samo lub podobnie.

Mała była rozpieszczana i noszona na rękach do granic możliwości. Biedna po paru dniach miała już dość, była tak zmęczona jeżdżeniem po domach, że włączył jej się tryb marudzenia. Usypiała co godzinę na parę minut, a wieczorem miała niespokojny sen dopóki nie odłożyliśmy jej do łóżeczka.

Na dwa dni przed powrotem do domu ochrzciliśmy ją. Była naprawdę grzeczna. Nawet nie zapłakała :) Kochane maleństwo :) Na obiedzie babcie tylko się zmieniały w opiece nad nią ;-) Ja tylko mleko musiałam przygotowywać i pieluchy podawać :)

W dzień powrotu musieliśmy wstać o 2 w nocy. Mała dała nam popalić. Marudziła i płakała bo była zmęczona i niewyspana. W samolocie też dała koncert wokalny ;-) A na dodatek obesrała się że szok. Musiałam ją przebierać i bodziaka też! Pod koniec lotu dopiero jej się przysnęło. Przy kontroli celnej było pusto więc szybko przeszliśmy. Bagaż też szybko wyjechał. Tylko na autobus musieliśmy z 10-15 minut poczekać. W autobusie też się rozpłakała jak ją ubierałam, ale kierowca poczekał aż się z nią uwinę i wyjdziemy :) W samochodzie trochę walczyła ze snem, ale w końcu się poddała. Nawet gdy ją wnieśliśmy do domu w foteliku to trochę podrzemała :) Mężu rozpakował walizkę i zajął się małą, a ja pojechałam po moje futra :) Musiałam wziąść męża samochód bo u mnie akumulator padł. W hotelu dziewczyny poprosiły mnie o pomoc we włożeniu Mruczastego do transportera bo syczał na nie ;-) Zabrałam moje kociaki do domu, po drodze mnie opierdzielały ;-) ale są szczęśliwe, że już są w domku.

Moje dziecko było tak zmęczone pobytem w Polsce że spała przez 6 godzin z przerwą na mleko! Jeszcze nigdy w ciągu dnia mi tyle nie przespała! Byłam w szoku. Nawet jak pojechaliśmy na zakupy to prawie całe przespała.

Prawdę mówiąc to jesteśmy bardziej wymęczeni tymi wakacjami aniżeli byliśmy sami z dzieckiem 24/7. Następny taki wypad dopiero w przyszłym roku w czerwcu. Narazie mam dość i muszę odpocząć od tych wakacji ;-)