Po wizycie w szpitalu

Oczywiście musiałam się spóźnić. No bo jak inaczej. Ludzie tutaj wariują gdy spadnie śnieg. Normalnie paraliż. A parking przy szpitalu był wypełniony po brzegi. Pół godziny kursowałam zanim znalazłam miejsce.
Poszłam na odział, przeprosiłam za spóźnienie i powiedziałam dlaczego się spóźniłam. Kobitki bardzo wyrozumiałe. Długo nie czekałam. Przyjęła mnie położna, zapytała o powód mojej wizyty. Wytłumaczyłam co się stało, dlaczego przyszłam. Dostałam pojemniczek na próbkę moczu i wróciłam do poczekalni. Po chwili doktor poprosiła mnie do gabinetu. Najpierw próbowała zrobić USG normalnie przez brzuch, ale że mój pęcherz nie dokońca był wypełniony to zostałam poproszona o wypróżnienie się do USG dopochwowego. Oddałam próbkę moczu i wróciłam do gabinetu. Nie lubię tego typu badań. Są bardzo niekomfortowe. Lekarz tłumaczyła mi co robi i pokazywała wszystko na monitorze. Endo 3.9mm, jajniki w normie, nie ma żadnych zmian w macicy ani w jajowodach. Lekarz powiedziała, że po poronieniu wszystko się goi i zaleciła żeby poczekać ze współżyciem do dostania miesiączki. Wytłumaczyła też że gdybyśmy jednak zdecydowali się na wcześniejsze współżycie to jest duże prawdopodobieństwo dostania przeze mnie infekcji, gdyż macica potrzebuje czasu na zregenerowanie się. Poprosiła o przejście do poczekalni, a ona w tym czasie napisze raport z przeprowadzonego USG.
Po dłuższej chwili położna po mnie wróciła. Przeszliśmy do jej gabinetu. Powiedziała, że jej przykro, ale straciłam ciąże. Spytała się, która to była ciąża i czy mam dziecko. Odpowiedziałam, że tak mam 16-sto miesięczną córkę i że mogę zajść w ciążę tylko mam problem z jej utrzymaniem. Powiedziałam jej też że córkę mam tylko dzięki ivf bo z mężem staraliśmy się ponad 6 lat o dziecko, bezskutecznie. Zapisała to sobie i stwierdziła, że w tym wypadku skieruje mnie do kliniki poronień na dalsze badania. Zaznaczyła też, że temin oczekiwania jest długi, ale choć tyle może dla mnie zrobić. Powiedziała również, że jeżeli uda mi się zajść w ciążę to mam iść do swojego lekarza i ma on mnie umówić na USG w 7-8 tygodniu ze względu na moją historię. Oni tutaj mają pierwsze USG w 12-stym tygodniu ciąży, nie wcześniej. Będę traktowana specjalnie.
Po powrocie do domu opowiedziałam wszystko mężowi. Stwierdziła on, że spróbujemy jeszcze raz i jak znów poronię to wrócimy do kliniki po nasze mrożaczki. On by chciał żeby 2 od razu włożyć, a ja się boję, że sobie rady nie damy jakby wyszły bliźniaki. Zresztą jest też możliwość podziału komórek i mogłaby wyjść ciąża mnoga. Narazie staram się o tym nie myśleć.

Teraz się wyciszam. Skupiam na córci i przygotowaniach do świąt. Okna już przyozdobione naklejkami :) Pyza zachwycona :) Zastanawiam się tylko w którym miejscu postawić choinkę żeby była w miarę bezpieczna od małych rączek i ciekawskiej córci ;-) Mąż chce choinkę powiesić na suficie tak dla bezpieczeństwa ;-)

Jest i nie ma

31 SIERPIEŃ
Mężu się mnie pyta czy kupić test ciążowy. Kazałam mu się puknąć w czoło. No okres mi się spóźnia, ale to nie powód by od razu kupować test. Zresztą moje miesiączki są nieregularne więc tydzień czy dwa, a nawet trzy nie robią na mnie wrażenia. Normalka. Już nie raz tak miałam. Oczywiście się nie posłuchał i kupił.

1 WRZESIEŃ
Mężu wstaje do pracy przy okazji mnie budząc. Dostałam laurkę na urodziny od córci i łańcuszek od męża :) Mąż prosi bym zrobiła jednak ten test. Myślę, że go całkiem pogieło. Mówi mi, że jak test wyjdzie pozytywny to sobie nogi ogoli ;-) Idę więc z tym testem do toalety, robię co mam zrobić, odkładam na bok. W międzyczasie robię poranną toaletę, zabawiam dziecię i karmię kociaki. Po wszystkim podchodzę do umywalki i oczom własnym nie mogę uwierzyć. Na teście dwie grube czerwone krechy! Gorąco mi i słabo jednocześnie. Strach wymieszany ze szczęściem.
Mężu z dołu krzyczy: „Zrobiłaś test?”.
Ja: Tak.
Na co on: I co?
Ja (zrzucając mu test): Golisz nogi!
On (patrząc się na test): Ale ja nie wiem co to znaczy.
Więc idę ci ja z ulotką do niego, ale zanim doszłam to ust jego usłyszałam: „O kurcze!” i aż się oparł o framugę z wrażenia ;-) Po chwili na ustach męża widzę uśmiech od ucha do ucha i zdanie: „A widzisz jak dobrze, że kazałem ci zrobić ten test.”
Do mnie jeszcze to nie dociera. W pracy też ciężko było się skupić.
Wieczorem mężu sobie pije drinka, a ja sok pomarańczowy i dalej się zastanawiam czy to jednak nie sen.

2 WRZESIEŃ
Lot do Polski. Zastanawiamy się jak to powiedzieć, że jednak z nikim się nie napiję wysokoprocentowych napoi ;-) Wychodzi samo „w praniu”. Gratulacje i pytania który to tydzień, na kiedy termin itp, itd. Odpowiedzi brak bo sama nie wiem. Radość od mojej strony z rodziny wielka czego nie mogę napisać o teściach. Teściowa tylko się zapytała jak my sobie teraz poradzimy, a teściu stwierdził że on jest tym gorszym teściem bo on się dowiaduje jako drugi. Ehhh…. Wieczorem bratowa męża przychodzi, a że mężu mój to papla to i ona sie dowiaduje. Radość z jej strony ogromna, aż się kobitka prawie popłakała ;-) Przy okazji dostałam kwiatka i prezencik na urodziny :-D

5 WRZESIEŃ
Zaczynam plamić. Strach i 1000 myśli na sekundę przelatują przez głowę. Mąż pociesza i próbuje uspokoić. Szukanie ginekologa, który by przyjął mnie prywatnie. Siostra podaje namiary na dwóch. Jest późno w nocy muszę czekać do rana żeby umówić się na wizytę. Noc prawie nie przespana. Plamienie na brązowo dalej jest, a nad ranem nawet krew poleciała :(

6 WRZESIEŃ
Rano telefon do ginekologa, do którego chodziła moja siostra. Nikt nie odbiera. Telefon do drugiego. Odbiera, może mnie przyjąć tego samego dnia o 17:00. Godziny sie dłużą niemiłosiernie. Dzieckiem zajmować się nie muszę, bo jest pełno chętnych do opieki nad nią. W końcu wybija godzina. Idziemy z mężem pod wskazany adres. Zaczynam się denerwować. Mąż uspokaja. Doktor zaprasza na fotel. Robi usg i potwierdza ciążę. Pokazuje pęcherzyk płodowy. Od razu dodaje, że jest to ciąża zagrożona :( Przepisuje Duphaston, 3 razy dziennie po jednej tabletce. Mówi żeby w Anglii iść do lekarza nie wcześniej niż za około dwa i pół tygodnia. Rozliczamy się. Doktor życzy powodzenia i wszystkiego dobrego. Od lekarza idziemy prosto do apteki po tabletki, a poźniej do domu. Pokazuję zdjęcie, ale tylko siostrze mowię, że ciąża jest zagrożona. Rodzicom ani słowa żeby ich nie denerwować.

8 WRZESIEŃ
Plamienie ustępuje. Trochę się uspokajam i zaczynam cieszyć tym stanem :) Rodzinka zajmuje się córcią, a ja odpoczywam :) Mężu się cieszy i papla znajomym, że coś jest na rzeczy ;-) Próbuję go stopować, ale z marnym skutkiem.

13 WRZESIEŃ
Powrót do domu. Po drodze z lotniska wstępujemy do przychodni. Umawiam się na wizytę z położną. Znów plamię. Podejrzewam że to przez lot samolotem i przez zmęczenie. Tata częściej zajmuje się córką żeby mnie trochę odciążyć. Po kąpieli on ją przenosi do pokoju i usypia :)

14 WRZESIEŃ
Powrót do pracy. Nikomu nic nie mówię o swoim stanie. Jest za wcześnie. Na szczęście mam pracę siedzącą :)

21 WRZESIEŃ
Wizyta u położnej. Poznała mnie od razu :)
P: Szybko do nas wróciłaś :)
Ja: Szybciej niż planowałam ;-)
P: Ile twoje dziecko już ma?
Ja: 13 miesięcy, a za dwa tygodnie będzie miała 14 :)
P: A to nie szybko, to tak normalnie :)
Powiedziałam jej o plamieniu, o tym że byłam u ginekologa w Polcse, o tabletkach. Wypełniłyśmy moją kartę, pobrała mi krew, zmierzyła ciśnienie, sprawdziła mocz. Zapisała sobie żeby zarejestrować mnie na usg w 12 tygodniu bo z komputera w przychodni nie mogła tego zrobić. Powiedziała o szczepionce na grypę, że mi przysługuje za darmo i żebym ją wzięła bo zima tuż tuż. Życzyła wszystkiego dobrego i do kolejnej wyzyty. Po wyjściu z gabinetu zarejestrowałam się na tą szczepionkę na poniedziałek 25 września.
Mąż zarejestrował mnie na sobotę do polskiego ginekologa (prywatnie), bo tabletki mi się kończą. On będzie pracował, więc ja pojadę z dzieckiem. Innego wyjścia ni ma. Dostanie chrupka i będzie siedzieć w wózku ;-)

23 WRZESIEŃ
Szybkie śniadanie, oporządzenie Pyzy i kierunek lekarz. Położna powiedziała, że zajmie się mym dzieckiem podczas mojego badania. Lekarz miły, przeprowadził wywiad i zaczął badanie. Wziął wymaz z szyjki macicy bo kolor mu nie pasował. Powiedział, że może to być infekcja dlatego plamię, ale niekoniecznie. Dla świętego spokoju zrobimy badanie. Wyniki w przyszły czwartek. Czas na usg. Jak tylko zaczął już wiedziałam, że coś jest nie tak :( Długa cisza lekarza też nie wróżyła nic dobrego. Wyrok: „Brak akcji serca, pęcherzyk płodowy się nie rozwinął, jest pusty w środku. Przykro mi bardzo” ;( Gula w gardle, żęby zacisnęłam żeby się nie rozpłakać. Sprawdził jeszcze czy nie ma ciąży pozamacicznej i mogłam się ubrać. Powiedział żebym odstawiła tabletki i dała szansę organizmowi na samoistne oczyszczenie. Za dwa tygodnie wizyta kontrolna, sprawdzi na usg czy wszystko zeszło i w razie czego przepisze tabletki na farmakologiczne oczyszczenie. Mam nadzieję, że nie trzeba będzie. Lekarz powiedział, że czasem tak się zdarza i nikt nie wie dlaczego. Dał mi swóje numery telefonów, polski i angielski, w razie gdybym miała jakieś pytania to mam do niego dzwonić. Na koniec zapytał się czy chciałabym jeszcze coś się jego spytać. Już tylko pokiwałam głową na nie. Zrozumiał i zaprowadził mnie do położnej, która zabawiała moje dziecię. Pyza całkiem nieźle się tam bawiła. Uiściłam opłatę i wyszlyśmy. Po drodze do samochodu zadzwoniłam do męża i opowiedziałam o wizycie. Przykro mu sie zrobiło, ale starał się mnie jeszcze pocieszać. Łzy stanęły mi w oczach, kilka głębokich wdechów by opanować się od płaczu. Zapakowałam Pyzę i wózek do samochodu, porozmawiałam jeszcze chwilkę z mężem i wróciłam do domu.
W domu póki coś robię lub bawię się z córcią to jakoś funkcjonuję, ale jak tylko usiądę i Pyza nie widzi to po ciuchutku sobie chlipię ;( Nie chcę żeby ona widziała jak mama płacze więc staram się ukrywać. Ciężko jest.
Napisałam do siostry. Odpisała, że jest jej przykro i czy ma powiedzieć rodzicom. Napisałam, że tak. Narazie nie chce mi się z nikim rozmawiać.

Jest ciężko, jest pieruńsko ciężko. Łzy same cisną się do oczu ;(

Nowina

W piątek otrzymałam wiadomość od siostry, że zostanę znów ciocią. Cieszę się, ale… No właśnie to ‚ale’ gdzieś we mnie siedzi. Poczułam lekką zazdrość? Cieszę się bo chcieli kolejne dziecko. Powiedzieli nam, że się zaczęli starać jak byliśmy w Polsce i udało im się w pierwszym cyklu! Głupi to ma szczęście! ;-) Termin na połowę sierpnia.

Może to ukłucie zazdrości wynika z tego, iż my musieliśmy starać się o nasze Małe szczęście latami i dopiero in vitro pomogło, a niektórym udaje się to od razu? Nie wiem, nie umiem odpowiedzieć na to pytanie.

W każdym bądź razie cieszę się, że udało im się i nie musieli przechodzić przez to co my i większość z par.

Wcale nie tęskniłam i planowanie

Jest już @. Dzisiaj przyszła. Wcale za nią nie tęskniłam! Prawdę mówiąc (pisząc) to zapomniałam jak to jest ;-) Po roku (pomijam czas po cesarce bo to normalne) czasu znów zaczynami comiesięczne krwawienie. Dziś rano pobolewał mnie troszkę brzuch, a raczej ćmił. Dopiero jak poszłam do toalety to się okazało dlaczego. Chyba muszę sprawić sobie kolejnego potomka ;-)

Niektorzy pukają się w głowę jak usłyszą, że już myślimy o drugim, ale w naszej sytuacji gdy walczyliśmy z niepłodnością to czas się liczy. Stwierdziliśmy, że odczekamy rok i zaczniemy znów się starać. Jak się nie uda naturalnie to wrócimy po nasze mrożaczki :) W końcu czekają tam na mamę :) I zabiorę je ze sobą ;-) Córcia będzie miała rodzeństwo :) Nie wiem czy na dwójce skończymy, czy może trójka dzieci nam pisana? Wiem na pewno, że moich siłaczy tam nie zostawię, zabiorę je wszystkie :) Są moje i już.

A dziś na zakupach żeby pozbyć się tępego bólu brzucha, kupiłam sobie cydra limonkowo-truskawkowego :) Mój ulubiony :) A co, też mi się coś należy po całym dniu ;-)

_20161027_220310

Ostatnia wizyta u położnej

Właśnie wróciliśmy od położnej. To była moja ostatnia wizyta. Młoda jest uparta i nie chce wychodzić więc mam się stawić na wywołanie porodu w poniedziałek. Najpierw muszę rano zadzwonić i dowiedzieć się o której godzinie mam przyjechać. Oprócz tego próbowała zrobić mi masaż szyjki macicy, ale ból był okropny i musieliśmy przerwać. Wiem że to pikuś w porównaniu z bólami porodowymi, ale nigdy nie przepadałam za tego typu badaniami. Zawsze sprawiały mi ból więc i tym razem nie mogło być inaczej. Posłuchaliśmy bicia serduszka :) Bije ładnie, miarowo :) 135 uderzeń na minutę :) Mężu trochę wystaszony siedział po usłyszeniu mojego „ała” ;-) Nawet sam chce jechać na zakupy ;-)

Moje obawy przed wywołaniem to takie, że Młoda może ważyć ok 4kg i będzie ciężko ją urodzić. Ewentualnie mogą zrobić cesarkę, której panicznie się boję. Wszystko okaże się w poniedziałek. O dziwo jestem nadzwyczaj spokojna. Zero nerwów. Siostra bardziej się denerwuje niż ja :) Ona by już chciała żebym rodziła, ale niestety nie ode mnie to zależy. Może moje dziecko potrzebuje więcej czasu żeby dojrzeć ;-) Albo mój piekarnik miał niższą temperaturę niż zakładałam ;-) W każdym bądź razie jest jej tam wygodnie :)

No to teraz trzeba się zebrać i jechać na zakupy, trochę ruchu się przyda ;-)

Dalej czekamy…

Mała jest uparta, nie spieszy jej się z wyjściem, ale co tu się dziwić – ma to po tatusiu ;-) On też urodził się po terminie i to 2 tygodnie! Ja natomiast 4 dni przed :)

Każdy dzwoni i się pyta czy już jesteśmy w trójkę, każdy czeka i się niecierpliwi, nawet moi sąsiedzi nie mogą się Młodej doczekać, a co dopiero rodzina. Siostra i mąż tylko gadają do brzucha żeby już wychodziła, bo jedno nie chce pracować, a drugie chce się nacieszyć przed wylotem :) A dziecięciu w brzuchu wygodnie :)

W czwartek położna powiedziała, że jak sama nie wyjdzie do tego czwartku to ona zrobi mi masaż szyjki macicy i wyśle do szpitala na wywołanie. Nie widzi mi się to zbytnio, ale 4 sierpnia brzmi ładnie na poród ;-) Numer 4 to też moja ulubiona liczba, tak więc fajnie by było gdyby urodziła się tego dnia :) Ponadto zbadała mnie, zmierzyła ciśnienie, które o dziwo było w normie, zmierzyła brzuch i posłuchaliśmy bicia serduszka, bo mężu pojechał ze mną :) Młoda rośnie prawidłowo. Według wykresu będzie ważyć 3,5kg(!). Ciężko będzie ją urodzić, ale jakoś dam radę (chyba).

Siostra chciała nauczyć się szydełkować jak zobaczyła że robię ubranko na kubek. To ją uczę. Ale mam ubaw :-D Rozmawia sama ze sobą, co chwilę jest: „siostra pomusz, jak to zrobić?”. Nie powiem daje radę. Robi sobie bluzeczkę, taką prostą, jednym ściegiem w kółko. Ja zrobiłam jej torebeczkę i dałam zestaw szydełek, siostrzeńcowi robię plecaczek, a i jeszcze mam parę zamówień do zrobienia. Jakoś się uwinę. Mam nadzieję iż zdążę przed porodem ;-)

A oto moje ostatnie robótki :)
received_10206598365262636
Koci kokonik jest dla Młodej :)

collage-1470046330469
Ubranko zrobiłam na zamówienie. Klientka poprosiła jeszcze o jedno w kolorze czerwonym, które zrobię wieczorem. Szybko się je robi więc w godzinę powinnam się uwinąć.

A tak kicia się maskowała :)
_20160801_111118
Teraz chowa się u mnie w sypialni :) Razem z Mruczkiem śpią na naszym łóżku, a jak słyszą siostrzeńca to chowają się pod łóżko :)

No dzidzia mamy już sierpień i możesz wychodzić :) Czekamy na ciebie – mama i tata oraz cała blogowa rodzinka :)

Siostra przyleciala :)

Jej pierwsza reakcja: „A gdzie ty masz brzuch???!!!” :-D No to złapałam się za mojego balonika i mówię jej, że o tu. Na co ona: „Co on taki mały??”. Mnie się wydaje normalny :) I dopiero wtedy się ze mną przywitała :) Od rana molestuje mi brzuch, co chwilę głaszcze, łaskocze i mówi, że ciocia już jest i można wychodzić ;-) Na co Młoda oczywiście się wypina :-D Haha uwielbiam moje dziecko. Każdy ją prosi o wyjście, bo już doczekać się nie mogą, a ona ma te prośby w swojej małej dupce :)
Mój siostrzeniec męczy kota, który syczy i warczy na niego gdy ten się do niego zbliża :) Sonia biedna schowała się do łóżeczka Młodej za dużego misia pluszowego i nie wychodzi ;-) Podejrzewam iż wyjdzie dopiero w nocy jak siostrzeniec pójdzie spać.

Wczoraj wieczorem Młoda była bardzo aktywna. Tata przyłożył ucho do brzucha i został skopany :) Tylko słyszałam: „Ała, auć, to boli, ona tak normalnie?”. Tak to u niej normalne :) Ciebie boli, a co ja mam powiedzieć? Tata stwierdził, że silna z niej dziewczynka :) A jaki później zadowolony był. Tylko nie jestem pewna czy z tego, że został skopany przez własną córkę czy z tego,że ja poczuł :)
_20160727_152701

Jutro wizyta u położnej. Zobaczymy co powie. Mąż jedzie ze mną. Tak na wszelki wypadek jakby mieli mnie do szpitala wysłać. Co prawda będzie 2 dni po terminie, ale nie sądzę by dali mnie na wywołanie. Ewentualnie w przyszłym tygodniu, oczywiście jak do tego czasu nie urodzę.

 

Dalej w dwupaku…

W piątek myśleliśmy że może to już, bo Młoda tak dawała mi się we znaki, że każda pozycja była niewygodna. Co prawda na obiad zrobiłam hot dogi na ostro, dla mnie wersja veggie, ale po nich dziecię poszło spać. Dopiero na wieczór się uaktywniła. Fałszywy alarm.
AirBrush_20160722174851
Brzuch na coś się przydaje ;-)

Na dodatek Mruczek dał łapę za płot. Co ja się za nim nachodziłam i nawołałam to moje. Z nerwów spać nie mogłam. Zostawiliśmy drzwi na ogródek uchylone i okno w łazience na oścież otwarte żeby słyszeć czy łajza przyszła. Przespałam się może z półtorej godziny. Co chwilę schodziłam na dół i go nawoływałam. W końcu po godzinie 4 rano usłyszałam znajomy odgłos. Syn marnotrawny wrócił do domu. Takiego spida dostał jak otworzyłam drzwi, że w ułamku sekundy był w domu. Od Sońki dostał z lapy i od razu na górę do miski pobiegł. Brudny, wyglodniały z rzepami w futrze. Dostał ode mnie 3 klapsy w dupę. Nie powiem ulżyło mi jak już był w domu, ale z tych nerwów to brzuch mnie zaczął boleć. Oczywiście wystraszyłam tym męża, który spał sobie w najlepsze ;-)

W sobotę przez niewyspanie się źle czułam. Sprzątanie domu graniczyło z cudem. Ogarnęłam tylko salon i to też na 3 razy, bo mi się co chwilę słabo robiło. Do posprzatania łazienki nie wiem ile razy się zabierałam i tak jej nie sprzątnełam. Mąż kazał mi się położyć w sypialni i zdrzemnąć, to poszłam. On w międzyczasie posprzatał resztę domu, umył okna, skosił trawę, odkurzył i umył podłogi. Taki dobry z niego mąż :) Pod wieczór zrobiliśmy sobie grilla. Nawet napiłam się Radlerka bezalkoholowego :) Mruczasty odsypiał nocną eskapadę, a Sonia leżała pod moim krzesłem i mnie pilnowała :)
_20160725_150603
Niestety nie dałam rady iść na spacerek wieczorem, regenerowałam siły po nieprzespanej nocy. A Mruczek ma szlaban na wychodzenie na ogród sam przez 2 tygodnie więc większość czasu śpi u siebie w łóżeczku lub siedzi na parapecie w łazience i obserwuje świat z góry ;-)

W niedzielę pojechaliśmy do paru sklepów pooddawać rzeczy, których nie użyliśmy przy budowie ganku i dokupić butlę na deszczówkę. A po południu podjechaliśmy nad jeziorko się przejść :) Spacerek wokół jeziora był prawie pół godzinny, a i tak nie przeszliśmy całego tylko pół. Lubię tam chodzić, są ładne widoki i ptaki można karmić. Jest ich tam od groma: łabędzie, kaczuchy, gąski i wiele innych. Na pewno nie są głodne bo co rusz ktoś im rzuca chleb, ale mi ich zawsze szkoda bo łapią te jedzenie w locie, jakby od dawna nic nie jadły.
IMG_20160725_135318
Na spacerki z wózkiem będę tam chodzić. Kilometrów nabiję a i zrzucę pociążowe kilogramy :-D

Wczoraj mężu wyciągnął mi piłkę (natural birth & fitness ball) do skakania. Jest ona dobra podczas porodu. Odciąża plecy co mogę potwierdzić. Wczoraj skakałam na niej z dobre pół godziny. Mam nadzieję iż przyspieszy to wyjście Młodej na ten świat. Spacerki nie pomagają, ostre żarełko też, to może piłka pomoże :)

Pierwszy post z telefonu ;-)

Jestem bez laptopa. Od dawna miałam problem z przyciskami na nim, ale ostatnimi czasy to już nic nie dało rady wciskać. Skontaktowaliśmy się z firmą od której go kupiliśmy, niestety to był ostatni model i już więcej go nie produkują, więc oddadzą nam pieniądze :) Wysłali nam na maila naklejkę zwrotną, czyli za przesyłkę kurierską nic nie płacimy :) Dołożymy £100 i będę miała najnowszy model laptopo-tableta :-D Tak się robi interesy ;-) Teraz muszę nauczyć się obsługiwać bloga z telefonu. To mój pierwszy post :) Jakoś sobie radzę. Poza tym jak Młoda wyjdzie to trzeba będzie jakoś tą nowinę obwieścić ;-)

Jeszcze muszę się nauczyć jak wrzucić linka że zdjęciem z instagrama, ale małymi kroczkami i metodą prób i błędów jakoś do tego dojdę. Mam taką nadzieję.

Młodej jakoś się nie spieszy z wyjściem ;-) Mężu prosi, całuje brzuch, głaszcze, a ona nic. Wypnie się od czasu do czasu i tyle :) On by chciał żeby córka była spod znaku raka, tak jak on (chyba bym zwariowala z dwoma rakami w domu). Młoda chyba wyczuwa, że mama jest kociarą i będzie spod znaku lwa :-D Będę miała skorupiaka i kolejnego futrzaka w domu ;-) Rak ♋ , lew ♌ no i ja panna ♍ :) Będzie wesoło, oj będzie ;-)

Zostało 4 dni do terminu. Zobaczymy Mała kiedy zechcesz zrobić brexit ;-) Mama i tata czekają na ciebie :)

Rozpływam się i koty też

Od prawie tygodnia temperaturę mamy ok. 30 stopniową. Nie to żebym narzekała, ale ten gorąc mi po prostu nie sprzyja. Mężu zniósł wentylator do salonu i wiatrak na suficie jest cały czas włączony, a ja i futra się roztapiamy. Jedyne co mi dobrze wychodzi to picie zimnej wody i wcinanie lodów ażeby się choć odrobinę schłodzić. Kocur co chwila ciągnie mnie do łazienki co by mu futro zimną wodą zmoczyć, wtedy kładzie się koło wentylatora i jest mu chłodniej. Ja biorę chłodny prysznic parę razy dziennie. Normalnie mamy tropiki ;-)

Wcale się nie dziwię, że moje dziecko nie chce wychodzić. W brzuchu temeratura ta sama i jest jej tam dobrze. Jeść dostnie, pić też, nie jest ani za gorąco ani za zimno, hotel 5 gwiadkowy jak nic ;-)

Dziś w nocy pootwieraliśmy okna w sypialni na ościerz, w łazience też co by zrobić mały przewiew a tu nawet firanka nie drgnęła. Wiatrak chodził na najmniejszych obrotach, ale dawał wiaterek i można było jakoś spać. Wzięłam przykład z męża i spałam w samych majtkach :) A co. Kocem przykryłam tylko piersi i brzuch. Inaczej bym się ugotowała. Nad ranem najchłodniej było w łazience. Myślałam żeby położyć się w wannie i spać, ale pewnie mężu dostałby zawału serca jakby mnie nie zobaczył w łóżku ;-) więc wróciłam do sypialni. U Młodej w pokoju nawet przy zasłoniętych zasłonach, z uchylonym oknem i wiatrakiem włączonym temperatura  nie spada poniżej 28 stopni. Trzeba coś wymyślić żeby zbić ją bo inaczej jak Młoda zechce w końcu wyjść to mi się tam ugotuje na twardo.

Dziś rano jak mężu wstał do pracy, odkrył brzuch, pocałował i słyszę jak mówił szeptem parę razy: „wychodź już, wychodź już, wychodź juz” :-D Po czym znów pocałował, a co Młoda zrobiła? No jak to co, oczywiście wypięła się na tatę ;-)

Sprawdziłam pogodę do niedzieli. Dalej ma być tak upalnie. Chyba kupię basenik i będę wylegiwać się w ciągu dnia na ogrodzie, w cieniu co by było troszkę chłodniej.