Przerażenie

W niedzielę dziecię me zafundowało mi chwilę grozy.

Dzień jak codzień. Pobudka rano, zabawa w łóżeczu, przebieranie pampersiaka, butla, zabawa, butla, spacerek, drzemka,butla, zabawa, kąpiel i w tym momencie cała reszta naszej wieczornej rutyny wyszła przez okno. Już podczas kąpieli zauważyłam, że trzęsą się jej nózki i mają trochę inny kolor. Zawołałam męża by pomógł mi ją wyciągnąć z wody. Zaniosłam do jej pokoju, posadziłam na przewijak i się zaczęło. Mała w płacz, trżęsła się jak galaretka, nie mogła ruszyć rączkami i cała posiniała. :cry:  Mąż powiedział, że pewnie  jej zimno. To dawaj, szybko ją wytarłam, ubrałam podczas gdy ona cały czas płakała. Już wiedziałam, że coś z nią nie tak. Była cała sina, zimna i się trzęsła. Nie mogła złapać smoczka ani butelki. Zjadła niewiele mleka. Mi z tego wszystkiego aż słabo się zrobiło. Szybko zakończyłam rozmowę z mamą. Poprosiłam męża by ubrał ją w śpiworek bo z tego wszystkiego ręce zaczęły mi się trząść. Ja, osoba z reguły spokojna i z głową na karku, spanikowałam. :cry:  Gdy mąż zauważył, że małej nie przechodzi to sam sie wystraszył. Powiedział że nie wie na który numer ma dzwonić.

Stwierdziłam, że nie ma sensu nigdzie dzwonić tylko jedziemy z nią do szpitala. Opatuliłam ją w koc, zabrałam do torebki jej książeczkę zdrowia, butlę z mlekiem, pampersy i smoczka. Ja siedziałam z tyłu trzymając ją na kolanach, a mąż prowadził. Gnał do szpitala 80 mil, w mgnieniu oka się tam znaleźliśmy. Wysadził mnie pod recepcją, a sam poszedł zaparkować auto. W recepcji powiedziałam szybko o cco chodzi i pielęgniarka zaprowadziła mnie na oddział dziecięcy. Zapytała się tylko czy jestem sama czy z kimś. Odpowiedziałam, że z mężem, ale on parkuje samochód. Powiedziała żebym się nie martwiła, że go tu przyprowadzi. Po chwili mężu się zjawił. W momencie kiedy on przyszedł to pielęgniarka poprosiła nas do gabinetu. Wypytała co się stało, zadawała pytania, poprosiła by Małą wyciągnąć z tego koca i śpiworka. Zmierzyła jej tętno i gorączkę. Miała prawie 40 stopni! :-(  Poprosiła by usiąść w poczekalni, a ona przyniesie coś na zbicie gorączki. Po chwili przyszła ze strzykawką i doustnie podała Pyzie paracetamol. A me dziecię jak tylko zobaczyło strzykawkę to od razu buzię otworzyła ;-) Pielęgniarka była pod wrażeniem. Musieliśmy poczekać na swoją kolej, a przed nami były 4 osoby. Dziecko me śpiące, marudne, z gorączką nosiliśmy na zmianę na rękach. Dopiero około godziny 23:00 udało jej się usnąć. Usnęła u mnie na kolanach. Pospała może z 15 minut gdy zostaliśmy wezwani znów do gabinetu na zmierzenie ciśnienia i gorączki. Na szczęście wszystko było już w normie. Ledwo wrociliśmy na miejsce w poczekalni, a doktor nas zawołał. Też przeprowadził ze mną wywiad środowiskowy, po czym zaczął badać Pyzę. Powygłupiał się z nią w międzyczasie ją badając. Przy sprawdzaniu uszu i gardła poprosił o pomoc w przytrzymaniu jej. Badanie gardła nie przypadło córci mej do gustu co musiała pokazać swoim płaczem. Doktór na pocieszenie po badaniu namalował buźkę na patyczku lekarskim i wręczył Pyzie do rączki.

Po przebadaniu Pyzy doktor powiedział, że Mała z medycznego punktu widzenia jest zdrowa. Wytłumaczył to tak: wzrost temperatury w tak krótkim czasie od normalnej 36,4 do prawie 40 stopni powoduje utratę przytomności nawet u dorosłego człowieka, a u Pyzy jej mały organizm się bronił i jej małe żyłki nie potrafiły tak szybko pracować. Powiedział, że u niej było o tyle dobrze iż nie straciła przytomności. Poradził dać od razu paracetamol gdy tylko zauważymy, że Mała zaczyna się znów trząść bo to jest oznaka szybkiego wzrostu temperatury. Dostaliśmy ulotkę co robić w razie utraty przytomności i konwulsji u dziecka. Pożegnał nas słowiami: „Mam nadzieję, że juz nigdy nie bedziecie musieli z dzieckiem przyjeżdzać do szpitala, a Ty kruszynko nie przyprawiaj rodziców o zawał serca” :)

Wróciliśmy do domu po północy. Przebrałam Pyzie pampersiaka, dałam mleko i po chwili już sobie smacznie spała. Przed 5 rano przebudziła sie z płaczem. Wzięłam ją na ręce i od razu poczułam, że trzęsie się jak galaretka. Obudziłam męża by dał jej paracetamol, położyłam między nas. Mąż trzymał ją za rączkę, a ja przytuliłam ją do siebie i po chwili już spała. Po około 2 godzinach odniosłam ją do łóżeczka, bo zaczęła robić wędrówki ludów. Wstała dopiero po 11:00. Przyszykowałam ją do niani, siebie do pracy i pojechałyśmy. Poinstruowałam Kelly co ma robić gdyby zaszła taka sytuacja jak w nocy i jak coś by dzwoniła do męża.

Wczoraj w nocy budziła sie z płaczem co godzinę i wolała „mama”, a dziś zobaczyłam w jej paszczy, że lewa górna jedynka próbuje się przebić. Mam dość  ząbkowania. Nie dość, że Pyza jest wymęczona to i ja też.

Mam nadzieję, że już wiecej takich „atrakcji” nie będzie nam fundować.

Już za miesiąc

Nie mogę uwierzyć, że został mniej niż miesiąc do pierwszych urodzin mojej córci. Mam tyle pomysłów co do prezentów i przyjęcia urodzinowego, że aż się martwię czy wszystko uda się zrealizować.

Urodzinki jej wypadają w niedzielę i tego samego dnia mam firmowego grilla, na którego zostaliśmy zaproszeni wraz z rodziną. Więc rano będzie torcik i prezenty, a po południu wyjście :) Będą tam atrakcje dla dzieci żeby mogły się wyszaleć. Zobaczymy co będzie dla takich maluchów jak moje dziecko.

Jej przyjęcie urodzinowe przenieśliśmy na ostatni weekend sierpnia, gdyż nasi znajomi wrócą już z wakacji. Trzecie przyjęcie na roczek będzie miała w Polsce z początkiem września :) Takiej to dobrze :)

Z mężem nie możemy się dogadać w kwestii prezentu. Ja chciałabym zarezerwować Smash cake session, on uważa że to bez sensu dla takiego małego dziecka i strata kasy. Moim zdaniem Pyza miałaby frajdę z zabawy tortem i my również bo można się ubrudzić ciachem :) Jego pierwszym pomysłem był samochodzik elektryczny sterowany padem, ale po ostatnim weekendzie stwierdził, że osiatkowana trampolina będzie lepsza bo dziecko można tam włożyć, dać zabawki i niech se tam siedzi ;-) Tylko taka trampolina zajęłaby u nas pół ogrodu! Ciekawa jestem co jeszcze wymyśli ten mój mąż? Ma jeszcze trochę czasu by zmienić zdanie co najmniej 5 razy ;-) A mówią, że to kobiety są niezdecydowane :-D

Znów ząbkowanie

W piątek, gdy wychodziłam z pracy, dostałam wiadomość od męża, że mała ma gorączkę. Powiedziałam mu żeby dał jej Paracetamol i że już wracam do domu. Jak przyjechałam to bidulka siedziała u taty swego na kolanach. Taka smutna z „maślanymi” oczkami. Nawet jej uśmiech, gdy mnie zobaczyła, był delikatny. Wzięłam ją na ręce to się przykleiła jak małpka. O godzinie 19:00 zaczęła się słaniać do spania. Przetrzymałam ją jeszcze z pół godziny, zrobiłam kąpiel, dostała butlę i poszła od razu spać. Przed godziną 21:00 byliśmy już bez dziecka. W nocy przebudzała się dość często. Gorączka dokuczała. Dostała paracetamol i żel na dziąsła w odstępach czasowych, żeby nie wszystko na raz. Biedna się nie wyspała :( Ja zresztą też nie, ale nie narzekam. Mężu zrobił kawkę i jakoś funkcjonowałam. W sobotę gorączka nie chciała zejść poniżej 38 stopni. Mała nie była sobą. Trochę marudna, jeść zbytnio nie chciała, tylko mleko piła co jakiś czas. Zabawki tez średnio ją interesowały. Nawet ulubiona bajka nie przykuła jej uwagi. Siedziała prawie cały czas u mnie na kolanach. Nawet posprzatać nie miałam jak więc zrzuciłam obowiązki domowe na męża :) Podczas, gdy on sprzątał dziecię nasze ucięło sobie półgodzinną drzemkę na mamusi. Po przebudzeniu troszkę się pobawiła, dostała paracetamol i znów do mnie na ręce wróciła. W odstępie mniej więcej godziny znów sen ją zmógł. Tym razem spała ponad 2 i pół godziny! Normalnie szok  :-o Po przebudzeniu zmierzyłam jej gorączkę. Znów poszła w góre :( Tym razem dałam jej żel na dziąsła. Po nim nawet się pobawiła i pogadała :)

W międzyczasie tata dostał wychodne z kolegami na piwo ;-) Powiedział że wróci przed 22:00. Ta, jasne. Musiałabym ich nie znać. Męskie wyjścia szybko się nie kończą ;-)

My zostałyśmy same. Pobawiłyśmy się, obejrzałyśmy bajkę, o 20:00 wykąpałam ją, dałam mleko i było po Pyzie. Niestety z gorączką miała niespokojny sen. Co chwila sie przebudzała. Żeby wziąść prysznic zabrałam ze sobą do łazienki kamerkę co by mieć ją na oku. Jeszcze nigdy nie miałam tak szybkiego prysznica. Z zegarkiem na reku – 3 minuty :) Mój rekord ;-) Po prysznicu stwierdziłam, że nie ma co siedzieć na dole samemu więc powyłączałam wszystko, zamknęłam drzwi, nakarmiłam futra i poszłam na górę do sypialni się położyć. Włączyłam sobie telewizor i przeglądałam stronki na telefonie. Po północy musiałam dać dziecku żel na dziąsła, a po 1 w nocy wylądowała u nas w lóżku. Tak mi jej szkoda było, strasznie się męczyła. Było widać, że chce spać, ale nie mogła znaleść sobie miejsca i kręciła sie po łóżku. Mężu zrobił jej mleko. Napiła się trochę i przysnęła. Około 3 nad ranem obudziła się z płaczem. Zmierzyłam jej gorączkę. Miała prawie 40 stopni! Dostała paracetamol, przytuliła się do taty i troszkę się uspokoiła. Była strasznie rozgrzana, aż parzyła :( Mąż chciał dać jej kolejną dawkę paracetamolu, ale mu zabroniłam. Zeszłam do kuchni, zrobiłam herbatę i dałam jej się napić. Dossała się do butli i na raz wypiła prawie 100 ml. Pić jej się chciało od tej gorączki. Ściągnęłam jej pajacyka do spania, zostawiając w samym bodziaku i dopiero jak to zrobiłam to udało jej się usnąć. Co prawda wędrowała po nas, ale spała. Raz miała głowę na mężu, a nogi na mnie, następnie jej głowa była przy moim brzuchu, a nogi przy twarzy męża ;-) Nocka dla mnie była praktycznie nie przespana. Czuwałam nad nią by w razie czego zapakować ją w samochód i jechałabym do szpitala gdyby naszła taka potrzeba. Na szczeście obyło się bez nocnej jazdy.

W niedzielę było ciut lepiej. Więcej się bawiła. Poszliśmy nawet na spacer :) Przespała się w wózku i zjadła 2 chrupki kukurydziane, przetarte owoce i jogurciki :) Gorączka spadła, ale nadal utrzymywała się w granicach 38 stopni. Zastanawiałam się czy dać ją w poniedziałek do niani, ale zapakowałam paracetamol i żel na dziąsła do jej torby. Niania wie jak radzić sobie z ząbkującymi dziećmi. Ma doświadczenie. W poniedziałek u niani pobawiła się trochę z dziećmi, a później pospała prawie 2 godziny. Była grzeczna choć bez apetytu. We wtorek było podobnie. Z tym, że spała ponad 2 i pół godziny i Kelly musiała ją obudzić, bo mąż po nią przyjechał.

Z wtorku na środę przespała całą nockę :) Raz do niej wstałam by dać smoczka, to chyba było po 2 nad ranem. Około 9 rano znów szukała smoka, dałam jej go i dalej spała. Obudziła się o 10:40 :) Słyszałam jak rozmawia w swoim własnym języku, ale nie wchodziłam do niej do pokoju. W tym czasie przyszykowałam się do pracy :) Jak usłyszałam, że zaczyna coś kwilić, to weszłam, a ona obdarowała mnie swoim uśmiechem :) Jeszcze zaspana, ale uwielbiam ją taką z rana :) Oporządziłam ją, nakarmiłam i zeszłyśmy na dół do salonu. Miała czas na zabawę, a ja żeby zjeść śniadanie :) Po 12:00 spakowałam jej torbę, ubrałam i zawiozłam do niani, a sama pojechalłam do pracy.

Dziś było podobnie. Przespała całą noc i obudziła się o 10:00. Chyba odsypia te 3 nieprzespane nocki. Nadal nie ma zbytnio apetytu, ale ważne że mleko je no i od czasu do czasu coś innego skonsumuje.

P.S. Mąż zlądował do domu przed 1 w nocy ;-)

Mamy tropiki

Mentalność Anglików jest taka, że lubią sobie pomarudzić. Jak jest gorąco to narzekają, że się rozpływają. Jak jest chłodno/zimno to znów że przydałoby się więcej słońca. No nie dogodzisz. Ja tam się cieszę z takiej pogody. Lubię jak jest ciepło i słonecznie :)

Wczoraj w nocy u Pyzy w pokoju (przy otwartym oknie cały dzień)  było 28 stopni! Spała tylko w bodziaku na krótki rękaw. Przykryłam jej nóżki kocykiem z dziurkami, ale go skopała. Okno miała otworzone przez calusieńka noc, a temperatura rano spadła tylko o 1 stopień. Dziś do pokoju wstawię jej wiatrak.

Mężu u nas w sypialni otworzył okna na oścież bo też było gorąco, a ja i tak spałam pod kołdrą :) Nie usnę inaczej. No dobra usnę, ale bym się męczyła, a po co? On spał pod kocem, tzn. nerki miał tylko przykryte bo inaczej dziś by narzekał że go bolą.

A me kocie korzystając z okazji, że okno otwarte to polazł na łajzy. Musiał wyskoczyć jak spaliśmy, bo jak wstałam ok. 3 nad ranem by dać smoka mej latorośli to już go nie było na górze. Od nas z sypialni (od ulicy strony) zeskakuje na dach ganku, później na murowany płot i chyc już jest na ziemi. Na szczęście nic mu się nie stało. Wrócił do domu od strony ogrodu. Za ogrodem jest plac, coś na styl łąki więc jest bezpiecznie. Rano mąż otworzył mu drzwi. Dzisiejszej nocy okna będą odszczelnione i włączymy wiatrak żeby łajza została w domu.

Taka pogoda ma się utrzymać jeszcze przez kolejny tydzień, a później się okaże czy będzie dalej słońce czy lato się skończy ;-) Narazie cieszę się słoneczkiem :)

Wizyta teściów

W sobotę mąż pojechał odebrać swoich rodziców z lotniska. Zostają na 10 dni, później razem lecimy do Polski, gdyż 10 czerwca mój chrześniak ma komunię.

Mężu kupił bilety z miesiąc temu. Namarudzili się co niemiara, głównie teściu, ale w końcu przylecieli. Babcia wygłupia się z wnuczką, rozśmiesza, opowiada historyjki, bawi, przewija, a dziadek tylko siedzi i mówi/wydaje polecenia co kto ma robić, ogląda telewizję (swoje seriale – a spróbuj przełączyć to zaraz się obraża) i marudzi, bo dzień bez marudzenia to dzień stracony. Każdy powód jest dobry by pomarudzić, a to że obiad jeszcze nie gotowy, a to że koty są i futro lata (szczerze to nie wiem gdzie on to futro widzi, bo zamiata się codziennie i według mnie jest czysto), jak długo ma czekać na kawę i śniadanie, a tak w ogóle to dlaczego nie czytamy w jego myślach, bo byłoby prościej! Mój teść ma bardzo ciężki charakter, wszystko musi być tak jak on chce i każdy ma jego słuchać, ale niestety my się nie dajemy i wychodzą spięcia. Teściowa zawsze łagodzi sytuację, bo można oszaleć. Jakoś to przetrzymamy.

Co do komunii, to z mężem nie możemy się dogadać ile należy włożyć do koperty. Trzy lata temu mój pierwszy chrześniak (syn siostry) miał komunię i dałam mu £100, chciałam dać więcej, ale mąż powiedział że tyle wystarczy. Teraz drugi chrześniak (bratanek męża) będzie mieć komunię i mąż chce mu dać £200 na co ja się nie zgadzam. Powiedziałam mu, ja nie faworyzuję dzieci. Jeden dostał stówę to i drugi tyle dostanie. Na co mąż odpowiedział, że jestem chrzestną i powinnam dać więcej bo wyjdę na sknerę. Aż się we mnie zagotowało!  :evil: Dlaczego tak nie mówił 3 lata temu? Wyperswaduję mu to z głowy. Dzieci traktujemy tak samo, a to co ktoś o mnie myśli, to za przeproszeniem, koło dupy mi lata!

Mały buntownik

Coraz częściej nas testuje. Nauczyła się piszczeć (u niani) i teraz jak coś się jej nie spodoba to zaraz jest pisk, albo jak się bawi to przy tym piszczy aż uszy bolą. Najczęściej jednak piszczy gdy się jej czegoś zabroni bądź jak coś idzie nie po jej myśli. Od około tygodnia codziennie mam wymuszony płacz i pisk po kąpieli. Uwielbia się kąpać, ale wycierać i ubierać to już niekoniecznie. Także po takim rytuale głowa mi pęka! Moja mama mówi żebym ją przytuliła to się uspokoi, a guzik prawda. Próbowałam i nic. Ja to pozwalam jej się wypiszczeć i wypłakać, taką ze mnie wredna matka. ;-)

Wymuszanie czegoś płaczem lub piskiem nigdy nie robiło i nie robi na mnie wrażenia ku zdziwieniu mojej córki ;-) Moi siostrzeńcy oraz męża bratanica i bratanek też też się nauczyli, że nic takim zachowaniem nie wskuraja :-D Za to jak coś powiem to od razu jest to zrobione :) Jeszcze tylko moje musi się tego nauczyć.

Powoli zaczyna kumać, że nie ze mną te numery, ale męża testuje na maxa :) A tata tylko mówi: „Pyza nie piszcz; Pyza przestań bo głowa boli; Pyza masz i bądź już cicho” ;-) Albo żeby mieć chwilę ciszy to bierze ją na ręce, robi samolot, przewraca do góry nogami – ta ma zacieszkę, a matka zawał serca! Po takich charcach i tak Pyza przychodzi do mnie się potulać :)

Ciekawe jak długo będzie jeszcze wypróbowywać swoje sztuczki? Chyba zainwestuję w stopery do uszu, albo ogłuchnę ;-)

To nie moje dziecko

Dawno mnie tu nie było, ale to dlatego że nie mam czasu. On już nie pędzi, on gna! Wstaję rano i nim się obejrzę już kładę się spać. I tak w kółko. Zdecydowanie powrót do pracy ukradł trochę mojego czasu. Mniej szydełkuję, czasu dla siebie mam o tyle o ile biorę prysznic lub korzystam z toalety ;-) A tak to siedzę z Pyzą i się bawimy. Znaczy o ile ona usiedzi w miejscu dłużej niż minutę ;-) W domu mam mini formułę 1. Zasuwa na czterech jak torpeda. Koty uciekają lub siadają na wysokościach żeby przypadkiem ich nie dotknęła ;-) Ma coraz więcej siły. Zaczyna się podnosić. Śmiesznie to wygląda ja próbuje stanąć na dwóch nogach, ale jeszcze się nie udaje bo tyłek z pampersem przyciężki hihi. Jak ją przytrzymam to ładnie stoi na nóżkach i chce stawiać kroki :)

Teraz coraz częściej jest „mama” wypowiadane :) Mama lekiem na całe zło. Gdy jej smutno, gdy jej źle to do mamy tula się :) Ale mi się zrymowało ;-) A że od zeszłej środy coś jej dolega to cały czas przy/na mnie jest. Z początku to były wzdęcia, mąż kupił Infacol i jej ulżyło. Puszczała gazy, brzuszek znów miękki się zrobił, ładnie się w dzień bawiła, ale w nocy znów budziła się z płaczem. Czasem ani ja, ani mąż nie mogliśmy jej uspokoić. Trzeba zapalić światło i ją posadzić, wtedy otwiera oczy i sama się uspokaja, ale jednocześnie rozbudza. Nie wiem co jej się stało. Przecież ładnie przesypiała nocki, albo obudziła się na pogaduchy z maskotkami i dalej szła spać. A teraz coś się jej poprzestawiało. Budzi się z płaczem, albo krzyczy/piszczy przez sen. Przez co ląduje u nas w łóżku. Inaczej moglibyśmy zapomnieć co to sen, a tak to chociaż parę godzin się prześpimy. Normalnie dziecko mi podmienili. Moje dziecko było pogodną, roześmianą, przesypiającą nocki dziewczynką. Teraz mam rozwrzeszczaną, smutną, ponurą kopię mojego dziecka. Już wczoraj do niej mówiłam by zwróciła mi moją córeczkę bo się za nią stęskniłam, ale się nie posłuchała. Naprawdę nie wiem co jej może dolegać :( Chciałabym jej pomóc, ale nie wiem jak :( Byliśmy nawet dzis u lekarza, który zbadał ją, osłuchał, sprawdził uszy, wymasował brzuszek i powiedział, że mam ładne i zdrowe dziecko. Cieszę się, że chociaż ze strony medycznej jest z nia wszystko wporządku. Powiedział żeby ją obserwować i jak coś to znów przyjść. Także musimy się przemęczyć, i my i Pyza :( Może jest to skok rozwojowy, może zęby. Cokolwiek to jest to trzeba to przeczekać. Mam tylko nadzieję iż szybko to jej minie i odzyskam swoją roześmianą Pyzuchę, bo serce się kraje jak ona tak płacze, a ja jestem bezsilna  :cry:

Tydzień z dziadkami i ich mały trening przez wnuczkę

Pyza owineła sobie dziadków wokół najmniejszego paluszka u stopy ;-) Ledwo nim poruszy, a oni już są przy niej lub na jej skinienie (jak kto woli).

Zaczęło się w sobotę jak przylecieli. Najpierw powoli i nieśmiało przekraczała granice i patrzyła na ile może sobie pozwolić. Później coraz odważniej stawiała na swoim :) A dziadki wniebowzięci i zakochani we wnuczce pozwalają na wszystko. Podejrzewam że nawet morderstwo uszło by jej płazem! Wystarczy że popatrzy się na nich swoimi dużymi niebieskimi oczkami, uśmiechnie się pokazując 2 białe ząbki i już ich ma w sidłach :) Muszę przyznać, że cwane to moje dziecko.

W niedzielę pojechaliśmy do ZOO. Pogoda była idealna więc szkoda było siedzieć w domu. Raz babcia, raz dziadzio prowadzili wózek z Pyzą,  a jak miała dość siedzenia to brali ją na ręce i tak sobie spacerowali. Prawie cały dzień tam spędziliśmy. Dziecko 2 razy sobie usnęło na świeżym powietrzu, a po powrocie do domu mąż zrobił grilla :) Na trawie rozłożyłam koc, dałam zabawki i córcia się bawiła. Po całym dniu spędzonym na powietrzu, szybko mi padła i spała całą noc :-D

W poniedziałek i wtorek poszła na 4 godziny do niani, więc rodzice mogli trochę odetchnąć i pospacerować po okolicy w tym czasie. Połazili trochę po centrum, sklepach, ryneczku. Poszli do polskiego sklepu bo tatko zapomniał powiedzieć by kupić kiełbasę. Kupili my szynkę, ale jak on nie weźmie pajdy chleba i kiełbachy w łapy wieczorem to tak jakby nic nie jadł i dzień jest nie zaliczony ;-) Po czym wrócili do domu,  mamcia ugotowała obiad. W międzyczasie mąż przywiózł Pyzę i mogli się nią zajmować. Resztę tygodnia Pyza spędziła z dziadkami. Chodzili na spacerki, bawili się. Dziecko me pokazywało dziadkom co lubi, a czego nie. Trenowała ich w zakresie zabawy, jedzenia i drzemki. Napęd 4×4 działa bez zastrzeżeń ;-) Dziecko trzyma dziadków w ciągłym ruchu lub się wymieniają gdy chcą odpocząć. Ja ją dostaję tylko by położyć spać. Babcia raz próbowała, ale Pyza myślała że to zabawa i chyba godzinę babcię trzymała u siebie w pokoju zanim usnęła  :lol:

Święta minęły nam bardzo szybko. Mąż z tatkiem i Pyzą poszli święcić jedzonko, a my z mamuśką pichciłyśmy w kuchni. Dużo żarełka nie robiłyśmy, bo później szkoda by było wyrzucić. To i tak tylko dla 4 osób. Także troszkę sałatki, krokietów z serem i pieczarkami (i szynką dla mięsożerców), kilka gołąbków no i oczywiście jajca, bo to święta jajeczne jak to mamuśka mówi. W niedzielę poszliśmy do kościoła, spacerkiem przez lasek to około 25 minut. Pyza przespała całą drogę i mszę. Pod koniec mszy deszcz zaczął padać więc ewakuowaliśmy się do domu. W wózku córcia się wyspała to w domu dokazywała :) Szalała z dziadkami na podłodze wśród zabawek :) Padła nam w miarę szybko. Około 20:00 babcia ją wykapała, dostała kaszę, chwilkę się jeszcze pobawiła i trzeba było ją eksmitować do jej pokoju. Dostała butlę ciepłego mleka i po dziecku. A my siedzieliśmy do prawie 2 w nocy, sączyliśmy drinki i oglądaliśmy kabarety. Mojego męża ulubiony kabaret to pieczenie ciasta z Cezarym Pazurą. Sprawdza on jakość whiskey ;-) Było wesoło.

W poniedziałek poszliśmy na półtoragodzinny spacer z Pyzą i rodzicami. Wzieliśmy ich do parczku i nad kanałek gdzie pływają barki, po drodze nakarmiłam kaczuchy :) Pyzolina spała więc przegapiła karmienie. Rodzicom się tu podoba. W naszym miasteczku mamy bardzo dużo zieleni. Oni lubią z wnuczką chodzić do Campbell Parku niedaleko nas. Chyba 10-15 minut spacerkiem. Widoki z tamtąd piękne. Zwłaszcza jak wejdzie się na górkę to panorama miasta i pobliskich wiosek jest rewelacyjna. Też lubię tam spacerować. Jak Pyza opanuje chodzenie w pionie to będzie tam miała pole do popisu ;-)

Wczoraj daliśmy ją do niani. Jak tylko zobaczyła Kelly to posłała jej szczery uśmiech. Nawet „papa” mi nie zrobiła bo chciała iść do koleżanek bawić się ;-) Po powrocie do domu rodzice wzięli ją na spacer żeby się zdrzemnęła gdyż u niani nie spała, tak była zafascynowana zabawą. Jak wróciłam z pracy to córcia została pod opieką taty, a ja z rodzicami pojechałam do sklepu. Kupiłam Pyzie śliniaki, prześcieradła do łóżeczka i kocyk z izolacją od spodu co by w tyłek było ciepło. Śliniaków to ona ma pełno, od i ciut ciut, ale że ślini się okropnie to co chwilę muszę jej zmieniać, a pranie jej rzeczy to puszczam co najmniej 3 razy w tygodniu. Jako odkurzacz to córa jest rewelacyjna, czyści podłogę i wszystkie kąty ;-) Za to pralka pracuje na najwyższych obrotach. Mama kupiła sobie chusteczki do demakijażu z L’Oréala, 2 paczki za £3.99. Patrzyła się też na kremy do twarzy w jakiej są cenie (tak na przyszłość). Po zakupach pojechaliśmy jeszcze odebrać bransoletkę Pandory :) Zaszalałam i kupiłam sobie,  a co mnie też się coś należy :-D £20 za oryginalną bransoletkę to niedużo, a jest delikatna i pasuje do wszystkiego :) Mężowi nie powiedziałam, choć też jej nie schowałam. Postawiłam na widoku i nawet jej nie zauważył!  A to ja niby ta ślepa jestem, bo mam okulary. To jak nie zauważył, to ja mówić nie będę :) Pyza wczoraj szalała z babcią do prawie 11 w nocy! Wymęczyła totalnie. Jak zobaczyłam, że z Pyzy robi się pijany zając to dziadzio przebrał pampersa, a ja w międzyczasie włączyłam inhalację u niej w pokoju i zrobiłam mleko. Przed podaniem mlesia odciągneliśmy wraz z mężem jej noska, bo miała zatkanego. Dostała butlę i po chwili już spała :)

Dziś dzień spędziła z dziadkami. Niech się jeszcze nią nacieszą gdyż w niedzielę mają lot powrotny do domu. Będziemy tęsknić.

Odwiedziny dziadków

Nie wiem czy wspominałam o tym, a jak nie to się powtórzę :) Z siostrą złożyłyśmy się i zamówiłyśmy bilety lotnicze dla naszych rodziców żeby odwiedzili wnuczkę :) Widzieli ją w grudniu jak miała 4 miesiące. Gdybyśmy tego Noe zrobiły to zobaczyliby ją dopiero w czerwcu,  jak przylecimy do Polski na komunię mojego chrześniaka, a tak to nie mieli wyjścia i musieli przylecieć :-D W sobotę mąż po nich pojechał na lotnisko. Zostają na 2 tygodnie. Będą mogli nacieszyć się wnuczką aż będą mieli jej dość ;-) Pyza wymęczy ich do granic możliwości, haha

W zeszły czwartek dziecię me skończyło 8 miesięcy i zaczęła raczkować :) Tak nieśmiało to 2 dni wcześniej stawiała pierwsze kroki na czterech. Oczywiście mąż tego nie zauważył, a ja mu nic nie powiedziałam. Chciałam zobaczyć kiedy się zorientuje, ale że to facet to zajęło mu to aż 2 dni ;-) W środę wieczorem mówi do mnie żebym zobaczyła jak Pyza załącza napęd 4 x 4, odpowiedziałam mu, że refleks to on ma trochę opóźniony bo ona uaktywniła go już 2 dni temu ;-) Do tej pory to na tyłku podskakując się przemieszczała, a teraz raczkuje. Nic jej teraz nie zatrzyma ;-) Biedne koty będą się przed nią chować, uciekać i wskakiwać na wysokości byleby być jak najdalej i najwyżej od Pyzuchy :-D

_20170412_145817

 

Pyza w akcji ;-)

Niedzielna niespodziewajka

Wczoraj stał się jakiś cud czy cuś, nie wiem jak to nazwać. Mój mąż prywatny i osobisty, ojciec mego dziecka, wstał rano do Pyzy przebrać jej pampersiaka i dać butlę ciepłego mlesia :) Tak sam z siebie! Normalnie to muszę go z łokcia potraktować żeby ruszyl swe wielmożne 4 litery z łóżka, a wczoraj nic. Pewnie jakbym stała to szczękę z podłogi musiałabym zbierać ;-) W weekendy poranki należą ogólnie do męża, cobym mogła trochę poleżeć :) To on przebiera bombę radioaktywną (czyt. pieluchę) i karmi głodne dziecię. Zazwyczaj muszę mu pomóc wstać kuśtańcem w bok lub plecy (zależy jak śpi ;-) ), a wczoraj mnie zaskoczył. Chyba wjechałam mu na ambicję ;-)

Jak zwykle w sobotę posiedzieliśmy dłużej, oglądaliśmy filmy, napiliśmy się drinka i porozmawialiśmy. Gdy stwierdził iż pora kłaść się spać to mu odpowiedziałam, że i tak w nocy do dziecka nie wstaje, a rano też ciężko mu się z niego zwlec, a jak już to zrobi to popołudniu idzie na drzemkę. No i chyba go to ruszyło ;-)

Nie narzekam, skądże znowu. Oby częściej mnie tak zaskakiwał :)