Po wizycie w szpitalu

Oczywiście musiałam się spóźnić. No bo jak inaczej. Ludzie tutaj wariują gdy spadnie śnieg. Normalnie paraliż. A parking przy szpitalu był wypełniony po brzegi. Pół godziny kursowałam zanim znalazłam miejsce.
Poszłam na odział, przeprosiłam za spóźnienie i powiedziałam dlaczego się spóźniłam. Kobitki bardzo wyrozumiałe. Długo nie czekałam. Przyjęła mnie położna, zapytała o powód mojej wizyty. Wytłumaczyłam co się stało, dlaczego przyszłam. Dostałam pojemniczek na próbkę moczu i wróciłam do poczekalni. Po chwili doktor poprosiła mnie do gabinetu. Najpierw próbowała zrobić USG normalnie przez brzuch, ale że mój pęcherz nie dokońca był wypełniony to zostałam poproszona o wypróżnienie się do USG dopochwowego. Oddałam próbkę moczu i wróciłam do gabinetu. Nie lubię tego typu badań. Są bardzo niekomfortowe. Lekarz tłumaczyła mi co robi i pokazywała wszystko na monitorze. Endo 3.9mm, jajniki w normie, nie ma żadnych zmian w macicy ani w jajowodach. Lekarz powiedziała, że po poronieniu wszystko się goi i zaleciła żeby poczekać ze współżyciem do dostania miesiączki. Wytłumaczyła też że gdybyśmy jednak zdecydowali się na wcześniejsze współżycie to jest duże prawdopodobieństwo dostania przeze mnie infekcji, gdyż macica potrzebuje czasu na zregenerowanie się. Poprosiła o przejście do poczekalni, a ona w tym czasie napisze raport z przeprowadzonego USG.
Po dłuższej chwili położna po mnie wróciła. Przeszliśmy do jej gabinetu. Powiedziała, że jej przykro, ale straciłam ciąże. Spytała się, która to była ciąża i czy mam dziecko. Odpowiedziałam, że tak mam 16-sto miesięczną córkę i że mogę zajść w ciążę tylko mam problem z jej utrzymaniem. Powiedziałam jej też że córkę mam tylko dzięki ivf bo z mężem staraliśmy się ponad 6 lat o dziecko, bezskutecznie. Zapisała to sobie i stwierdziła, że w tym wypadku skieruje mnie do kliniki poronień na dalsze badania. Zaznaczyła też, że temin oczekiwania jest długi, ale choć tyle może dla mnie zrobić. Powiedziała również, że jeżeli uda mi się zajść w ciążę to mam iść do swojego lekarza i ma on mnie umówić na USG w 7-8 tygodniu ze względu na moją historię. Oni tutaj mają pierwsze USG w 12-stym tygodniu ciąży, nie wcześniej. Będę traktowana specjalnie.
Po powrocie do domu opowiedziałam wszystko mężowi. Stwierdziła on, że spróbujemy jeszcze raz i jak znów poronię to wrócimy do kliniki po nasze mrożaczki. On by chciał żeby 2 od razu włożyć, a ja się boję, że sobie rady nie damy jakby wyszły bliźniaki. Zresztą jest też możliwość podziału komórek i mogłaby wyjść ciąża mnoga. Narazie staram się o tym nie myśleć.

Teraz się wyciszam. Skupiam na córci i przygotowaniach do świąt. Okna już przyozdobione naklejkami :) Pyza zachwycona :) Zastanawiam się tylko w którym miejscu postawić choinkę żeby była w miarę bezpieczna od małych rączek i ciekawskiej córci ;-) Mąż chce choinkę powiesić na suficie tak dla bezpieczeństwa ;-)

Znów to samo

Historia lubi się powtarzać :(

Podczas pobytu mężą i córci w Polsce zrobiłam test ciążowy, taki najtańszy za funta. Wyszedł negatywny. No to zrobiłam sobie drinka, słabego takiego by się podelektowac smakiem. 28 listopada odebrałam moje skarby z lotniska. Podczas powrotu do domu przespała się w samochodzie z pół godziny. Obudziła się gdy wjechaliśmy do naszego miasta. W domu pozwiedzała swoje kąty ;-) Wytulałyśmy się z córcią, pobawiłyśmy, dałam butlę i położyłam na drzemkę. W tym czasie gdy ona usypiała, ja się wyszykowałam do pracy. Mężu też położył się by się zdrzemnąć. Oni sobie drzemali, a ja pojechałam do pracy.
Reszta tygodnia mijała na cieszeniu się sobą. Stęskniliśmy się bardzo. Dziecko me jak tylko wracałam z pracy od razu biegło do mnie z rączkami wyciągniętymi do góry. Tulaśna strasznie się zrobiła. Szybko szła spać i późno wstawała. Zmęczona p wakacjach w Polsce ;-) Mężu chyba też się stęsknił. Tylko chodził i mnie obserwował. Podchodził i przytulał, a to całusa dawał. Za moimi plecami kupił test ciążowy.

1 grudnia, znów za jego namową, zrobiłam test ciążowy i ku mojemu zdziwieniu wyszedł pozytywny! Test pokazywał 1-2 tydzień ciąży, czyli na lekarskie obliczenia około 4 tydzień. Mąż myślał, że jaja sobie robię mówiąc, że znów zostanie tatą. A tu zonk ;-) W weekend sobie nogi ogolił :-D Szkoda, że zdjęcia nie zrobiłam ;-)
Szczęście jednak nie trwało długo, bo w poniedziałek obudził mnie ból brzucha. Już wiedziałam co jest na rzeczy. Taki ból jak na okrez może zwiastować tylko jedno. Poronienie ;( Gdy zobaczyłam krew to już byłam przekonana, że to to. Powiedziałam mężowi co się dzieje. Zrobiło mu się smutno, ale powiedział, że takie rzeczy się zdarzają.
We wtorek poszłam do lekarza, by mieli udokumentowaną moją drugą ciążę i drugie poronienie. Próbował się dodzwonić na oddział patologiczny, ale było zajęte. Powiedział, że bedzie dalej próbował i da mi znać kiedy będę miała się stawić na usg. Zapisał w systemie wszystko co powiedziałam i się pożegnaliśmy. Zadzwonił do mnie przed 12:00. Wizyta dopiero na 12 grudnia! To jakiś śmiech na sali! Do tego czasu to mój organizm się sam oczyści.
Tutaj w Anglii do 12 tygodnia ciąży panuje prawo natury, silniejszy wygrywa. Podchodzą do tego mniej więcej tak, że jak ciąża się nie utrzyma to znaczy, że coś było nie tak. Selekcja naturalna. Co prawda mogę dostać zwolnienie od lekarza na 3 tygodnie ze względu na poronienie i samopoczucie z tym związane, ale nie chcę. W domu bym tylko się zamartwiala i o tym myślała, a w pracy czas jakoś leci, jestem wśród ludzi, można się pośmiać. Przede wszystkim w pracy nikomu nic nie mówiłam i lepiej niech tak pozostanie.

Jak szybko człowiek przyzwyczaja się do myśli, że nosi w sobie nowe życie i jak również szybko musi się pozbierać pomimo, że serce pęka :( ;-(