No i jest katar

Gdzie? Jak? Kiedy? Nie mam bladego pojęcia, ale moja córcia wczoraj obudziła się z katarem :( Zawsze jak idziemy na spacerek to jest ciepło ubrana, w wózku opatulona żeby jej nie zawiało. Gdzie ona go złapała to ja nie wiem. Biedna Pyza, męczy się strasznie.

Robię inhalacje olejkiem Olbas, w całym domu pachnie miętą i eukaliptusem :) Smaruję jej klatkę piersiową żelem Aromactive oraz stópki i zakładam skarpetki żeby się wygrzała. Odciągamy jej katar z noska aspiratorem, który podłącza się do odkurzacza. Po tym małym zabiegu jest dobrze przez chwilę, a później znów leci jej z noska :( Tak mniej więcej co 2 godziny czyścimy jej w ten sposób nos.

Tej nocy obudziła się po 1, później o 3 na jedzenie. Przez katar zjadła tylko 100ml i ciężko było jej znów usnąć, ale po około 45 w końcu się poddała. Później pobudkę miałam po 5, następnie po 6 i po 7 znów na jedzenie gdzie że 180ml zjadła tylko 40ml. Po 45 minutach siedzenia z nią, kołysania, przysnęło jej się na tyle bym mogła odłożyć ją do łóżeczka. Po cichaczu ewakuowałam się do siebie. Ledwo przyłożyłam głowę do poduszki dziecko się ponownie obudziło. Tym razem szturchnęłam męża by do niej poszedł bo ja ledwo na oczy widziałam. Grzecznie wstał, przebrał pampersa córce (zrobiła mu niespodziankę ;-)) i przyniósł ją do nas do łóżka. Biedna była tak śpiąca, że jeszcze zdrzemnęła się u nas w łóżku. Wstała po 10:00 :) Leżała na poduszce, na podwyższeniu i lepiej jej się oddychało.

Po śniadaniu pojechałam do apteki żeby kupić jej coś na przeziębienie. Dostałam syrop dla niemowląt od 3-go miesiąca i krople do nosa :) Do tej pory tylko raz zakropiłam jej noska. Nie chcę lekarstw często używać, tylko w ostateczności. Po zakropieniu zrobiło jej się lepiej. Mogła lżej oddychać i zjadła całą butlę mleka :)

Także w sylwestra siedzimy w domu z przeziębionym niemowlakiem :(  Będziemy oglądać filmy, zabawiać marudne dziecko, może drinka się napijemy i będziemy miziać futra :)

Mam nadzieję, że Mała szybko nam wyzdrowieje bo ciężko się patrzy na takie maleństwo jak się męczy :(

Co za tydzień

Po powrocie z Polski czas leci jak oszalały. Wstaję rano a siadam (raczej od razu kładę się spać) dopiero około północy. Od rana z Małą siedzę, zabawiam, usypiam, karmię, chodzę na spacerki, a po 18:00 jak mąż skończy pracę ogarniam dom, robię pranie, układanie, odkładam za małe ciuszki, robię zakupy świąteczne, sprzątam kotom kuwete i w międzyczasie daję jeść. Za nim się obejrzę to już pora do spania! Ale żeby nie było kolorowo to dziecko potrafi się jeszcze obudzić i muszę z nią posiedzieć z pół godziny. Ostatnio budzi się w nocy co godzinę lub co pół. Wstaję już do niej na autopilocie. Pogłaszczę po główce, potrzymam za rączkę, dam smoka i powrót do wyrka by za godzinę powtórzyć rytuał. Zwalam to na zęby. Muszą dziąsła ją strasznie swędzieć bo wszystko gryzie, łącznie ze mną ;-) Smarujemy jej dziąsła żelem, ma gryzaczków od i ciut ciut, ale i tak najsmaczniejsze są mamusine palce ;-)

Dzisiaj z Małą robiłyśmy ostatnie zakupy :) W międzyczasie kupiłam sobie kawę, kawusię moją najlepszą psiapsiółkę ostatnimi czasy ;-)

_20161223_155704

 

No a teraz czeka mnie pichcenie na święta więc znów się położę około północy albo i później.

Ciekawe jak mąż poradzi sobie z Pyzą czy będzie wolał mnie na ratunek ;-) To się okaże w trakcie :)

Odwiedziny w Polsce

Były bardzo intensywne i męczące. Dosłownie. Kursowanie między dwa a czasem trzy domy było wykańczające. Ale od początku…

W dzień, a raczej noc, wylotu oporządziłam najpierw siebie. Mąż pozanosił torby do samochodu zostawiając tylko mój bagaż podręczny. Gdy ja byłam już gotowa to trzeba było Małą przewinąć, ubrać, nakarmić i włożyć do fotelika. Myślałam że uda się ją przebrać na śpiocha, ale Pyza się obudziła. Później dostała butlę i jedną zrobiłam na drogę, włożyłam ją do mojego bagażu podręcznego i mogliśmy wyruszyć na lotnisko :) Drogę na parking gdzie zostawiliśmy samochód ładnie przespała. Mąż wziął nosidełko, ale z racji tego że Młoda była ubrana w kombinezon zimowy, była ona w nim bardzo skrępowana i zostało ono w bagażniku. Ja ją trzymałam na rękach, a mężu robił za wielbłąda ;-) Taszczył dwa bagaże podręczne i bagaż główny do zdania przy odprawie. Drogę z parkingu na lotnisko przebyliśmy autobusem. Córcia obserwowała wszystko do okoła :) Na lotnisku też była grzeczna. Tylko jak była śpiąca to trochę pomarudziła, ale w końcu zdrzemnęła mi się na rękach. W samolocie przespała się z pół godziny, a lot trwał godzinę i 45 minut. Pozostały czas spędziła na gaworzeniu, zabawie z nami, jedzeniu oraz zrobieniu kupy. Myślałam że ominie mnie przebieranie jej w samolocie, ale ona zdecydowała inaczej ;-) Po wylądowaniu we Wrocławiu w miarę szybko przeszliśmy przez odprawę celną, a i na bagaż nie musieliśmy długo czekać. Teście już na nas czekali, tzn. czekali na wnuczkę a my to taki dodatek do niej ;-) Babcia od razu ją przejęła, a myśmy stali jak te słupy i zastanawialiśmy się czy zorientują się że my też jesteśmy czy może wezmą wnuczkę i pojadą do domu a nas zostawią ;-) No ale ogarnęli się i przywitali nas :) W drodze do domu Mała się zdrzemnęła, a w domu dziadki skakali wokół niej jak te małpy :-D Owineła sobie dziadków wokół najmniejszego palca u stopy ;-) Po południu przyjechali po nas moi rodzice. Moja mama aż się popłakała gdy ją wzięła na ręce. Moi rodzice też stracili dla niej głowę ;-)

Gdy przyjechaliśmy do mojego domu to siostra porwała małą i nie chciała nikomu jej dać. Mój chrześniak tylko by ją tulił i całował ;-) Jego brat tylko patrzył na nią i znosił zabawki :)

Każdy dzień wyglądał podobnie. Rano babcia zabierała Małą na dół żebyśmy mogli jeszcze pospać. Później śniadanie. Po południu jechaliśmy do mnie. Na 20:00 wracaliśmy do męża domu. Tam było kąpanie, karmienie i usypianie małej. Około 23:00 zanosiliśmy ją na górę do łóżeczka turystycznego. Ja szykowałam termos z gorącą wodą i dzbanek z przegotowaną zimną wodą na noc do mleka. I sami kładliśmy się spać. Kolejny dzień wyglądał tak samo lub podobnie.

Mała była rozpieszczana i noszona na rękach do granic możliwości. Biedna po paru dniach miała już dość, była tak zmęczona jeżdżeniem po domach, że włączył jej się tryb marudzenia. Usypiała co godzinę na parę minut, a wieczorem miała niespokojny sen dopóki nie odłożyliśmy jej do łóżeczka.

Na dwa dni przed powrotem do domu ochrzciliśmy ją. Była naprawdę grzeczna. Nawet nie zapłakała :) Kochane maleństwo :) Na obiedzie babcie tylko się zmieniały w opiece nad nią ;-) Ja tylko mleko musiałam przygotowywać i pieluchy podawać :)

W dzień powrotu musieliśmy wstać o 2 w nocy. Mała dała nam popalić. Marudziła i płakała bo była zmęczona i niewyspana. W samolocie też dała koncert wokalny ;-) A na dodatek obesrała się że szok. Musiałam ją przebierać i bodziaka też! Pod koniec lotu dopiero jej się przysnęło. Przy kontroli celnej było pusto więc szybko przeszliśmy. Bagaż też szybko wyjechał. Tylko na autobus musieliśmy z 10-15 minut poczekać. W autobusie też się rozpłakała jak ją ubierałam, ale kierowca poczekał aż się z nią uwinę i wyjdziemy :) W samochodzie trochę walczyła ze snem, ale w końcu się poddała. Nawet gdy ją wnieśliśmy do domu w foteliku to trochę podrzemała :) Mężu rozpakował walizkę i zajął się małą, a ja pojechałam po moje futra :) Musiałam wziąść męża samochód bo u mnie akumulator padł. W hotelu dziewczyny poprosiły mnie o pomoc we włożeniu Mruczastego do transportera bo syczał na nie ;-) Zabrałam moje kociaki do domu, po drodze mnie opierdzielały ;-) ale są szczęśliwe, że już są w domku.

Moje dziecko było tak zmęczone pobytem w Polsce że spała przez 6 godzin z przerwą na mleko! Jeszcze nigdy w ciągu dnia mi tyle nie przespała! Byłam w szoku. Nawet jak pojechaliśmy na zakupy to prawie całe przespała.

Prawdę mówiąc to jesteśmy bardziej wymęczeni tymi wakacjami aniżeli byliśmy sami z dzieckiem 24/7. Następny taki wypad dopiero w przyszłym roku w czerwcu. Narazie mam dość i muszę odpocząć od tych wakacji ;-)