Pobyt w szpitalu

Dzień, a raczej wieczór i noc pamiętam jak przez mgłę. Gdy mnie przewieźli na salę ogólną, gdzie leżały inne mamy że swoimi pociechami, byłam bardzo śpiąca. Mąż zajmował się małą bo ja byłam przykuta do łóżka razem z cewnikiem. To on ją pierwszy przewijał i karmił (butlą oczywiście). On ją trzymał na rękach. Biedny bo musiał jeszcze mną się zająć gdy zaczęłam wymiotować. Co prawda samą woda, bo od piątku nic nie jadłam. Zmieniał mi tylko pojemniki. Położne przychodziły i zmieniały mi co jakiś czas matę na której leżałam i podpaskę. Przynosiły środki przeciwbólowe, mierzyły temperaturę, ciśnienie i ogólnie się mną zajmowały. Położna przyniosła fotel rozkładany dla męża żeby się przespał w nocy, ale około godziny 1 w nocy stwierdziliśmy żeby pojechał do domu, bo ja opiekę mam zapewnioną. Wystarczyło tylko nacisnąć przycisk i zaraz położna przychodziła. Tak też zrobił. Mała przespała cała noc. Położna zmieniła jej pampersa i nakarmiła na moją prośbę. Z tego co pamiętam to cewnik miałam mieć ściągnięty o północy, ale w rezultacie że źle się czułam to ściągnęli mi go następnego dnia po południu.

Rano, około 8:00, przyjechał mąż i przywiózł mi butelke wody i kanapkę z masłem, żebym spróbowała coś przygryźć. Położne co 3 godziny dawały środki przeciwbólowe, nawet dostałam morfinę w niedzielę. Słodka była :) Przed 10:00 mąż zabrał małą do pediatry. Pobrał jej krew i zbadał. Gdy ją badał to małej się zwymiotowało. Nie spodobał mu się kolor jej wymiocin i zrobił dodatkowe badania. Okazało się że dzidzia ma infekcję i będzie brała antybiotyki przez 2 dni, co 12 godzin. Założyli jej wenflon i pierwszy antybiotyk dostała o 16:00, a drugi o 4 rano i kolejnego dnia tak samo. Później pobrali jej krew w celu sprawdzenia czy infekcja się cofnęła, na szczęście tak :) Bida moja mała miała łapki sine :( Jedną od pobrania krwi, a drugą od wenflonu.

Położne były rewelacyjne. Gdy przez 2 noce mała płakała i nie chciała spać, noszenie na rękach nie pomagało to one zabrały ją do siebie żebym mogła się zdrzemnąć choć 2 godziny. Ta drzemka była zbawienna. Później mogłam z nią siedzieć aż mąż lub siostra przyjechali zmienić mnie. W tym czasie, gdy oni się zajmowali Pyzuchą, ja mogłam odespać nockę :)

Była tam jedna położna, murzyneczka z wielkim afro na głowie :-D Konkretna babka. Ona nam powiedziała, że małej dalej zalega wydzielina i dlatego wymiotuje. Pokazała nam w jakiej pozycji najlepiej ją karmić i jak ja trzymać by się jej odbiło. Ona raz ja nakarmiła, bo powiedziała że 30ml to za mało jest dla niej. Trzymała ja tak długo i klepała po pleckach żeby się odbiło aż mała parę razy zwymiotowała. Musiała chyba w tym samym czasie oczyścić się z tej wydzieliny bo później już ładnie jadła i nawet jej się odbijało :) Żartowaliśmy z tą położną że weźmiemy ją do domu na miesiąc lub dwa ;-) Taka niania do pomocy :)

W nocy była inna murzyneczka, też bardzo miła. Jak zobaczyła że moja Kluseczka usunęła na mnie to przyniosła mi poduszkę pod rękę żebym sobie oparła i podniosła barierkę od łóżka. W takiej pozycji z małą na sobie zdrzemnęłam się ze 2 godziny, może trochę dłużej.

Poznałam też dwie polki położne. Jedna z nich moja imienniczka Edyta była na nocnej służbie, druga Justyna miała dniówki. Wesoło było :) Zawsze pytały się jak Mała, jak ja się czuję, co jeść i pić oraz kazały mi dużo odpoczywać.

Jedzenie w szpitalu było naprawdę dobre. Mały wybór dla wegetarian, ale mi smakowało. Jak nie mogłam pójść po jedzenie to położne pytały się na co mam ochotę i same przynosiły :) Później zabierały pusty talerz i kubek. Pytały się czy jeszcze bym coś chciała do jedzenia bądź picia. Jak poprosiłam o herbatę to zaraz ją miałam, gorącą :) Nie trzeba było długo czekać.

W szpitalu zrobiliśmy naszej Pyzie sesję zdjęciową :) Jak zobaczyłam sideshow to łzy same napływały do oczu. Nawet tacie się łezka w oku zakreciła ;-) Ach ten baby blues ;-) Hormony szalały ;-)

Jak dostaliśmy zielone światło że możemy iść do domu to wszystkie mamuśki na sali i położne życzyły nam powodzenia, żebyśmy dbali o siebie i się nie przemęczali :) Jedna mamuśka nawet mnie wyściskała :)

A w domu czekała na nas ciocia i siostrzeniec :)

Opiekę w szpitalu wspominam bardzo pozytywnie. Mam nadzieję, że w przyszłości jak będziemy mieć drugie dziecko też taką otrzymam :)

Wspomnienia porodu

W sobotę sobie wspominaliśmy ten dzień, a właściwie dwa dni ;-) Patrzyliśmy na naszą Pyzuchę Kluchę, na zegarek i mówiliśmy co było o danej porze. Z siostrą tylko piątek był do wspominania, a później tylko słuchała co się działo :)

Tak więc po czwartkowej wizycie u położnej, na której umówiła mnie na wywołanie porodu po weekendzie, w piątek po godzinie 6 rano obudził mnie ból brzucha. Takie ćmienie jak na okres. W sumie nic sobie z tego nie zrobiłam i wróciłam do łóżka dalej spać, ale jak zaczęło się to powtarzać to już wiedziałam co jest na rzeczy. Nie budziłam nikogo tylko sobie leżałam próbując usnąć. Ciężko było bo co mi się udało usnąć to budził mnie skurcz. Jak mąż wstał do pracy to mu powiedziałam, że mam skurcze. Co prawda nieregularne, ale były. Z aplikacją w telefonie mierzyłam ich odstępy i długość ich trwania. Około 11:00 wstałam, a raczej zwlekłam się z wyrka, i zrobiłam sobie śniadanie. Powiedziałam siostrze co się dzieje, a ta zaczęła się cieszyć ;-) Mąż i siostra kazali mi wrócić do łóżka i dalej mierzyć skurcze. Z każdą godziną się one nasilały. W sumie byłyby do zniesienia gdyby nie to, że skurczybyki przeszły w skurcze krzyżowe. Mniej więcej od 15:00 leżałam w łóżku, mierzyłam te dziadostwa i oddychałam głęboko przy każdym skurczybyku.

Pod wieczór zadzwoniłam do szpitala i powiedziałam co się dzieje, że mam skurcze, co ile one są i jak długo trwają. Położna powiedziała, że jak będę miała 3 porządne skurcze w ciągu 10 minut to mam przyjeżdżać do szpitala. Wytrzymałam z nimi do godziny 21:00 i znów zadzwoniłam na porodówkę. Odebrała inna położna, powiedziała że mogę wziąść paracetamol na uśmierzenie bólu lub przyjechać do szpitala. Wybrałam opcję drugą. Mąż zabrał nasze torby, zapakował mnie do samochodu i ruszyliśmy na spotkanie z przeznaczeniem ;-)

Zaparkowali my na całodobowym parkingu dosłownie 50 metrów od wejścia do szpitala, a dojście na porodówkę graniczyło z cudem. Musiałam robić postoje bo inaczej bym nie doszła. Mąż trzymał 2 torby, moją i dzidzi, oraz mnie podtrzymywał. Wyglądał troszkę jak wielbłąd ;-) Ostatkami sił doczlapałam na oddział. Musieliśmy chwilę poczekać na położną i na pokój. Nie wiem kiedy weszliśmy do pokoju, ale był przytulny i z łazienką :) Większość czasu przeleżalam na łóżku ściskając kołdrę w czasie trwania skurczy lub w łazience na porcelanowym tronie, bo było wygodnie. Położna przyszła chyba przed 23:00, zbadała i stwierdziła że rozwarcie jest na 2 cm. W takim wypadku możemy wrócić do domu lub zostać w szpitalu. Oczywiście zostaliśmy. Przeszliśmy tylko na salę gdzie było parę innych kobiet, ale tylko ja ze skurczami. Przed północą nie dość że miałam skurcze krzyżowe i to co 2-3 minuty, przy których kucałam żeby mi troszkę ulżyło, to jeszcze doszły skurcze parte. Mąż biedny siedział na krześle obok łóżka i liczył skurcze. Podejrzewam że chciał pomóc, ale nie wiedział jak. Około 1:00 w nocy poszłam po tabletki przeciwbólowe, które i tak nie zadziałały. Przed 2:00 miałam kolejne badanie i o dziwo rozwarcie było na 4 cm. Zostałam wysłana na porodówkę. Dostaliśmy pokój z wanną :) I tak z niej nie skorzystałam. Jakoś nie mogłam się przełamać. Za to dostałam zastrzyk przeciwbólowy z petydyny, ten też nie zadziałał na mnie. Skurcze były zbyt silne żeby to zaskutkowało. Odkąd trafiłam znów na porodówkę to położną miałam cały czas przy sobie. Notowała ona wszystko, każdy skurcz, zastrzyk, moje zachowanie. Przed 4 rano poprosiłam o epidural, bo nie mogłam już wytrzymać. Zmieniliśmy pokój na mniejszy, ale za to z łazienką. Przyszedł lekarz, zrobił zastrzyk, podłączył do aparatury z której mogłam co pół godziny dozować dawkę epiduralu. Lek zaczął działać w miarę szybko i mogłam nawet się zdrzemnąć :) Po całym dniu i nocy drzemka była zbawienna. O 6 rano rozwarcie dalej było na 4 cm, więc postanowili podać mi oksytocynę. Najpierw małą dawkę 3 mg, którą zwiększali z każdą godziną.

O 7 rano była zmiana dyżuru i dostałam 2 położne :) Bardzo miłe. Pogadałyśmy sobie o wszystkim, o dzieciach, o imionach i różnych pierdołach. O 8 rano czułam, że epidural przestaje działać. Powiedziałam o tym położnym i chyba męża obudziłam z drzemki. Dzielnie mi towarzyszył pomimo iż nie mógł ulżyć w bólu to dozował środek przeciwbólowy. Jedna z położnych poszła po anastezjologa żeby podać mi kolejną dawkę epiduralu. W międzyczasie przychodziły inne położne i lekarze się przedstawić i przywitać. Nie wiem ile czekaliśmy na anastezjologa, ale w końcu do nas dotarła. Wstrzyknęła epidural i powiedziała, że jestem jedynym przypadkiem z którego on szybko schodzi. Po tej dawce znów miałam odlot. Mąż chyba też się zdrzemnął. O 10:00 był obchód i znów ludzie przychodzili się przedstawiać :) Miło było. Po godzinie 13:00 odbyła się kolejna zmiana personelu i dwie nowe położne zawitały u mnie w pokoju. Jedna młodziutka, może że 30 lat miała, no góra 35. Druga starsza, ale widać że praktykantka, dopiero się przyuczała do zawodu. One chyba były najlepsze :) Podtrzymywały na duchu, dodawały odwagi. O 14:00 zbadała mnie, rozwarcie było prawie pełne :) Powiedziała, że za godzinę zacznę przeć. dzidzia tak się wierciła, że musiałam parę razy zmieniać pozycję bo tętno zanikało, aż w końcu przyczepili jej do główki taki sznureczek co mierzył jej tętno. Była wtedy pod kontrolą :)

O godzinie 15:00 zaczęłam przeć. Położne były świetne. Mąż przytrzymywał rurkę z gazem co bym mogła ją przygryźć podczas parcia. O 16:00 przyszła doktor, zbadała, kazała mi przeć i powiedziała jak mam to robić żeby było bardziej efektywnie. No to tak robiłam jak kazała. Za kolejne pół godziny przyszła chirurg i powiedziała, że mogą mi pomóc kleszczami ale tylko jak główka będzie w kanale rodnym. Koniec końców zdecydowali się na cesarskie cięcie.

Byłam przerażona. Płakać mi się chciało. Znieczulili mnie tak że nie mogłam ruszyć rękoma. Dostałam maskę z tlenem, a ta starsza położna była cały czas przy mnie i do mnie mówiła. Zaprosili męża na salę. Usiadł on przy mojej głowie w niebieskim szpitalnym odzieniu, a chwilę później, dokładnie o 17:35 usłyszeliśmy płacz naszej córki :) Opuścili parawan żeby mi ją pokazać i zabrali na badanie. Mąż był przy niej i zrobił zdjęcie :) Po ważeniu przynieśli ja do mnie i porobilismy kilka fotek podczas kiedy byłam zszywana :) Tata pierwszy trzymał małą na rękach. Dumny jak paw ;-) Chciał imię Lena, ale jak zobaczyłam małą to powiedziałam że to imię do niej nie pasuje i poszliśmy na kompromis. Daliśmy jej na imię Isabel :)

3620g szczęścia urodzonego 6/08/2016 o 17:35 :-D

Czas leci

Jeszcze 3 dni siostra bedzie z nami. W poniedziałek już wraca do domu i zostaniemy sami :( Nie powiem boję się. Siostra naprawdę jest pomocna. Nocne warty należą do mnie. O 20:00 jestem już w łóżku na drzemkę, przed północą ściągam pokarm, a później czuwam. W ciągu dnia siostra przejmuje kontrolę nad małą. Cały czas by ją nosiła i tuliła. Mała chyba się do niej przyzwyczaiła i przyszły tydzień będzie ciężki dla nas :( Znów będzie musiała się przyzwyczaić do mnie. Jakoś musimy dać sobie radę.

Będziemy zdane na siebie. Siostry nie będzie. Tata w pracy, a my same. Hormony jeszcze buzują więc jak nie będę dawać sobie rady to pewnie będę płakać razem z nią ;-) Po pracy tata przejmie pałeczkę żebym mogła się zdrzemnąć przed nocną wartą.

Oj będzie ciężko, ale nikt nie mówił że będzie łatwo.

Same w domu

Tata z ciocią pojechali na zakupy, a my zostałyśmy same w domku, plus koty i rybki oczywiście ;-) Włączyłyśmy sobie program kulinarny i oglądamy pichcenie, tzn. ja oglądam a Kluseczka drzemie mi na klatce piersiowej :) Chyba jedzenie jej nie podpasiło ;-)

Poznaliśmy koty z nowym członkiem rodziny :-D
_20160810_154549

 

Koty mało zainteresowane Isabel. Chociaż jak mam ją na rękach to zaglądają zaciekawione co ja takiego trzymam :-)

Powoli ustalamy plan dnia. Rutyna musi zagościć w grafiku co byśmy się do niej przyzwyczaili. A później będzie już z górki :)

Już jest z nami :) :) :)

Już jesteśmy w trójkę :-D

Wczoraj o 17:35 przez cesarskie cięcie przyszła na świat przyczyna mojej nocnej zgagi ;-) Córcia waży 3620g :)

Isabel macha do blogowych cioteczek :)
_20160807_131835

 

Postaram się więcej naskrobać jak dojdę do siebie. Narazie rekowalescencja i poznajemy siebie od nowa ;-)

Pozdrawiamy wszystkie blogowe ciocie :)

Ostatnia wizyta u położnej

Właśnie wróciliśmy od położnej. To była moja ostatnia wizyta. Młoda jest uparta i nie chce wychodzić więc mam się stawić na wywołanie porodu w poniedziałek. Najpierw muszę rano zadzwonić i dowiedzieć się o której godzinie mam przyjechać. Oprócz tego próbowała zrobić mi masaż szyjki macicy, ale ból był okropny i musieliśmy przerwać. Wiem że to pikuś w porównaniu z bólami porodowymi, ale nigdy nie przepadałam za tego typu badaniami. Zawsze sprawiały mi ból więc i tym razem nie mogło być inaczej. Posłuchaliśmy bicia serduszka :) Bije ładnie, miarowo :) 135 uderzeń na minutę :) Mężu trochę wystaszony siedział po usłyszeniu mojego „ała” ;-) Nawet sam chce jechać na zakupy ;-)

Moje obawy przed wywołaniem to takie, że Młoda może ważyć ok 4kg i będzie ciężko ją urodzić. Ewentualnie mogą zrobić cesarkę, której panicznie się boję. Wszystko okaże się w poniedziałek. O dziwo jestem nadzwyczaj spokojna. Zero nerwów. Siostra bardziej się denerwuje niż ja :) Ona by już chciała żebym rodziła, ale niestety nie ode mnie to zależy. Może moje dziecko potrzebuje więcej czasu żeby dojrzeć ;-) Albo mój piekarnik miał niższą temperaturę niż zakładałam ;-) W każdym bądź razie jest jej tam wygodnie :)

No to teraz trzeba się zebrać i jechać na zakupy, trochę ruchu się przyda ;-)

Dalej czekamy…

Mała jest uparta, nie spieszy jej się z wyjściem, ale co tu się dziwić – ma to po tatusiu ;-) On też urodził się po terminie i to 2 tygodnie! Ja natomiast 4 dni przed :)

Każdy dzwoni i się pyta czy już jesteśmy w trójkę, każdy czeka i się niecierpliwi, nawet moi sąsiedzi nie mogą się Młodej doczekać, a co dopiero rodzina. Siostra i mąż tylko gadają do brzucha żeby już wychodziła, bo jedno nie chce pracować, a drugie chce się nacieszyć przed wylotem :) A dziecięciu w brzuchu wygodnie :)

W czwartek położna powiedziała, że jak sama nie wyjdzie do tego czwartku to ona zrobi mi masaż szyjki macicy i wyśle do szpitala na wywołanie. Nie widzi mi się to zbytnio, ale 4 sierpnia brzmi ładnie na poród ;-) Numer 4 to też moja ulubiona liczba, tak więc fajnie by było gdyby urodziła się tego dnia :) Ponadto zbadała mnie, zmierzyła ciśnienie, które o dziwo było w normie, zmierzyła brzuch i posłuchaliśmy bicia serduszka, bo mężu pojechał ze mną :) Młoda rośnie prawidłowo. Według wykresu będzie ważyć 3,5kg(!). Ciężko będzie ją urodzić, ale jakoś dam radę (chyba).

Siostra chciała nauczyć się szydełkować jak zobaczyła że robię ubranko na kubek. To ją uczę. Ale mam ubaw :-D Rozmawia sama ze sobą, co chwilę jest: „siostra pomusz, jak to zrobić?”. Nie powiem daje radę. Robi sobie bluzeczkę, taką prostą, jednym ściegiem w kółko. Ja zrobiłam jej torebeczkę i dałam zestaw szydełek, siostrzeńcowi robię plecaczek, a i jeszcze mam parę zamówień do zrobienia. Jakoś się uwinę. Mam nadzieję iż zdążę przed porodem ;-)

A oto moje ostatnie robótki :)
received_10206598365262636
Koci kokonik jest dla Młodej :)

collage-1470046330469
Ubranko zrobiłam na zamówienie. Klientka poprosiła jeszcze o jedno w kolorze czerwonym, które zrobię wieczorem. Szybko się je robi więc w godzinę powinnam się uwinąć.

A tak kicia się maskowała :)
_20160801_111118
Teraz chowa się u mnie w sypialni :) Razem z Mruczkiem śpią na naszym łóżku, a jak słyszą siostrzeńca to chowają się pod łóżko :)

No dzidzia mamy już sierpień i możesz wychodzić :) Czekamy na ciebie – mama i tata oraz cała blogowa rodzinka :)