31 tydzień i 1595 gram szczęścia! :)

Byłam na usg. W końcu. Mam dobre wieści :) Łożysko się podniosło i będę mogła rodzić siłami natury! Jupi! :) Cieszę się jak małe dziecko. Prawdę mówiąc to ja się bałam i nadal boję cesarki. Przecież to operacja, tylko ze znieczuleniem miejscowym, a i dłużej dochodzi się do siebie. Dzidzia już jest głową skierowana w dół i gotowa do ucieczki ;-) Waży niecałe 1600 gram :) Zapomniałam się zapytać jaka jest długa, ale zwalam winę na to iż mój pęcherz był na maksa przepełniony i jedyne o czym myślałam to to żeby nie popuścić ;-) Pielęgniarka powiedziała, że Młoda ma małą główke co przemawia na moją korzyść przy porodzie ;-) Jak zwyle na usg dziecko było grzeczne, ale jak tylko wyszliśmy z gabinetu to zaczęła kopytkować, aż brzuch latał na wszystkie strony :)

U położnej dostałam małą paczuszkę z kremem na odparzenia, pampersami, proszkiem do prania, woreczkami na przechowywanie mlika i magazynami do pczytania. Posłuchałam bicia serduszka Młodej :) 140 uderzeń na minutę :) Znów zapomniałam się zapytać czy mogę nagrać to dla taty, no cóż następnym razem (oczywiście jak nie zapomnę) :) Powiedziała, że poziom żelaza mam w normie, ale w dolnej granicy więc muszę dostarczyć organizmowi żelazo, bo jak nie to na następnej wizycie przepiszą mi tabletki. Jak ja nie lubię tabletek. Nie umiem ich łykać. Stają mi w gardle i męczę się żeby je przełknąć. Mam wąski przełyk i dlatego. Moje tętno na dziś to 98/65 :) Nie jest źle ;-) Mam zamówioną szczepionkę na ksztusiec, którą dostanę w czerwcu.

Wczoraj zadzwoniła do mnie pielęgniarka środowiskowa. Spytała się czy 6 czerwca bedę w domu bo chciałaby przyjść i się z nami zapoznać, gdyż jak już Młoda będzie na świecie to będzie nas odwiedzać od czasu do czasu. Mężu powiedział, że on wtedy będzie z domu pracował więc może przychodzić. To się umówiliśmy na 14:00.

Wczoraj też przyszła przesyłka z Polski. Mamy już wózek, łóżeczko, pościel i firankę do Młodej pokoju :) Teraz trzeba tylko złożyć łóżeczko, zrobić przemeblowanie w pokoju, poprać pościel i czekać na dzidzię :) A i w międzyczasie zakupić kosmetyki do pielęgnacji niemowlaka i pampersy, bo o nich nie wolno zapomnieć :)

Prawie jesteśmy gotowi na przywitanie naszego dzieciątka :)

Maruda

To ja. Pomarudze sobie a co. Nawet pogoda do tego sprzyja.

Nic mi się nie chce. Nie mam sił, czasu jakoś brak, no skubaniec ucieka między palcami. Dni mijają jakoś tak szybko, że przydałaby się dłuższa doba. Nawet w kompletowaniu wyprawki dla Młodej jestem daleko w tyle. No może nie daleko, ale w tyle na bank. Ciuszki mam, koszyczek i bujaczek tyż, nawet mate z zabawkami udało mi się zakupić, mebelki są. Brakuje łóżeczka, wózka, pościeli, firanki, kosmetyków do pielęgnacji niemowlaka, butelek, smoczków (tak na wszelki wypadek), wyprawki do szpitala dla mnie i dla Młodej. Nie wiem kiedy ja się ogarnę. Przecież zostało tylko 9 tygodni do rozwiązania. Trzeba męża zaciągnąć na zakupy. Skompletować wszystko i czekać aż Młoda zechce się z nami przywitać.

Coraz ciężej mi. Brzusio rośnie, a wraz z nim moje dziecko, które urządza sobie dyskotekę w środku, albo już zaczyna trenować sztuki walki ;-) Wstanie z łóżka robię na kołyskę, później łapię się stolika nocnego, nogi w dół i jakoś tak na ‚podnośnik’ wstaję. Czasem mężu pomaga mi się podnieść, albo skaturlać na brzeg łóżka i jakoś idzie. Kiedyś po schodach na pięterko wbiegałam jak łania, a teraz jest ze mnie parowóz. Sapię i dyszę, dyszę i sapię jakbym pokonała jakiś maraton. Te 10 schodków to jak wdrapywanie się na szczyt góry. No kulka ze mnie się zrobiła i niedługo to będę się turlać a nie chodzić. Cociaż już teraz mój chód przypomina chód kaczki. Kwa kwa… Kwoka się ze mnie robi i już.

No już mi trochę lepiej. Chyba muszę się porządnie wyspać to i humor wróci ;-)

Wychodne, czyli przyszła mama na zakupach :)

Ach zakupy kto ich nie lubi? Ostatnimi czasy ja, gdyż nawet pochodzić sobie nie można, bo co chwilę do kibelka za potrzebą ‚biegam’. O ile można nazwać to bieganiem, prędzej toczeniem się lub człapaniem ;-) Ale dziś miałam wychodne :) Znaczy się trzeba było kupić coś do żarła bo w lodówce światło tylko się ostało ;-) No to zebrałam się w sobie i pojechałam oczywiście z zamiarem kupienia sobie jakiegoś szmatławca na dooopę, bo przecież lato idzie, a ja nie mam kompletnie nic w szafie co by założyć na siebie w cieplejsze dni.

Pierwszy sklep jaki zaliczyłam to do supermarketu z żywnością nie należał ;-) Człapiąc między alejkami doszłam do działu niemowlęcego :) No i zaczęło się przebieranie, macanie, sprawdzanie rozmiarów. Wpadłam po uszy ;-) Dobrze, że byłam sama, bo inaczej mężu by mnie z tego sklepu wyturlał ;-) Podnieść to nie podniesie, za dużo razem ważymy (chyba), ale turlanie byłoby całkiem realne :) Ile tego było, różne wzory i kolory, bawełniane, welurowe, cuda, cudeńka. Wszystko by się chciało wziąść, ale w porę się opamiętałam. Przypomniałam sobie ile ciuchów już poprasowałam, a jeszcze druga tura mnie czeka jutro. Zakupiłam tylko:
- komplecik w kotki :) (pajacyk, bodziak, czapeczka, śliniaczek i łapki niedrapki) – będzie na wyjście ze szpitala
13233186_10206172176168175_147133161_n
- skarpetki i opaskę na ten mały łepek
13233440_10206172179928269_31820229_n
- kocyk z misiem i zajączkiem
13101543_10206172177688213_1313974242_n
Kocyk jest naprawdę mięciusi i milusi. Wszystko było tanie. Normalnie pół darmo, aż szkoda byłoby nie wziąść ;-)
Dla kociaków zakupiłam nowy drapak, bo stary tak rozpracowały, że prawie nic z niego nie zostało. Futra zadowolone z prezentu, co widać na zdjęciach :)
13219932_10206172351372555_1658552739_n13235755_10206172351212551_893293546_n

 

Następnym sklep to spożywczy i tu zakupy były robione błyskawicznie, gdyż Młoda stwierdziła, że ma dość chodzenia i chce do domu. Ulokowała się w dole brzucha tak iż musiałam oprzeć się o wózek i w pozycji na wpół zgiętej kontynuować poszukiwania za pokarmem. Jeszcze nigdy tak szybko nie przyszło mi robić zakupów.
Ostatnim przystankiem był polski sklep, gdzie zaopatrzyłam nas w polski chleb, pączki ;), mięsiwo dla męża (i kotów) oraz ser śmietankowy dla mnie. Porozmawiałam chwilkę z koleżanką, która tam pracuje i ruszyłam w drogę powrotną do domu. Ze sklepu do parkingu jest może 50m, a ja ledwo szłam. Poprosiłam Młodą by się podniosła trochę to szybciej dojdę do samochodu i szybciej będziemy w domu. O dziwo się nawet posłuchała :) Resztkami sił doczłapałam do mego pojazdu, spałaszowałam pączusia z serem i ruszyłam w drogę powrotną do mej chatki. Parkując autko, zadzwoniłam do męża by wyszedł po torby z zakupami, bo ja ich taszczyć nie miałam zamiaru. Mój strongmen zabrał wszystko na raz :)

W domu rozpakował wszystko, umył lodówkę, wpakował jedzonko i zapytał się co sobie kupiłam, bo Młodej ciuszki, kotom drapak a sobie? Przecież miałam sobie kupić ciucha. No to mu powiedziałam, że kupiłam sobie kapcie :-D

I tak się za każdym razem kończą się moje zakupy :)

Czwarta wizyta u położnej

Znów była inna położna niż moja. Swoją widziałam tylko raz. Szczerze mówiąc to wolę jak przyjmuje mnie Anna. Konkretna babka i pośmiać się można. Na samym początku wizyty spytała się czy już miałam zastrzyk z antyciałami czy dopiero mam dostać. Powiedziałam, że dziś mam go mieć. No to poszła po niego. Igieł się nie boję, bo już tyle zastrzyków wybrałam, że jeden więcej różnicy nie robi, ale igła to była bycza!  :-o Powiedziała, że mogę sobie wybrać gdzie ma mi go podać, pośladek czy ramię. Tyłek od kości ogonowej mnie boli to wybrałam ramię. Trochę bolało, ale do przeżycia.
Później pobrała mi krew, żeby sprawdzić czy poziom żelaza w organiźmie jest stabilny i ile antyciał mam w sobie.
Następnie zaprosiła mnie na kozetke i posłuchałam sobie bicia serduszka Młodej :) Na monitorze pokazywało między 145 a 150 uderzeń na minutę :) Fajnie się tak słucha :) Następnym razem zapytam się czy mogę to nagrać dla męża, niech też usłyszy jej serduszko ;-) Zmierzyła mi brzuch i wpisała w tabelę. Rośnie książkowo ;-) Według tabeli Młoda waży około 1200g.
Po serduszkowym repertuarze zmierzyła mi ciśnienie. Było lepsze niż ostatnim razem, bo 100/60. Za każdym razem mężu się mnie pyta czy ja żyję ;-) No cóż ja jestem niskociśnieniowiec i nawet jakbym wypiła dwie kawy to i tak mi ciśnienia nie ruszy ;-)

Dziś zaczynam 29 tydzień ciąży i jak narazie przytyło mi się 6kg. Niedużo z czego się cieszę :) Niektórzy mówią, że mam bardzo mały brzuch jak na 7 miesiąc i wyglądam jakbym miała wzdęcie a nie była w ciąży :) A jak założę luźne ciuchy to wogóle nic nie widać :-D

Młoda jest bardzo aktywnym dzieckiem, ale jak tato przyłoży rękę do brzucha to zaraz się uspokaja :) Nieśmiała jest czy co? Chociaż parę razy dostał od niej kopniaka w ucho :-D Ale się cieszył, dosłownie jak małe dziecko jak dostanie zabawkę ;-) Uwielbia trzymać rękę na brzuchu i czuć jej kopniaki :) Nie przegapi okazji by zmacać brzuch. Rozczulający jest widok jak podchodzi, całuje brzunio i rozmawia z Młodą, a ta w odpowiedzi puka, wypina się lub skacze. Jakoś się dogadują ;-) A tata nie może się już doczekać jak weźmie ją na ręce :)

Majówka

Długi weekend i pogoda nawet dopisała :) Było naprawdę cieplusio więc wpadłam w ogródek :) Wyczyściełam wszystko z suchych badyli, powyrywałam chwasty i zasadziłam kwiatki :) Kociaki mi dotrzymywały towarzystwa bo mężu mył samochody. Zrobiliśmy grilla :) Znajomi przyszli z dwójką dzieci. Ale mieli radochę :) Fajnie było. Żeby pogoda zaczęła się utrzymywać i ciepełko ta samo to coraz częściej na obiad byłby grill :) Mężu byłby zadowolony bo on uwielbia grilować :)

Odwiedziliśmy naszych znajomych, którym tydzień temu urodził się drugi synek. Słodki mały szkrab. Dostali od nas kocyk i zabawki ręcznie robione przeze mnie :) Ucieszyli się bardzo, bo nikt nie będzie miał podobnych ;-) Jak to kolega określił: ‚prezent jest niepowtarzalny’ ;-)

13082499_10206108225969460_2975517347706968110_n

Co tydzień staram się coś Młodej kupować. Tata powiedział, że to mój obowiązek bo on nie wie co jej będzie potrzebne. Wysyłam mu tylko zdjęcia i cenę, a on mówi tylko „bierz”, no to biorę ;-)

Ostatnie moje zakupy to:

- Hipcio – termometr pokojowy i wodny
hippo

- Koszyczek przenośny + maskotki gratis :)
basket

 

 

- I rożek

rozek-przodrozek-tyl

Zrobiłam też pranie ciuszków Młodej. Rozwiesiłam wszystko na dwóch suszarkach, bo na jednej się nie mieściło. Śmiało mogę stwierdzić iż dziecię me niedługo dorówna mi garderobą lub nawet prześcignie ;-) Pan mąż złapał się za głowę jak zobaczył ile tego jest, a to przecież nie wszystko, bo potrzeba dokupić jeszcze parę par bodziaków na długi rękaw, śposzki, jakąś sukieneczkę jak będziemy szli w gości bądź goście przyjdą do nas i parę innych rzeczy :)

Dlatego to ja robię zakupy a nie on, bo dziecko nie miałoby zbyt dużo ciuszków ani innych gadżetów ;-)