Doktorek

Kto jak kto, ale ja to oczywiście ostatnimi czasy skleroze mam potegującą. Miałam rano zabrać papiery z kliniki, żeby od razu po pracy pojechać do lekarza no i co? Zapomniałam! Więc po pracy zajechałam najpierw do domku, a tam siostra już pierogi lepi :) Powiedziała, że uszka już dawno zrobione i zamrożone, a wyszło ich ponad 200(!), ja się pytam kto to będzie jadł? Ale jak są zamrożone to jak nie bedzie mi się chciało gotować to obiad mam w sumie gotowy ;-) Spytała się czy zjem pierogów (ruskie robiła, a za ruskimi to ja nie bardzo przepadam), żeby nie zrobić jej przykrości to powiedziałam że zjem 5 (bo malutkie były), ale przyznać muszę iż naprawdę mi posmakowały. Chyba dziecię me tego potrzebowało, bo wszyscy patrzyli na mnie jak na ufo, nawet mąż nie mógł uwierzyć, że zjadłam pierogi ruskie :) No ale cóż, wszystko dla Bąbelka  :-)

Po kolacji zabrałam papiery i pojechałam do przychodni. Było małe opóźnienie, może z 10 minut. Mój doktorek, którego nazwiska nie potrafię wypowiedzieć, wywołał mnie do swojego gabinetu. Zapytał w czym może pomóc, więc mu powiedziałam, że pewnie juz dostał papiery z kliniki, ale kopie w razie czego mam przy sobie jeśli życzy sobie ją zobaczyć i czy może skierować mnie do położnej gdyż jestem w ciąży. Tak się ucieszył, że aż trzy razy gratulował wstając ze swojego krzesła  :-D Zmierzył mi ciśnienie, wszystko w normie :) i powiedział żebym poszła do recepcji i powiedziała kobicie tam urzędującej, że ja przychodzę z jego polecenia i chciałabym zapisać się do położnej u nas w przychodni gdyż jestem w ciąży i zależy mi żeby nigdzie nie jeździć. Tak też uczyniłam i pierwsza wizyta, która bedzie trwała około godziny (zawsze może się przedłużyć) odbędzie się 13 stycznia :) Spodziewałam się daty bliżej lutego, a tu taka niespodziewajka :) Szybko zleci i teraz będzie tylko od wizyty do wizyty. Także ten tego, fajnie będzie :)

Coraz bliżej święta :)

Po raz pierwszy od nie pamiętam kiedy nie muszę siedzieć w kuchni co najmniej 3 dni i pichcić. Wystarczy mi pół dnia w środę na upieczenie dwóch ciast i zrobienie ryby po grecku, całą resztę robi siostra :) A co, zaoferowała się to robi, ona lubi gotować, nie to co ja – gotuję bo muszę (coś zjeść). Dzieciaki szaleją, dziwię się sąsiadowi jak on to znosi bo ja to w pracy jestem i mam w nosie czy są głośno czy nie. Tylko z jednym ich ganiam jak mogę najgorzej, a mianowicie z jedzeniem. Jeść to jedzą, tyle tylko, że wolą w pokoju w którym śpią, a u mnie maja zakazane jeść na górze. Chcesz coś zjeść proszę bardzo, proszę usiąść przy stole w jadalni i wcinaj. Starszy się buntuje, bo on chce na łóżku zjeść i zaraz ta jego obrażona mina (a mnie się nóż w kieszeni otwiera!), z młodszym jest prościej, powie się raz i starczy. Starszy jest rozpieszczony jak dziadowski bicz. Przez dziadków i przez siostre trochę, bo jak był mały to nie wolno było na niego krzyknąć, a on mógł robić co mu się tylko podobało. Swoją drogą ja nigdy na to nie patrzyłam, jak trzeba było to podniosłam głos, a jak już nic nie pomagało, żadne prośby, groźby to i klapa dostał od cioci. I skończyło się rumakowanie ;-) Tutaj też próbuje swoich sił, ale są one skutecznie tłamszone przez nas. Zostało powiedziane, że dziadka i babci tu nie ma i nikt się za nim nie wstawi, a jak tak dalej będzie się zachowywał to nic pod choinkę nie dostanie, ewentualnie worek ziemniaków ;-) Młody co chwilę zwala winę na swojego brata i też dostaje reprymendę, że tak nie wolno i żeby nie kłamał bo my wszystko słyszymy co oni robią :)

Siostra od dzisiaj w kuchni będzie spędzać większość czasu :) Ja wraz ze szwagrem na zakupy jeszcze podjedziemy (ktoś musi przecież dźwigać siatki ;-) ) dokupić brakujące produkty, na szczęście dużo tego nie ma. Większość zostało kupione wczoraj, dziś tylko niedobitki które chłopy nie mogli znaleść (albo nie chcieli) w sklepie. No i muszę jeszcze 2 prezenty dokupić dla dzieci i będzie wsio. Tylko pomysłu brak. Chyba będę przemierzać alejki z zabawkami po dziesięć razy, może na coś wpadnę.

Jutro mam wizytę u lekarza rodzinnego. Zobaczymy na kiedy mnie skieruje do położnej na pierwszą wizytę kontrolną i wywiad środowiskowy, bo w Anglii ciążę prowadzi położna a nie lekarz. No to jutro się okaże.

Pełna chatka

Wczoraj rodzinka przyleciała na święta :) tzn. siostra z mężem i dwójką dzieci. Mężu musiał rano wstać i po nich pojechać bo ja to pewnie w połowie drogi bym usnęła za kierownicą ;-) Ponoć na lotnisku dzieciaki tak się ucieszyły, że widzą wujka aż się na niego rzuciły :) No tak wujek to wujek, a cioci to się wstydzą czasami, bo ciocia nie pozwala sobie wejść na głowę. Ale jak przyjechałam do domu to się ładnie przywitali, nawet ten młodszy, który jest strasznym wstydziochem. W pokoju, w którym śpią został podłączony telewizor z polskimi bajkami więc potrafią cały dzień tam przesiedzieć i oglądzać to na co mają tylko ochotę. Starszy chciałby jeszcze internet w tv żeby móc oglądać jakieś pierdoły na youtube, które robią sieczke z mózgu i ma zabronione, więc musi się zadowolić bajkami.

Z siostrą wybrałyśmy się na zakupy do polskiego sklepu żeby pokupować już większość produktów, które będą potrzebne do przyżądzania potraw na święta. Co chwila tylko mnie upominała, nie dźwigaj, zostaw ja to wezmę, a mi się po prostu zapomina, że mam małego lokatora w brzuniu. No trudno będę strofowana co chwila ;-) Póki się dobrze czuję będę latać po sklepach z siostą w celu zakupu żywności. A w każdym sklepie teraz tak ładnie i świątecznie, świąteczne piosenki z głośników lecą, aż sie tak miło robi :) Siostra musi jeszcze dzieciakom prezenty na święta kupić, my na szczęście już mamy to za sobą. Prezenty pokupowane i zapakowane :) W tym roku jakoś tak sprawnie poszło, organizacja pierwsza klasa, aż jestem z siebie dumna :)

Jedynie moje koty są zestresowane. Nie lubią tłumów. Mruczasty jeszcze łazi po domu i wykorzystuje wszystkich do swoich niecnych celów ;-) Jak chce wyjść na dwór to staje pod drzwiami i drze jape żeby go wypuścić, więc siostra jako osobista służąca otwiera mu drzwi i wypuszcza na dwór, a czasem nawet idzie z nim na ogród ;-) Jak jest głodny to nie pójdzie na góre żeby zjeść tylko usiądzie w kuchni i znów się rozedrze, że biedne kocię głodne jest, że umiera z głodu, że nie wytrzyma ani minuty dłużej, że trzeba go nakarmić już, teraz, w tej chwili bo zaraz wyzionie ducha! No i co robi siostra? Zwleka swoje cztery litery z sofy i jak ten lokaj człapie do kuchni by dać głodnemu kotu jego przysmak! No wykorzystywanie tego mojego futrzaka jest ewidentne ;-) Za nic mają moje słowa, że nie wolno, że żarełko na górze ma tylko leń nie chce tam iść i tak robią swoje. Bo jak to określiła siostra, on tak ładnie prosi aż nie sposób mu nie dać :) Za to Sonia, bidulka moja, chowa się gdzie tylko może. Najlepszym schronieniem jest moja sypialnia bądź dolna szuflada w biurku. Zwinie się w kłębuszek i nie wychodzi póki dzieciaki nie pójdą spać. A później wychodzi spragniona czułości i jedzenia, bo przecież cały dzień nic nie jadła. Mężu mówi, że schudnie w ten sposób, a mi jej jest tak szkoda :( A tak wyglądała wczoraj:

10577893_10153761508604378_1471323991_n

Tak mi jej szkoda, ale za to wieczorem się pieściuchamy :) W nocy gdzy się obudzę za potrzebą to od razu jest przy mnie i czeka na papu, bo biedna głodna jest, więc dostaje mokrą karmę, a później rano, gdy czas się szykować do pracy, a dzieciaki jeszcze śpią. Opróżnia miseczkę swoja i Mruczka, i idzie do swojej kryjówki w biurku. Będzie tak przez 2 tygodnie. Jak rodzinka wróci do Polski to wynagrodze jej ten czas :)

Całe nasze życie, w depozycie brzucha mego śpi :)

Dziś miałam długo wyczekany pierwszy skan, co prawda robiony wewnętrznie, bo na tym etapie jeszcze nie byłoby nic widać, ale był. Wstaliśmy z mężem troszku wcześniej co by mieć zapas czasu w razie korków na autostradzie. Ogarneliśmy się, oporządziłam kociaki i ruszyliśmy do kliniki na spotkanie z naszym Bąbelkiem :) Na miejscu byliśmy około 9:00 więc mieliśmy jeszcze 15 minut żeby napić się czegoś ciepłego i skonsumować ciacho :) Śniadania się nie zjadło to coś słodkiego na ząb poszło ;-)

Gdy nadszedł nasz czas, pielęgniarka zaprosiła nas do gabinetu. Powiedziała co będzie robić i że będzie wszystko tłumaczyć, a jak byśmy mieli jakieś pytania to chętnie na nie odpowie. Znając już ten pokój i to będzie wyglądać w kilka sekund byłam już gotowa na fotelu przykryta tylko niebieskim ‚ręcznikiem’. O dziwo w miarę bezboleśnie włożyła główkę skanera i od razu zobaczyła Bąbelka :) Pokazała gdzie dziecię me ma główkę, pokazała serduszko (takie mikrusie jeszcze, ale było widać jak pięknie pracuje :) ) po czym włączyła głos żebyśmy mogli je usłyszeć :) Piękne uczucie :) Uśmiechy nie schodziły nam z twarzy, nawet teraz pisząc ten post to się śmieję do monitora, no ale cóż to się nazywa szczęście  :-D

DSC_0494

 

Czyż nie śliczne jest me dziecię? :) Nawet się przebrało za aniołka :) Mieliśmy ubaw z pielęgniarką. To ona powiedziała pierwsza, że nasze dziecko juz w brzuszku się przebiera na święta :) Nasz mały aniołek :)

Teraz tylko trzeba umówić się na wizytę u lekarza rodzinnego, a u niego dowiem się co dalej, kto będzie prowadził moją ciążę i kiedy bedzie kolejny skan.

Czas do pracy

O jak się nie chce, no nie che się i już! Po tygodniu wolnego i nic nie robienia, leżenia brzuchem do góry i oglądania przeróżnych filmów od rana do wieczora czas zebrać swe cztery litery i ruszyć do pracy. Czemu to wolne tak szybko ucieka? Przydałby się jeszcze jeden dzionek na przygotowanie psychiczne na powrót do roboty, a tu kurde nic. Męża odebrałam z lotniska, ale co sobie w korku postałam to moje. Będąc w długiej lini aż coś się łaskawie ruszy, dałam mu znać że autostrada robi za parking więc sobie na mnie poczeka. Zasugerowałam by sobie usiadł w terminalu bo deszcz zaczyna padać, ale nie bo tutaj nie pada. No to nie, stój i marznij jak chcesz, ja tam mam ciepło w tyłek :) Pookoło 20 minutowy opóźnieniu dojechałam! I co widze? Stoi zmarznięty i zmoknięty, trzęsie się jak galareta, ale jak mówiłam zostań w terminalu i że dam znać jak będę zbliżać się do parkingu to zadzwonie, to wolał czekać na dworze, no to się doczekał. Szybka zmiana miejsc i pojechali my do domku. Po powrocie jeszcze wskoczyliśmy do łóżka żeby się przespać. Ja jeszcze tego dnia miałam wolne, ale mężu do pracy na pół dnia musiał iść. Kociaki jakoś niespecjalnie przywitały się z nim. No po co skoro mamcia była z nami przez tydzień :) Rozleniwiłam się okropnie przez ten tydzień. W sumie wyszłam z domu ze dwa razy. Raz na strzyżenie kocurka, bo takie kołtuny mu się zrobiły że wyczesanie ich graniczyło z cudem. Drugi raz umówiłam się z koleżanka na pogaduchy, a później zakupy. Muszę przyznać iż kocię me wygląda conajmniej śmiesznie z boczkami przystrzyżonymi :) Ale za to jaki milusi jest, aż chce się do niego tulać, taka maskotka :) Za to on jest na mnie obrażony, przychodzi tylko na papu. Muszę go przekupywać jego chrupkami, bo inaczej łajza nie przyjdzie.

Czas w pracy jakoś leci. Moje biurko wygłądało jakby ktoś na nim bombę zdetonował! Czyli pierwsze co to musiałam ogarnąć stanowisko pracy, później śniadanko, a po papu wzięłam się do roboty. Sterta faktór sama się nie zrobi, a szkoda bo bym miała więcej czasu na odpoczynek ;-) A tak w międzyczasie przyjmowanie zamówień, odbieranie telefonów itp. W papierach to bede siedzieć przez kolejne dni, ale pocieszam się tym, że zostało tylko 2 tygodnie do świąt, nawet nie całe dwa, a później laba aż do stycznia :)

Sama w domu ;-)

Prawie jak ‚Kevin sam w domu’, ale jeszcze świąt nie ma ;-) Mężu poleciał do Polski, dowód musi odebrać i złożyć podanie o paszport, gdyż termin ważności upływa w przyszłym roku, a nawet nie wiem ile się na niego czeka. Miałam lecieć razem z nim, ale wolę nie ryzykować w moim stanie. Zawsze miałam problem z ciśnieniem podczas lotu, zwłaszcza przy starcie i przy lądowaniu robię się zielona, a to nie jest dobre dla Bąbelka. Mąż stwierdził, że nawet by mnie nie wziął, kazał siedzieć w domu i tyle. No to siedzimy z kociakami :) One szczęśliwe, gdyż nie musiały iść do hotelu na tydzień, a i ja zadowolona bo dotrzymują mi towarzystwa :) W sumie śpią całymi dniami z małymi przerwami na żarełko i za potrzebą, ale są. Działają uspokajająco, te ich mruczonko i ciepełko jakie dają, no po prostu małe piecyki :)

Dziś byłam z Mruczkiem u kociego fryzjera, trzeba było go doprowadzić do porządku. Jest on długowłosym kocurkiem, jego futro jest bardzo podatne na kołtuny. Jednego dnia go wyczeszę, a na drugi dzień już ma ze 3 bądź więcej tego dziadostwa na sobie. Jest to jak walka z wiatrakami. Dlatego dziś stwierdziłam żeby mu boki, brzuszek i dupcie wystrzyc. Wygląda teraz jak lew :) A jaki mięciusi i tulaśny, taka maskotka :) Mi się podoba, on rczej mało zachwycony. Chyba się na mnie obraził. Trudno, minie mu w porze karmienia ;-)

A z innej beczki to dziś się wyjątkowo źle czuję. Nie wiem może to pogoda, ale mam zawroty głowy i jakby mi coś na żołądku siedziało. A że nie ubię oddawać jedzenia to sobie leżę, wodę piję i oglądam filmy. Taki leniwy dzień. Jutro może bedzie lepiej. Ale jeszcze tylko 2 dni i znów będę mieć męża przy sobie :)

Pytania

Po przetrawieniu wyniku testu w głowie zaczęły pojawiać się pytania typu: czy wszystko będzie w porządku, czy/jak damy sobie radę, pytania o przyszłość, kiedy poinformować rodziców itp. Wątpliwości jest mnóstwo, ale radość z Bąbelka jeszcze większa :) Mąż mój lubi wszystko wiedzieć więc wujek ‚Google’ jest przeglądany systematycznie. Teraz naczytał się o ciąży biochemicznej, która występuje zarówno po in vitro jak i w naturalnym cyklu. I jest panika, bo jak tu się nie denerwować po przeczytaniu takich informacji? Staram się myśleć pozytywnie, ale czasem czarne myśli biorą górę :-( Wtedy tulam się do moich futrzaków, są najlepsze na chandrę, a ich mruczenie działa relaksująco i uspakajająco.

Siostra napisała czy robiłam test, a jeśli tak to jaki jest wynik, więc jej wysłałam zdjęcie testu :) Ale się cieszyła :-D Teraz mówi, że mam urodzić dziewczynkę, bo ona ma dwóch chłopów, więc dziewczynka będzie małą księżniczką :) Kolega, któremu urodziło się dziecko z in vitro również się ucieszył z wyniku testu. Powiedział, że nawet łezka mu się w oku zakreciła :) Miło usłyszeć takie słowa i że bliskie osoby cieszą się wraz z nami.

Postanowiliśmy iż powiemy rodzicom na Wigilję, taki mały prezent im zrobimy :)

A pytania i obawy nasze pewnie będą się kłębić w naszych głowach do końca ciąży, a nawet dłużej. Takie jest życie. Póki co cieszymy się z tego co mamy i dziękujemy Bogu za ten nasz mały wielki cud :)