13 dzień po transferze :)

Z racji tego iż dużo piję wody i innych płynów, żeby nie dostać hiperstymulacji, tak jak nakazał lekarz to toaletę odwiedzam dosyć często. Potrafię nawet w nocy obudzić się ze 2 – 3 razy by tylko opróżnić pęcherz. Tak więc gdy nadzszedł Ten dzień na robienie sikańca to potrzeba obudziła mnie przed godziną 6:00 a jakże, po co komu sen? Przygotowałam sobie test, który dostałam w klinice, zrobiłam co miałam zrobić, 3 kropelki pipetką na teścik i czekamy 5 minut (wieczność!). Mężu jak nigdy obudził się ze mną, zabrał test i poszedł do drugiego pokoju obserwować czy coś się zmienia. Koty troche zdezorientowane, nie wiedzą o co chodzi, po kiego tak wcześnie wszyscy wstają przecie to środek nocy i spać trza ;-) Ja tam wróciłam do łózia bo o tej godzinie to nie tomna jestem, a łóżko to mój najlepsiejszy przyjaciel :) Gdy mi się już błogo zaczęło robić do pokoju wchodzi mężu z wielgachnym białym misiem i bananem na twarzy oznajmiając iż jestem w ciąży :)  :-D Radość ogromna :) Ja się cieszę, mężu się cieszy, a koty patrzą na nas jak na wariatów ;-) Patrzę na ten test i nie dociera do mnie co się dzieje. Mąż powtarza, że jestem w ciąży, że będę mamą, banan mu z twarzy nie schodzi, a do mnie nie dociera co się tu dzieje. Widzę dwie krechy, choć ta druga to blada jeszcze, ale jest i próbuję ogarnąć tą wiadomość. Odwracam się na bok i mówię do Bąbelka żeby teraz sie trzymał, nie puszczał, i że spotkamy się za niecałe 9 miesięcy :)

Mąż wstał po 9 i zrobił śniadanie, a ja w tym czasie zrobiłam drugi test, tym razem elektryczny. Schodząc do kuchni z testem w ręku i trzymając sie za brzuch, patrzyłam się na monitorek i niedowierzałam. Mężu się pyta jak wynik, na co ja dając mu test powiedziałam: 2-3 tygodnie :-D Oboje z bananami na twarzy zjedliśmy śniadanie i stwierdziliśmy, że póki co to ten dzień należy do nas i do nikogo dzwonić nie będziemy. Po południu podjechaliśmy do kościoła podziękować za ten nasz mały wielki cud, a że pogoda troche nie dopisywała to po powrocie do domu wskoczyłam pod koc i okupowałam sofe aż do wieczora.

Teraz tylko trzeba zadzwonić do kliniki, przekazać wynik testu i umówić się na pierwszy scan :)

11 dzień po transferze

Już niedługo, coraz bliżej ;-) Jakoś nerwy opadły, nie ciągnie mnie na robienie testu za to zastanawiam się co kupić siostrzeńcom i bratanicy na mikołajki :) A i jeszcze siostra będzie mieć urodziny, takie okrągłe, bo 30-te! Stara dupa :-D Mam pare pomysłów, ale trzeba najpierw zwlec e swoje cztery litery i podreptać do sklepów żeby cosik wybrać. Jak na 11 dpt to się czuję świetnie, nic nie boli, zawrotów głowy nie ma, mdłości też nie i stwierdziłam, że jak się nie uda to po teście się napije, no dobra uwalę w trzy d**y ;-) A i jak do Polszczy w odwiedziny przylecim to z siostrą też % sie napije, a co wolno mi bedzie. Takie sobie snuje plany. Nawet mężu się dziwnie na mnie patrzy, bo to do mnie nie podobne tak mówić, a ja po prostu mam dziś taki dzień.

Będzie co ma być, bo na to wpływu nie mam i już.

Już niedługo…

Jeszcze tylko 4 dni i będzie wiadomo jaki jest wynik testu. Z jednej strony się cieszę bo będzie po wszystkim, a z drugiej mnie to przeraża. Mężu mówi żebym zrobiła test już teraz, ale ja wiem iż wynik może być mało wiarygodny więc wolę poczekać. Już tyle czekamy to te pare dni też jakoś wytrzymam. Dobrze, że chodzę do pracy to przynajmniej nie myśle, tzn. myśle ale nie o TYM tylko o zamówieniach itp. Czas w pracy nawet szybko leci, a w domu to zajmuję się szydełkowaniem dla zabicia czasu. Jak dziergam to też nie zaprzątam sobie głowy myśleniem gdyż muszę się skupić na tym co robię żeby wyszło dobrze. Mężu zacięcie gra na konsoli, ale widzę że też go nosi. Próbuje to ukryć, ale co chwila przegląda jakieś strony i fora. Pyta się czy mam jakieś dolegliwości, a ja czuję się świetnie. Nie wiem co to ma oznaczać, ale nic mnie nie boli, a samopoczucie wręcz dopisuje. Staram się myśleć pozytywnie, ale nie zawsze wychodzi :( Mówię do mojego Bąbelka żeby się trzymał i nie puszczał przez 9 miesięcy, bo po tym czasie się spotkamy i bedziemy mała rodzinka :) Mam nadzieję, że takie moje gadanie coś zdziała, bardzo bym chciała, ale to się okaże już niedługo…

Czekanie…

Dni mijają, a mnie coraz bardziej ciekawość zżera. Z jednej strony bym chciała już wiedzieć jaki jest wynik, a z drugiej najzwyczajniej w świecie się boje. Moja kotka chyba wyczuwa, że coś jest nie tak bo wciska się mi na kolana i tak łagodnie mruczy, że aż uspokaja. Szkoda, że w Anglii nie robią testu z krwi :( Przynajmniej wiedziałabym na czym stoję, a tak to czekanie mnie dobija. Dobrze by było zahibernować i obudzić sie we właściwym dniu na test. Ehh marzenia…

Mężu mój już zaczyna odliczać dni ;-) Powiedział, że ma dla mnie niespodzianke :) Wersja wesoła bądź wersja smutna, ale to sie okaże już niedługo. Wiem, że in vitro nie zawsze się udaje za pierwszym razem, zwłaszcza jak wkładają tylko 1 jajeczko, ale cuda czasem się zdarzają i po cichutku liczę na taki cud.

Samopoczucie po transferze

Ogółem czuję się dobrze. Dzień transferu przeleżałam w łóżku z moimi kochanymi ścierściuchami :) Nadrabiałam zaległości filmowe gdy w tym czasię mój mąż grał sobie na konsoli bo nowa gra mu przyszła ;-) Od czasu do czasu zaglądał do mnie zobaczyć jak się czuję i czy czegoś mi potrzeba :) Śmiałam się iż mam osobistego lokaja ;-)

Pierwszy dzień po transferze zwlekłam się z łoża mego na śniadanko, które mężu przygotował (uwielbiam gdy mąż robi papu :) ), a później poszliśmy na mały spacerek. Wiem, że zdania są podzielone odnośnie tego czy leżeć plackiem po transferze czy raczej wrócić do normalego trybu życia, ale bardziej się oszczędzać. Według mnie i mojego męża to nie mamy wpływu na to co teraz się dzieje w moim organiźmie. Mąż mówi, że co ma być to będzie i nawet jak stanę na głowie to i tak nic się nie zmieni. Zwolniłam trochę, nie dźwigam ciężkich rzeczy, proszę o pomoc jak jej potrzebuję i czekam na jakiś znak od Bąbelka ;-)

W drugi dzień po transferze wróciłam do pracy. Pracę mam siedzącą więc się nie przemęczam. Od czasu do czasu przejde sie do magazynu co by kości rozprostować i przy okazji sprawdzić czy mamy daną rzecz na półce po czym wracam do ciepłego biura i się nie ruszam, no chyba że do toalety. Pierwszy raz też brałam/aplikowałam tabletkę dowcipną na stojąco. Później się śmiałam do męża, że to metoda na ‚pająka’ ;-) Nie było źle, dałam radę. Prawdę mówiąc to obawiałam się, że sobie nie poradze ale jakoś poszło.

Mężu co chwila się pyta jak się czuję. Odpowiadam, że dobrze. Nic mnie nie boli, nie plamię. Dosłownie 0 objawów. Ale co się dziwić jak to dopiero 3 dpt. Mężu przegląda różne strony i fora, czyta o samopoczuciu i objawach, poźniej wszystko mi opowiada. A ja jakoś na spokojnie do tego podchodzę. Myślałam, że będę bardziej panikować, że bedę chciała już wiedzieć, a tu niespodzianka, aż samej siebie nie poznaję. Dostałam wytyczne z kliniki, których się trzymam (póki co wychodzi mi to nawet dobrze) i testować się bedę 13 dpt.

W sumie to nie pamiętam kiedy siostra się do mnie odezwała, tzn. nie pamiętam którego dnia po transferze, ale powiedzieliśmy, że już jesteśmy po i że dobrze się czuję, objawów jak nie było tak nie ma (co mnie powoli zaczęło martwić, ale grunt to się nie denerwować, a spokój to podstawa), na co moja siostra stwierdziła iż musi się udać bo ona tak chce i już, a i jeszcze mam jej dać dziewczynkę, bo ona ma dwóch chłopców i teraz ode mnie chce dziołchy :) Ta to dopiero tryska optymizmem :) Po rozmowie z nią to i mi się na duszy jakoś tak lżej zrobiło :)

W weekend jakoś też niespecjalnie o tym myślałam, bo poszliśmy na przyjęcie urodzinowe znajomej i wróciliśmy późno w nocy. Niedzielę spędziliśmy na leniuchowaniu, gdyż pogoda za oknem nie dopisywała, o przeziębnienie nie trudno, a my musimy o siebie i Bąbelka dbać przecież. W sumie to nie wiem jeszcze czy jestem w ciąży czy nie, ale moja podświadomość mówi, że przecież włożyli we mnie moje jajo i ono tam jest :) I tego się trzymam, póki co ;-)

Transfer

No i nadszedł ten wyczekany dzień. Z pełnym pęcherzem wyruszyliśmy do kliniki. Przywitano nas jak zwykle bardzo serdecznie, wysmarowano łapki żelem antybakteryjnym i przydzielono łóżko. N łóżku były 2 ubranka, jedno dla mnie, coś na styl koszuli, ale zawiązywane z tyłu i jendo dla męża mego całe niebieskie. Śmieliśmy się, że wygląda w nim jak smerf ;-) Poczekaliśmy na naszą kolej po czym pielęgniarka zaprowadziła nas do znajomego pokoju zabiegowego. Znaczy znajomego dla mnie, gdyż mąż był w nim po raz pierwszy. Usadowiłam się na łóżku, kobitki się przedstawiły, powiedziały która jest od czego po czym przyszła młoda dziewczyna z labolatorium i powiedziała, które jajeczko bedzie transferowane i dlaczego akurat te a nie inne. Dostalismy zdjęcie naszego Bąbelka, podpisałam pare dokumentów po czym dostałam gas rozluźniający i zaczęto procedure transferu. Pokazano nam gdzie mamy się patrzyć na monitor, a raczej w które miejsce będą naszego Bąbelka umieszczać. Prawde mówiąc jest to niesamowite uczucie oglądać coś takiego :) Mężu siedział za mną i głaskał po głowie, a ja wdychajac ten gas brzmiałam jak Darth Vader z „Gwiezdnych wojen” ;-) Wraz z pielęgniarkami żartowaliśmy sobie, że ten gas jest lepszy niż alkohol, gdyż wystarczą tylko 4 głębokie wdechy i już się widzi świat w kolorowych barwach :) Starałam się nie śmiać, ale atmosfera była tak rozluźniająca i miła, że ciężko było się powstrzymać  :-D Po paru minutach było juz po wszystkim. Na monitorze było widać białą kropkę przedostającą się przez rurkę. To był nasz Bąbelek :) Mężu troche zawiedziony bo nic nie widział, choć patrzył się w wyznaczony punkt. Ważne, że już po wszystkim. Poleżałam jeszcze chwilę co by gas sie rozszedł i tym razem sama mogłam przejść do przydzielonego łóżka, na którym poleżałam chyba z 15 minut zanim znów się przebrałam w swoje ciuchy. Mąż zapakował mnie do autka, przywiózł do domku i kazał odpoczywać, a on zrobi dobre papu :) Niestety pogoda nie dopisała więc na spacerek nie poszliśmy, ale za to nadrobiłam ogłądanie filmów :-D

Teraz tylko pozostaje czekanie. 2 tygodnie czekania do testu! Jak ja to wytrzymam?!

Samopoczucie po pobraniu

Po przyjeździe do domu wpełzłam do łóżka a wraz ze mną moje kociaki :) Ogólnie nie czułam się źle, gdyż znieczulenie dalej działało. Mniej wiecej pod wieczór zaczęłam odczuwać pobolewanie w dole brzucha, ale biorąc paracetamol co 4 godziny nie było aż tak źle. Opieka męża mego była rewelayjna. Lepszej nie mogłam sobie zażyczyć :) Jedzonko do łóżka, herbatka na zawołanie i przychodził co chwilę sprawdzać jak się czuję, czy coś mi potrzeba.

Na drugi dzień po pobraniu mój brzuch spuchł strasznie i ból się nasilał, że aż tabletki przeciwbólowe ledwo co pomagały. Biedny mężulek nie wiedział jak mi pomóc, w sumie to niewiele mógł. Przynosił mi termofor z gorącą wodą co bym przykladała sobie do brzucha. W pewnym stopniu gorąca woda uśmierzała ból, ale z łóżka wychodziłam tylko za potrzebą i znów do niego wracałam. Koty towarzyszyły mi cały czas, oczywiście śpiochając obok ;-) Wodę piłam hektolitrami żeby nie dostać hyperstymujacji, a co wiąże się z tym to odwiedzanie toalety co kilkanaście minut. Pełny pęcherz uciskał narządy wewnętrzne co sprawiało trochę bólu, więc żeby uniknąć tego uczucia trzeba było zwlekać się resztką sił z łóżka i tiptopami podążać do kibelka. Wieczorem jak mąż mnie zobaczył to się wystraszył (chyba z tego bólu), siedział przy mnie z pół godziny, chciał jechać do szpitala, ale ja się uparłam, że wolę w domu być. Zrobił mi paracetamol, herbate i kolejny termofor na brzuch. Stwierdził, że gdyby wiedział, że będę tak cierpiała to by się nie zdecydował na in vitro (w co za bardzo nie chce mi się wierzyć). Jak tylko tabletka zaczęła trochę działać to poszedł wziąść prysznic, powyłaczał wszystko na dole i przyszedł do sypialni. W międzyczasie zadzwonili z kliniki, że z 11 pobranych pęcherzyków wyszło 11 zdrowych i dojrzałych jajeczek :) Aż się chumor poprawił :) Zapłodniło się 8 :) Powiedzieli, że są zadowoleni z wyniku i następny telefon dostanę za 2 dni, a póki co mam dużo odpoczywać i regenerować siły. Przekazałam wiadomość mężowi i poprosiłam o nakarmienie futrzaków, a dobry mężu dał kolację futrzakom. Koty lekko zdezorientowane :) Dlaczego nasza mama nie daje papu tylko ten pan? ;-) Ale zjadły i razem ze mną zasnęły snem kamiennym aż do rana.

Kolejny dzień po pobraniu pamiętam jak przez mgłę. Kolejny dzień w łóżku ze wstawaniem tylko za potrzebą, z kociakami obok na posterunku. Branie tabletek przeciwbólowych co 4 godziny i ogładanie jednym okiem telewizji.

Nastepnego dnia, gdy dostałam telefon z kliniki, że 8 jajeczek dalej się utrzymuje i ładnie dzieli, zapytałam czy jest to normalne, że mój brzuch dalej jest napuchnięty i boli? Pelęgniarka zaczęła się pytać czy odczuwam mdłości, mam problemy z oddychaniem i parę innych pytań na co odpowiedziałam przecząco. Powiedziałam tylko ze biore 1 tabletke przeciwbólowa i pije dużo wody tak jak zalecili, na co pielęgniarka odpowiedziała żebym brała 2 tabletki i dalej piła dużo wody, a opuchlizna powinna zejść już niedługo. Nie wygląda jej to na hyperstymulacje ale dla pewnosci jeszcze mnie zbadają przed transferem. Życzyła wszystkiego dobrego i do zobaczenia niedługo :) Tak więc za poradą pielęgniarki wzięłam 2 tabletki i po południu poczułam sie w miarę dobrze, że nawet pojechaliśmy na zakupy. Musiałam wyglądać jak chodzące nieszczęście, bo ludzie ustępowali mi miejsca. Po zakupach znów wczołgałam się do mojego łóżeczka, oczywiście w asyście kotów i tak juz w nim pozostałam do wieczora. A wieczorem poszliśmy sobie na nowego Bonda, bo mężu chciał go bardzo zobaczyć. Stwierdził, iż film jest godny polecenia to powinni juz zaprzestać kręcenia nowych części. Film skończył się późno więc po powrocie do domku to był szybki prysznic, paracetamol i ukochany sen ;-)

Niedziela upłynęła spokojnie. Pojechaliśmy nawet do kościoła pomodlić się za szczęśliwe zakończenie tygodnia i pomyślne rozpoczęcie przyszłego. Pisząc to mam na myśli transfer i cały zabieg in vitro. Na obiad mój mężu zabrał mnie do restauracji na pyszne meksykańskie jedzonko :) Dania były bardzo dobre, ale deser to prawdziwe niebo w gębie :) Pączki robione na miejscu z ciepłym sosem karmelowym i lodami waniliowymi  :lol: Nastepnym razem będę zaczynać od deseru  :-D Lekkie nerwy pojawiły się wieczorem, gdyż wiedziałam że nastepny dzień to juz ten dzień… Dzień transferu.

Pobranie jajeczek

W sumie nawet nie wiem jak zaczać ten wpis…

Kiedy zastrzyki dobiegały ku końcowi, na skany chodziłam co dwa dni żeby policzyć ile pęcherzyków się wyprodukowało. Z każdym dniem było ich coraz to wiecej, ale tylko te które miały od 15mm w zwyż były dojrzałe, więc moje zastrzyki sie przedłużyły o 3 dni. Pamiętam, że ostatniego dnia na ręce sobie zapisałam ile ich było w prawym i ile w lewym jajniku, do tego grubość ścianki macicy :) To ostatnie mnie trochę zmartwiło, gdyż grubość jej spadła z prawie 9 do 7,8. Pielęgniarka pocieszyła mnie mówiąc że ścianka potroiła swoją grubość i jest gotowa na przyjęcie lokatora :)

Po południu otrzymałam telefon z kliniki z wyznaczoną datą pobrania pęcherzyków. Dostałam wytyczne co do jedzenia dzień przed pobraniem i żebym wzięła ze sobą szlafrok, skarpetki bezuciskowe i kapciochy :)

Pobranie odbyło sie 4/11. Po przyjeździe do kliniki obowiązkowo łapki trzeba było umyć i żelem antybakteryjnym wysmarowac. Na sali było chyba z 6 łóżek oddzielonych od siebie zasłonami. Przebrałam sie w ‚płachte’ (bo na koszule to nie wyglądało), klapłam na łóżko a miła pielęgniarka zmierzyła mi ciśnienie, podała 2 paracetamole z odrobiną wody do popicia. Z moim problemem z braniem tabletek nawet poszło sprawnie. Najgorsze było czekanie na swoja kolej. Dłużyło się niemiłosiernie. W międzyczasie oddałam próbkę moczu, mężu zrobił co miał zrobić i oddał do labolatorium na sprawdzenie jakości i żeśmy dalej czekali. Na pół godziny przed przyszedł anastezjolog i zamontował mi motylka na ręce. Powiedział co mogę poczuć podczas pobrania i że bedzie cały czas przy mnie.

Przyszła po mnie pielęgniarka i zaprosiła do pokoju zabiegowego. Było ich tam chyba z 6 plus anastezjolog. Pomogli mi się wgramolić na łóżko, przykryli prześcieradłem, przedstawili się, nogi zawiesili na wyciągu po czym dostałam znieczulenie miejscowe, które zadzałało w baaardzo szybkim tempie, a jeszcze w szybszym odleciałam ;-) Ocknęłam sie przy samym końcu pobrania. Maszynka pokazywała bicie mojego serducha i puls. Powiedzieli mi na czym zabieg polegał i że wyłowili 11 pęcherzyków :) po czym przeturlałam sie na swoje łóżko, przykryto mnie kocykiem i odwieziono do czekającego na mnie męża :) Po paru minutach przyszła pielęgniarka, zmierzyła mi ciśnienie i przyniosła gorącą czekolade z ciasteczkami :) Opieka po zabiegu rewelacyjna :) W klinice zostaliśmy jeszcze 1,5 godziny i zanim wyszliśmy musiałam znów oddać mocz, zmierzyć ciśnienie i wypić wodę. Zanim wyszliśmy pielęgniarka powiedziała, że jeżeliby się coś działo to mamy natychmiast dzwonić na numer, który jest czynny 24h/dobę i przede wszystkim odpoczywać. Pożegnali nas życząc wszystkiego dobrego i do zobaczenia za pare dni :)