Trening i zastrzyki

Jakieś dwa tygodnie po spotkaniu w klinice umówiliśmy się na trening z podawania i dawkowania zastrzyków. Oboje wzieliśmy sobie po dniu wolnym, zapakowaliśmy się w nasze pędzidło i pojechaliśmy na umówione spotkanie. Miła pielęgniarka tylko się spytała kto bedzie wykonywać zastrzyki, na co mój mężu odpowiedział że on (jeżeli tak bardzo chce to nie będę sie sprzeciwiać :) ). Po wstępnym opowiedzeniu jakie zastrzyki na co działają, w jakiej kolejności trzeba je brać i dawkować, w którym dniu zacząć, przystąpiliśmy do praktykowania na czymś co niby miało przypominac noge, albo część uda. Było conajmniej wesoło :) Przygotuj zastrzyk, nabierz do strzykawki płyn (tylko uważaj żeby nie było powietrza – bąbelków), złap za skórę (tylko nie szczyp), wbij igłę, póść skórę i wstrzyknij zawartość strzykawki, po czym wyciągnij igłe i rozmasuj miejsce żeby płyn sie pod skórą rozprowadził. Proste co nie? :) Po treningu podpisaliśmy stertę papierów i można było wracać do domu.

Po 3 dniach od treningu przyszedł karton z apteki z moimi zastrzykami. Troszku się przeraziłam ich ilością, ale czego się nie robi by osiągnąć cel? Rozpiskę w kalendarzu zrobiłam i nawet zaznaczyłam, który dzień jaka noga (raczej udo) będzie kłuta.

Póki co nie jest źle. Zastrzyki przyjmowane o stałej porze. Igła z pierwszego zastrzyku jest jak do przyjmowania insuliny więc nie boli. Igła z drugiego zastrzyku jest troszkę grubsza, ale jak dobrze się złapie za skórę to nie czuć wbijania. Najgorsze uczucie jest przy wstrzykiwaniu. Można je porównać do znieczulenia podawanego u stomatologa, nie jest przyjemne. Trzeci zastrzyk ma dwie igły. Pierwsza jest do rozrabiania płynu z proszkiem, jest duża i gruba (nie chciałabym być nią kłuta). Druga jest do podawania tego roztworu, znacznie mniejsza i podejrzewam, że mniej boli od tej pierwszej.

Ogólnie jest około 60 zastrzyków, czyli półtora miesiąca ich brania. Na szczęście zbliżamy się ku końcowi. Teraz jeszcze tylko próbny transfer mnie czeka, skany co 2 dni i wyznaczenie oczekiwanej daty przez lekarza.

In vitro – spotkanie

No i nadszedł ten dzień, w którym to mamy umówione spotkanie w klinice in vitro. Pół dnia wonlego wzięte, dokumentacja wszystkich badań spakowana więc w drogę :) W klinice byliśmy punktualnie, mężu nawet kawki (bezkofeinowej oczywiście) się napił po czym miła pani poprosiła nas do gabinetu. Zaczęła opowiadać o całej procedurze, o zastrzykach które bedę brać, o ryzyku ivf, o komplikacjach, także z minuty na minute moje pozytywne myślenie zaczęło gdzieś się ulatniać. A gdzie? Sama nie nie wiem, może w kosmos? Tona makulatury do przeczytania i zapoznania się ze wszystkim, żeby to na spokojnie w domu przy kubku herbaty (bezkofeinowej oczywiście) sobie poczytać.

W odstawke idzie cappucino, herbatki różnego rodzaju, pepsi, alkohol, przyprawy pikantne, czekolada (jak ja bez niej wytrzymam?) i pare innych rzeczy. Możemy pić bezkofeinową herbatę i kawę, wode mineralną niegazowana bądź gazowaną do woli, używać przyprawy ziołowe, a najlepiej to przyrządzać potrawy na parze. W sumie nowa zdrowa dieta wita nas serdecznie ;-) Ale czego się nie robi dla uzyskania swojego celu prawda?

Zostaje tylko umówić się na trening z brania zastrzyków, zrobić sobie rozpiskę w kalendarzu i do dzieła :) A i jeszcze w międzyczasie umówić sie na skan i próbny transfer i będzie można się kłóć ;-)

A wieczorem, po dniu wrażeń, moja Sonieczka przyszła mnie uspokoić swoim kocim masażem i mruczeniem, po czym położyła sie na nogach żeby sobie pospać :)

kicia

In vitro – badania

Bardzo kontrowersyjny temat. Jedni są za, drudzy przeciw, a jeszcze inni nie zabierają zdania. Ja jestem jak najbardziej ZA. Podpisuję sie pod tym wszystkimi moimi kończynami. Jeżeli jest to jedyna szansa by mieć upragnione dzieciątko to powinno byc w całości refundowane, ale niestety są kryteria, które nie wszyscy spełniaja by się na to załapać. W tych czasach dużo par zmaga sie z bezplodnością bądź próbami zajścia w ciążę naturalnie. W moim otoczeniu jest ich kilka nie licząc nas.

Nasze leczenie zaczęło sie ponad 2 lat temu. Badania za badaniami i nowymi badaniami poganiały. Już nawet nie pamiętam ile razy jedno i to samo badanie miałam wykonywane, ile razy krew pobieraną, a o badaniach „dowcipnych” nie wspomnę. Skany, ultrasoundy i inne tego typu badania też miały miejsce. Za każdym razem niby zbiżaliśmy sie do ostatniej wizyty z naszym GP (lekarz rodzinny), ale zawsze coś wyskoczyło w między czasie więc od nowa zaczynaliśmy zabawę. Normalnie depresji można było sie nabawic.

W końcu jak już wszystkie badania mieliśmy zrobione to nasz doktorek wypisał skierowanie do ginekolog, która to zaleciła jeszcze więcej badań, ale tym razem hormonalnych. Tak więc zabawa w robienie badań zaczęła się od nowa. Normalnie roller coaster. Nie żeby jedno badanie wystarczyło, o co to to nie, trzeba je powtórzyć co najmniej 3 razy (tak dla pewności czy rzeczywiście hormon jest w granicach przyjętych do refundacji in vitro, czy może jednak będzie za wysoki i trzeba będzie samemu sfinansować to leczenie).

Badanie nasienia co 3 miesiące to taki standardzik. Za każdym razem coś innego wynajdowali. „Proszę powtórzyć badanie za 3 miesiące i z wynikami przyjść do mnie. O widzę, że morfologia nie za dobra – no to zalecimy jeszcze jedno badanko. Ruchliwość plemników – niby może być, ale dla pewności… (tak, tak wiem… jeszcze jedno badanko! -sic).

Po ok roku różnorakich badań pani ginekolog w końcu wypisała nam aplikacje na refundowane leczenie i zabieg in vitro :) (mniemam, iż badania już jej się wyczerpały ;-) ). No to już jest coś :) Może już bedzie z górki. Wyśle aplikacje do najbliższej kliniki, oni sie do nas odezwa w ciągu 7 dni, umówimy sie na 1 wizyte i zaczynamy. O jak ja sie myliłam! Z nami nie jest tak kolorowo! Tak wiec: aplikację otrzymali, ale niestety jako prywatni (!) pacjęci; prosze zrobić jeszcze 150 innych badań, których nie było na liście i przesłać do nas; porozmawiać z ginekolog o wysłaniu odpowiedniej aplikacji!!! W między czasie korespondencja mailowa między nami a kliniką co musimy zrobić, przesłać lub przefaxować, z kim się kontaktować. wiadomości ze 20 lub więcej, ale po 3 miesiącach cała dokumentacja jest skompletowana, prawidłowa aplikacja wysłana i ustalona data pierwszej wizyty w klinice :)

Ale ile nerwów, stresu przez tą całą droge nas to kosztowało to tylko my wiemy.